Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Pamiętajmy o średniakach!

Pamiętajmy o średniakach!

Łukasz Niesiołowski-Spanò

Problemem polskich uniwersytetów jest nie tyle średniactwo, co tworzenie poprzez system grantowy pojedynczych wysp doskonałości i wspieranie wyłącznie wąskiej akademickiej elity. Chcemy doczekać polskich noblistów, ale nie zapominajmy też o znaczeniu uczelnianej klasy średniej.

Utopia przeszłości, utopia nowoczesności

W obecnej debacie na temat przyszłości szkolnictwa wyższego jesteśmy rozpięci między dwiema skrajnościami. Z jednej strony widać tęsknotę za dobrem utraconym, za uniwersytetem, jakiego już nie ma. Z drugiej – słychać postulaty domagające się modernizacji i rozwoju. W obu wypadkach, co typowe dla skrajności, wyraźnie przebijają się hasła, a mniej wyraźnie – treść przekazu. Do jakiego uniwersytetu tęsknią piewcy dawnego etosu? Do uczelni swojej młodości, do uniwersytetu czasów (lub rodem z) PRL, który – choć biedny i odseparowany od świata – funkcjonował bez grantów, algorytmów, parametryzacji i USOS-ów. A gdyby się uprzeć, funkcjonowałby nawet bez studentów.

Ten dawny uniwersytet był w środowisku wyznacznikiem przynależności do elity, a możliwość kontaktów z największymi polskimi badaczami podtrzymywała przekonanie o uprzywilejowanej pozycji. Nie to co dziś: bezwzględna walka o punkty, bezlitosna rywalizacja o granty, wymóg publikowania „na akord” i strach przed redukcją kadry z powodu niżu demograficznego. O wyróżnieniu uczelni jako elitarnego pracodawcy nie ma nawet co mówić, skoro szkół wyższych jest przeszło 400. Reformatorzy nie oszczędzają tradycjonalistów. Pytają: gdzie są polscy nobliści? Dlaczego nasza nauka odgrywa marginalną rolę w świecie? Dlaczego polskie uczelnie lądują w rankingach – ale i w opiniach zagranicznych kolegów – daleko od światowej czołówki? A przecież polscy badacze, gdy trafiają do dobrych ośrodków za granicą, stają się tam niekiedy gwiazdami, a na pewno nie przynoszą Polsce wstydu. Również w kilku miejscach w Polsce uprawia się naukę na najwyższym poziomie. Ale – niestety – nacisk pada na słowo „kilku”.

Wyspowa modernizacja

Dotychczasowa modernizacja powiodła się tylko częściowo. Powstały wyspy doskonałości, zwłaszcza w obszarze nauk ścisłych, które wchłonęły ogromne pieniądze i skokowo zwiększyły możliwości rozwoju. Doskonała aparatura i laboratoria funkcjonują jednak w niezmienionym środowisku ze wszystkimi jego mankamentami, takimi jak chów wsobny, odtwórczy charakter badań, niski stopień zaufania do biznesu, a co za tym idzie – mają nikły wpływ na innowacyjność gospodarki.

 

W kilku miejscach w Polsce uprawia się naukę na najwyższym poziomie. Ale – niestety – nacisk musi padać na słowo „kilku”.

Łukasz Niesiołowski-Spanò

 

Rewolucja w finansowaniu nauki w Polsce ma czytelne źródła: władza, wiedząc, że daje na naukę mało, chciała dawać bardziej selektywnie. Średnie finansowanie badań naukowych w krajach Unii Europejskiej przekracza 2 proc. PKB, podczas gdy w Polsce oscyluje wokół 0,4 proc. PKB i z roku na rok rośnie w bardzo wolnym tempie. Ponurym dla nas porównaniem może być przykład Izraela czy Finlandii z budżetami na poziomie około 4 proc. PKB.

W takiej sytuacji lepiej, by pieniądze nie trafiały do słabych – zdawali się mówić decydenci – niech sami naukowcy ocenią, co jest dobre, a co kiepskie. Tak stworzyliśmy system grantowy, praktycznie grzebiąc stałe budżetowanie instytucji naukowych. Teraz to my selekcjonujemy odbiorców publicznego wsparcia, więc jeśli coś idzie nie tak, to już nie wina władzy, lecz nas samych – naukowców. Nowoczesność przyniesie również parametry i kryteria oceny – uważali reformatorzy. Zapał opisywania jakości nauki, samo w sobie zadanie karkołomne choć zasadne, uruchomił lawinę biurokracji. Nie da się jej już powstrzymać.

Bunt humanistów?

Najczęściej głos oburzenia dobywa się z ust przedstawicieli nauk społecznych i humanistów. Ta grupa jest najbardziej sfrustrowana i ma ku temu powody. Jej przedstawicieli w zasadzie ominął strumień europejskich pieniędzy. Humaniści są też najbardziej dotknięci efektami niżu demograficznego i wynikającej zeń groźby likwidacji całych kierunków studiów. Na domiar złego, przedstawiciele władz dawali im niejednokrotnie do zrozumienia, że są gospodarce zbędni. Ale czy marzenia o powrocie do tego, co było, mają sens? Wartość większości głosów niezadowolenia polega głównie na samym zwracaniu uwagi na problemy uniwersytetu i nauki w Polsce. Postulat w rodzaju: niech nam władza (czyli podatnicy) da, bo nam się należy, wyrządza jednak więcej szkody niż pożytku.

Społeczeństwu należy wyjaśniać, dlaczego warto inwestować w naukę, gdyż nie przyjmie tego na wiarę. Władzy również warto to przypominać, bo albo tego nie wie, albo udaje, że nie wie.

Funkcji uniwersytetu nie można bowiem sprowadzać do systemu pomaturalnego kształcenia młodzieży. Uniwersytet ma spełniać więcej zadań. Mówimy tu nie tylko o misji kształcenia elit i pracy nad rozmaicie rozumianym postępem i rozwojem społeczeństwa. Mówimy o roli ważnej instytucji wyrastającej z istoty europejskiego dziedzictwa.

Wspieramy elitę. A co ze stanami średnimi?

W debacie na temat przyszłości publicznych uczelni w Polsce, co jakiś czas powraca hasło „uczelni flagowych”. Dla jednych szansa, dla innych zagrożenie. Reforma systemu, która polega jedynie na skierowaniu większych strumieni pieniędzy do kilku wybranych uczelni kosztem uczelni o mniejszym potencjale, może przynieść szybkie efekty. Pozytywnym będzie gonienie europejskich uniwersytetów przez najlepsze polskie uczelnie. Negatywnym – dramatyczna zapaść na uczelniach spoza wąskiego grona liderów. A zapaść ta będzie miała nie tylko wymiar wewnętrzny w uczelni, ale dotknie całe regiony kraju, które skazane będą na naukę i uczelnie niższej klasy bez szans na rozwój. To przecież naukowcy i instytucje średniej klasy dominują, a od jakości ich pracy zależy najwięcej. Nie można skazać ich na wegetację i uwiąd.

 

Postulat w rodzaju: niech nam władza da, bo nam się należy, wyrządza więcej szkody niż pożytku.

Łukasz Niesiołowski-Spanò

 

Trudność polega na tym, że odmiennie należy ocenić znaczenie poziomu badań naukowych, a odmiennie roli samej uczelni. Nie mam wątpliwości, że dla nauki w Polsce wielkim zagrożeniem jest zgoda na przeciętniactwo i tolerowanie ciułających punkty odtwórczych pseudonaukowców. Wybitni w nauce, podobnie jak w sztuce czy sporcie, są nieliczni. Ci – miejmy nadzieję – dają sobie radę w naszym systemie. Nie ma tu reguły, bo znamy przypadki, w których premiowani nie są najlepsi, lecz „najlepiej opakowani”, a w istocie dobrzy mają trudności z uzyskaniem grantu albo etatu. Nie zmienia to faktu, że budowany w Polsce system (w teorii) ma premiować najlepszych.

Inaczej jest jednak z uczelnią. Błędem byłoby przecież twierdzenie, że w Polsce potrzebnych jest tylko cztery–pięć najsilniejszych uczelni, a resztę można zlikwidować. Tu musi działać inne kryterium niż jedynie doskonałości naukowej. Odwołujemy się przecież często do społecznej misji uczelni i jej roli wobec otoczenia, w tym regionu i lokalnych wspólnot. Patrząc w ten sposób na polskie szkolnictwo wyższe, widać wyraźnie trzy lub cztery wiodące ośrodki akademickie i kilkanaście rywalizujących o miejsce w peletonie.

Walka toczy się o los uczelni ze środka stawki. To one najbardziej odczuwają efekty niżu demograficznego i to do nich nie trafiają znaczące pieniądze z grantów. Po stronie władzy leży zadanie szukania mechanizmów wspierania ośrodków, by nie zmarnować ich potencjału. Po stronie uczelni leży dążenie do poprawiania swej pozycji poprzez premiowanie dobrej nauki i edukacji na wysokim poziomie. Mogą to osiągać poprzez łączenie sił (słusznie MNiSW nawołuje do konsolidacji uczelni), inwestowanie w najlepszych, na przykład poprzez specjalizację naukową (uczelnia o mniejszym potencjale nie dorówna liderom we wszystkich dziedzinach, ale ma realną szansę na równą rywalizację, promując jeden lub dwa wydziały), a także szukaniu lepszych pracowników, nawet (albo zwłaszcza!) jeśli nie są własnymi wychowankami.

Oczywiście wszyscy chcemy doczekać polskich noblistów. Ale czy osiągniemy to, strajkując? Owszem, strajk przyciągnie na chwilę uwagę ludzi. Uniwersytet winien jednak wyjaśniać swym sponsorom – czyli podatnikom – dlaczego warto nań łożyć. Aby to zrobić, powinniśmy sami – jako środowisko – nie tylko uderzyć się we własne piersi, ale też wskazać, gdzie jest nasz potencjał. Nie osiągniemy tego, przerzucając się pustymi hasłami.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 321

(9/2015)
3 marca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj