Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Fajne babki. O...

Fajne babki. O książce „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” [KL dzieciom]

Z autorką Anną Dziewit-Meller rozmawia Agnieszka Doberschuetz

Zapomniane bohaterki, szalone pionierki, zbuntowane feministki... O większości z nich nie uczy się w szkołach, nie śpiewa piosenek, nie kręci filmów. Historie tych nietuzinkowych kobiet – dam, dziewuch i dziewczyn – zebrała w swej książce Anna Dziewit-Meller.

Dziewit-Meller

„Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy” to nietypowa książka dla dzieci – w zasadzie non-fiction, ale z fikcyjną narracją (przez książkę prowadzi nas jedna z opisanych w niej bohaterek, Henryka Pustowójtówna). Także autorka jest nietypowa dla literatury dziecięcej, bo znana dotąd jako autorka książek dla dorosłych. O debiucie w najtrudniejszej z dziedzin (jak sama mówi) rozmawiam z Anną Dziewit-Meller.

***

Agnieszka Doberschuetz: Rozmawiamy dziś o pani książce, która nie jest pierwszą pani autorstwa, ale pierwszą dla dzieci. Skąd nagle pomysł zmiany repertuaru?

Anna Dziewit Meller: Szczerze mówiąc, pomysł napisania jej nie wyszedł ode mnie. Sama nigdy bym się na to nie odważyła – zawsze się zarzekałam, że nie napiszę książki dla dzieci. Bo to po prostu za trudne! W mojej drugiej pracy jako recenzentki książek często sięgam po literaturę dziecięcą. Niestety zdarza się, że autorzy wychodzą z błędnego założenia, że dzieci są mniej wymagającym czytelnikiem i skoro potrafią napisać książki dla dorosłych, to pisanie dla dzieci przyjdzie im z łatwością. Nic bardziej mylnego, uważam, że jest wręcz odwrotnie! Wiem o tym jako mama dwojga małych dzieci, którym dużo czytam. Gdy więc wydawnictwo zaproponowało mi napisanie książki dla dzieci, długo się broniłam. A że nie dawali spokoju, pomyślałam, że może w takim razie napiszę coś non-fiction, bo w tym czuję się najbezpieczniej. Wzorując się na fantastycznej książce „Opowieści na dobranoc dla młodych buntowniczek” Eleny Favilli i Franceski Cavallo, pomyślałam, że fajnie byłoby stworzyć opowieść o polskich wyjątkowych kobietach, które nie ustępują przecież w niczym bohaterkom ze światowej ligi, a są nieco zapomniane we własnym kraju. Można by taką książkę potraktować jako oryginalną lekcję patriotyzmu (śmiech).

ilus1_simona_kossak

No właśnie, skąd pani te babki wytrzasnęła? Wstyd przyznać, ale o większości z nich dowiedziałam się po raz pierwszy właśnie z „Dam…”!

Pomyślałam, że warto wydobyć na światło dzienne nieznane polskie bohaterki albo odkurzyć pamięć o tych zapomnianych. Nazwiska niektórych z nich obiły mi się kiedyś o uszy z racji pracy w piśmie historycznym. Bo ja różne rzeczy w życiu robiłam… (śmiech). Ale niekoniecznie w kontekście, w jakim o nich piszę. Chciałam przedstawić je jako kobiety z krwi i kości, które szły przed siebie wbrew przeciwnościom – społecznym, kulturowym, politycznym. To było dla mnie istotne. Rozpoczęłam research i to zajęło mi najwięcej czasu. Pytałam znajomych historyków, czytałam, szukałam, a potem nowe postaci zaczęły spływać do mnie same przy okazji innych. Okazało się, że jest ich bardzo dużo i moja lista ciągle pęczniała.

I udało się pani nie powielić schematu książek o „wielkich tego świata”. Są tam też historie sukcesów nieoczywistych, w dziedzinach często deprecjonowanych, jak np. poezja reprezentowana przez „rymopiskę” Elżbietę Drużbacką czy chłopczycę Marię Komornicką, malarstwo, którego przedstawicielką jest Zofia Stryjeńska czy moda, którą zajmowała się projektantka Barbara Hulanicka.

Zależało mi, żeby pokazać sprawczość tych kobiet, niekoniecznie ich wielkość. Chciałam podkreślić, że nie trzeba być bohaterką powstania, dokonywać odkryć naukowych czy ratować życie, aby osiągnąć sukces. Bo ważne jest podążanie za pasjami, a zarazem zaakceptowanie własnych ograniczeń. Równie trudne jak zdobywanie Nobla jest osiągnięcie mistrzostwa w swojej dziedzinie. Na przykład bycie świetnym stolarzem – wiem coś o tym, bo jestem akurat po remoncie kuchni (śmiech). To sztuka jak najbardziej potrzebna w codziennym życiu.

I takim właśnie zbiorem prawdziwych, życiowych historii jest moja książka. A że jednak jestem pisarką, a nie reporterką, nie jest to typowy dokument: mamy narratorkę, Henrykę Pustowójtównę, która nadaje historiom pewną fabułę.

ilus2_henryka_pustowojtowna

Dzięki temu naprawdę lekko się to czyta, choć narratorka Heńka burzy wszelką logikę czasu i przestrzeni, przeskakując z kraju do kraju, z epoki do epoki, i przedstawiając nam swoje szalone przyjaciółki: buntowniczki, awangardzistki, feministki. A pani jest feministką?

Tak, jestem feministką. Szkoda, że to słowo w dzisiejszych czasach nabrało w Polsce negatywnego zabarwienia. Zwracam baczną uwagę na tematy dotyczące (nie)równości płci, często o tym piszę w moich felietonach. Siłą rzeczy interesuję się żywo feminizmem, bo a) jestem kobietą, b) mam córkę.

Oraz syna!

Tak, to prawda! Nie wystarczy wychowanie dziewczynek na świadome, śmiałe, sprawcze kobiety. One przecież kiedyś będą miały partnerów, którzy powinni je w tym wspierać. To nasza ogromna odpowiedzialność, życiowa misja, żeby wychować także fajnych facetów, z którymi nasze córki będą mogły iść przez życie.

Czyli książki takie jak „Damy…” i generalnie o kobietach, są nie tylko dla dziewczyn?

Mam nadzieję. Staram się unikać podziałów, przecież przede wszystkim najpierw jesteśmy równymi sobie ludźmi. Tak też postrzegam i wychowuję moje dzieci – kierując się ich osobowością, a nie płcią. O różnicach między sobą uczą się naturalnie od siebie nawzajem.

Kto wie, może kiedyś nasze córki będą jak pani bohaterki, wbrew trudnościom sprawcze i spełnione. Czy któraś z przedstawionych kobiet jest pani ulubioną?

Trudno wybrać, wszystkie są mi w pewien sposób bliskie. Dość naturalnie wybrałam Heńkę Pustowójtównę na narratorkę, podziwiam jej upór i myślę, że była po prostu fajną babką. Mam nadzieję, że uzyska należne sobie miejsce w historii. Zafascynowała mnie też postać Magdaleny Bendzisławskiej, kobiety cyrulika. Jakaż ona musiała być silna, żeby zajmować się rannymi górnikami w Wieliczce, nastawiać złamane kości, wyrywać zęby!

ilus3_magdalena_bendzislawska

Czytała pani dzieciom swoją książkę? Ja na moich dzieciach regularnie „testuję” literaturę.

Bardzo dużo w domu czytamy, i dzieciom, i sami – dzieci często widzą nas z książką w ręku. W ogóle nie jesteśmy digitalni, ale co one kiedyś wybiorą, zobaczymy. Ważne, że dostają od nas przykład i są przez to mocno zatopione w czytelnictwie. Ale na tę książkę są jednak jeszcze za małe – tu chodzi nie tylko o historię poszczególnych osób, ale i o (może pierwszy) sygnał, że świat bywa trudny i pełen wyzwań.

Miejmy nadzieję, że naszym dzieciom podążać swoją ścieżką będzie łatwiej niż bohaterkom „Dam, dziewuch, dziewczyn”. Dziękuję za rozmowę.

 

Książka:

Anna Dziewit-Meller, „Damy, dziewuchy, dziewczyny. Historia w spódnicy”, il. Joanna Rusinek, wyd. Znak, Kraków 2017.

 

Rubrykę redaguje Paulina Zaborek.

SKOMENTUJ

Nr 457

(42/2017)
10 października 2017

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail