Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Boskie prawo w...

Boskie prawo w ludzkich rękach? Recenzja filmu „Viviane chce się rozwieść” Ronit i Shlomi Elkabetzów

Stanisław Obirek

Jak wobec przemożnych wpływów tradycji – także w liberalnej demokracji – zachować miejsce na indywidualny wybór? Izraelscy reżyserzy Ronit i Shlomi Elkabetzowie ukazują splot prawa i religii dotyczący instytucji małżeństwa w swojej ojczyźnie, wzywają też do odwagi tych, którzy pragną go rozsupłać.

Tak istotne wydarzenia w życiu człowieka jak ślub, rozwód, komunia czy bar micwa nie są jedynie kwestią jednostkowych decyzji. Każda z nich wiąże się z rozlicznymi uwarunkowaniami i reperkusjami płynącymi z przynależności do danej wspólnoty, również religijnej. Dobrze w niej być, bo daje poczucie bezpieczeństwa i wpisywania się w ciągłość wielowiekowej tradycji. Gorzej, gdy spróbujemy niektóre elementy tej tradycji kwestionować albo tylko inaczej rozumieć. Co więcej, im ściślejszy wcześniejszy związek, tym boleśniejsze rozstanie. Wprawdzie socjologowie religii, jak chociażby Peter L. Berger w książce „The Heretical Imperative: Contemporary Possibilities of Religious Affirmation”, opiewali możliwość, a nawet konieczność swobodnego decydowania w sferze duchowej (Berger przypominał: heretyk to nic groźnego, wręcz przeciwnie, to człowiek zdolny do samodzielnych i dojrzałych wyborów), to jednak dla większości z nas pozostała ona czystą abstrakcją. Mówiąc wprost: pozostajemy więźniami swoich wspólnot religijnych i rodzinnych, a wiele prób opuszczenia tego więzienia łączy się z dramatem dla obu stron – odchodzącej i pozostawionej. Przekonuje o tym również najnowszy film izraelskich reżyserów – rodzeństwa Ronit i Shlomi Elkabetzów.

Czekając na rabina

Religia, niezależnie od przemian obyczajowych, prądów sekularyzacyjnych, a także ewolucji samej duchowości, odgrywa wciąż zdumiewająco ogromną rolę, również w krajach o długich tradycjach liberalnych. Jej wpływ dotyka przy tym nie tylko ludzi wierzących, gdyż nawet ateistom nierzadko trudno uciec od „urzędników” danego wyznania i jego zasad. To kwestia obecności zapisów o religijnej genezie w prawie państwowym, ale również bardziej subtelne zależności związane z obyczajem, rodziną czy po prostu zwykłym oportunizmem.

Elkabetzowie przyglądają się tym zjawiskom w Izraelu. Ich filmy na ten temat układają się w tryptyk połączony osobą głównej bohaterki – Viviane – granej zresztą przez samą Ronit Elkabetz. W pierwszej części – „Wziąć sobie żonę” (2004) – przedstawiają trwanie rozpadającego się małżeństwa, w drugiej – „Sziwa” (2008) – żydowski zwyczaj tygodniowej żałoby po śmieci członka rodziny. Zeszłoroczny „Viviane chce się rozwieść” jest, podobnie jak pierwsza odsłona, koprodukcją francusko-izraelską (z dodatkowym wkładem niemieckim), a tytuł oryginału – „Gett” – wydaje się ważny o tyle, że wskazuje na główny problem: konieczność uzyskania przez kobietę od męża listu rozwodowego, gettu, w procesie rabinackim.

Warto przypomnieć, że Izrael, państwo powstałe na mocy rezolucji ONZ z 1948 r., nie ma obowiązującej konstytucji. Najważniejsze decyzje podejmowane są przez parlament i sąd najwyższy, którego decyzje są traktowane jako precedensy ułatwiające regulacje prawne. Dotyczy to również religii, a może przede wszystkim jej. Jak wiadomo, jeden z twórców nowożytnego syjonizmu – Teodor Herzl – był niereligijny i dla samego judaizmu jako religii przewidział w państwie miejsce dość skromne. Ani on, ani „ojcowie założyciele” Izraela nie przewidzieli, że ta pozycja tak bardzo się rozrośnie. W chwili obecnej to właśnie rabini mają decydujący głos w sprawie rozwodów, ponieważ nie ma żadnej świeckiej procedury zakończenia małżeństwa, pochówków itd.

Viviane nic nie robi. Czeka na zmiłowanie sędziów i niekochanego męża, nie potrafiąc zdecydować się na samodzielne życie.

Stanisław Obirek

By w pełni zrozumieć opowieść o Viviane, koniecznie należy przypomnieć, kim jest Ronit Elkabetz, bowiem ostatni obraz jej i jej brata jest silnie zakorzeniony w doświadczeniach autobiograficznych Urodziła się w 1964 r. w Beer Szewie na północnym skraju pustyni Negew w marokańskiej rodzinie żydowskiej pochodzącej ze słynnego Essaouira (obecnie As-Sawira). Jej matka była fryzjerką (taki zawód będzie również wykonywać Viviane), która mówiła głównie po arabsku i francusku (tymi językami będą się też posługiwać niektórzy bohaterowie Elkabetzów). Od 1997 r. swoje życie dzieli między Paryż i Tel Awiw, a w swoich filmach opowiada o tym, jak trudno przezwyciężyć własną kulturę i religię.

viviane zdjecie 5

Materiały prasowe

Viviane, matka czworga dzieci, mieszka w separacji z mężem, któremu codziennie gotuje obiad. Mogłaby się przecież wyprowadzić, żyć samodzielnie. A jednak czeka. Przez cały film oglądamy rozprawę sądową, przysłuchujemy się zeznaniom świadków, obrońcy, przyjaciołom pozwanego, obserwujemy reakcje rabinów. Upragniony list w ostatnich scenach istotnie się pojawia. Ale co się z nim stanie? Viviane wykrzykuje swoje racje, oburzenie na sąd, na niekochanego męża, na bliskich, którzy jej nie rozumieją, którzy ją zawiedli. Grozi, że zrobi, co będzie chciała i tak, bo ma to wszystko gdzieś. A jednak nic nie robi. Czeka na zmiłowanie sędziów i niekochanego męża, który przez wiele lat nie zgadza się na rozwód, nie potrafiąc zdecydować się na samodzielne życie.

Izraelski tygiel

Jeśli chodzi o walor artystyczny filmu, to z punktu widzenia sposobu zaprezentowanych racji ideowych najważniejsza jest dla mnie gra aktorska. Śmiem twierdzić, że to wykonawstwo koncertowe. Dotyczy to nie tylko głównych bohaterów, ale i – być może przede wszystkim – postaci epizodycznych pojawiających się przede wszystkim w charakterze świadków na procesie i tworzących prawdziwy kalejdoskop charakterów i postaw. Szczególnie ujął mnie urodzony w Bagdadzie Sasson Gabai. Jego rola starszego brata i jednocześnie obrońcy męża Viviane – Elijah Amsalema (w tej roli równie świetny Simon Abkarian, pochodzący z Libanu, choć o korzeniach ormiańskich) – jest wprost niezwykła ze względu na skalę i różnorodność wcieleń. Nie bez powodu przywołuję te zróżnicowane korzenie aktorów. Wymienić tu można również Menashe Noy’a portretującego obrońcę Viviane, którego rodzice pochodzą z Iraku. To również informacja o tym, jakim tyglem kulturowym jest dzisiejszy Izrael. Fakt, że wszyscy występujący w filmie bohaterowie są Żydami, wcale nie oznacza, że podobnie myślą o swojej religii. Przeciwnie – właśnie stosunek do judaizmu jest jednym z najbardziej polaryzujących elementów życia w ich państwie.

viviane zdjecie 8

Niektórzy sędziowie z sądów rabinackich poczuli się tą wizją dotknięci, a nawet obrażeni. Ich zdaniem część scen jest całkowicie nie do pogodzenia z praktykami na rzeczywistych rozprawach sądowych (obraźliwe stwierdzenia pod adresem kobiety typu „znaj swoje miejsce” czy wzywanie straży sądowej, by ją wyprowadzić z sali, a właściwie pokoju – mieści się w nim ledwie kilka osób – rozpraw). Jednak z drugiej strony pojawiają się w prasie informacje w pełni potwierdzające realizm filmu i pełne prawdopodobieństwo przedstawionej procedury. Batja Kahana Dror – dyrektorka organizacji „Bez wyjścia”, zajmującej się podobnymi przypadkami – twierdzi wręcz na łamach liberalnego dziennika „Haaretz”, że obraz Elkabetzów odzwierciedla w pełni rzeczywistość sądów rabinackich.

Przypuszczam, że podobne reakcje odnotowalibyśmy w Polsce, gdyby spróbować nakręcić film o próbach unieważniania ślubów katolickich. Jak wiadomo, spraw tych jest coraz więcej (przyznał to już kilka lat temu m.in. ks. dr Andrzej Pawłowski, oficjał Sądu Biskupiego Diecezji Koszalińsko-Kołobrzeskiej, ale jak one przebiegają, większość z nas nie ma zielonego pojęcia. Sami zainteresowani też wolą milczeć. Jedni są szczęśliwi, że sprawa dobiegła pozytywnego końca, inni nie tracą nadziei, że tak się kiedyś stanie. Fakt, że „Viviane chce się rozwieść” jest wyświetlane również w Polsce, stać się może dobrą okazją, by zastanowić się nad sprawą związku religii z życiowymi decyzjami również w naszej rzeczywistości. Choć w Polsce, w przeciwieństwie do Izraela, istnieją rozwody cywilne, to siła prawa zwyczajowego, szczególnie na wsi i w małych miasteczkach, jest równie mocna, nierzadko paraliżująca.

Pierwszy raz byłem w Izraelu w 1983 r., a od roku 2005 bywam w tym kraju dość często. Oglądając „Viviane chce się rozwieść”, myślę o moich własnych doświadczeniach. Rozumiem uznanie tamtejszej publiczności i krytyków. Jest to po prostu samo życie uchwycone na gorąco, zapis zmagania się z demonami własnej wspólnoty, z trudnymi do przezwyciężenia ograniczeniami wyniesionymi z domu i synagogi.

Gett jest w moim ręku

Co ciekawe, z punktu widzenia prawa ortodoksyjnego judaizmu – halachy – gett można otrzymać naprawdę łatwo. Wystarczy, iż kobieta powie, że spała z innym mężczyzną. Zdarza się również używanie wobec mężów przemocy fizycznej. W przypadku Viviane użycie tego pierwszego środka wydawałoby się najbardziej prawdopodobne. Nie kocha swego męża, chce rozpocząć nowe życie. Powstaje więc pytanie, dlaczego nic nie robi? dlaczego biernie czeka na wyrok? Choć właśnie takie sytuacje prawo religijne przewiduje. Problem w tym, że wielu ludziom brakuje wyobraźni i odwagi, by skorzystać z przysługującego im prawa. Viviane brakuje wiary w siebie, chce, by inni udzielili jej zezwolenia na samodzielność. Kiedy oczekuje na jego przyznanie, tak naprawdę sama skazuje się na więzienie. Choć wie, że w mitycznej Ameryce sądy musiałby się opowiedzieć po jej stronie, nie zdaje sobie (albo nie chce zdać) sprawy, że „tę Amerykę” można odnaleźć również w ojczyźnie – państwie przecież demokratycznym. To właśnie ta niechęć bohaterki do podjęcia walki sprawia, że siła rabinów jest tak wielka.

viviane zdjecie 7

Film Elkabetzów powinni zobaczyć zarówno obrońcy prawa, jak i ci, którzy mają odwagę je przekraczać. Bo jest ono dziełem człowieka i człowiek może, i powinien je zmieniać, jeśli zamiast mu służyć, przyczynia się do stwarzania piekła już tu na ziemi. Twórcy „Viviane chce się rozwieść”, pokazując dylemat głównej bohaterki, tak naprawdę wskazują na możliwość jego rozwiązania – twoje szczęście jest w twoim ręku, spróbuj je osiągnąć i nie szukaj wymówek w „państwie prawa religijnego”. Reżyserzy zdają się mówić współczesnym Izraelkom: jesteście zniewolone, bo same tego chcecie. Ich film odnieść można również do Polski, gdzie narzekanie na kler i prawo kościelne jest jednym z najczęstszych tematów rozmów. Mało kto jednak chce przyznać, że siła zarówno Kościoła, jak i jego reguł jest wprost proporcjonalna do niechęci podejmowania decyzji. Tej sytuacji nie zmieni żadne prawo, tylko autonomiczna decyzja każdego z nas.

 

Film:

„Viviane chce się rozwieść”, reż. Ronit Elkabetz, Shlomi Elkabetz, Izrael, Francja, Niemcy 2014.

 

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 321

(9/2015)
3 marca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj