PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > O polskich Noblach...

O polskich Noblach możemy zapomnieć

Aleksander Temkin w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim

O przyczynach słabości polskich uniwersytetów, szkołach "śmieciowych" i sporach naukowców z minister nauki mówi współzałożyciel Komitetu Kryzysowego Humanistyki Polskiej.

Łukasz Pawłowski: Mamy w Polsce ponad 430 uczelni wyższych, co w przeliczeniu na jednego mieszkańca daje liczbę czterokrotnie wyższą niż np. w Niemczech. Potrzebujemy tych wszystkich szkół?

Aleksander Temkin: 430 uczelni wyższych, wliczając szkoły prywatne, których faktycznie mamy za dużo. To bardzo często są śmieciowe uczelnie niezachowujące podstawowych standardów. Poprzeczka dla nich musi być podniesiona znacznie wyżej. Nie powinniśmy jednak wrzucać prywatnych i publicznych uczelni do jednego worka.

Dlaczego nie? Są też dobre szkoły prywatne, które w różnego rodzaju rankingach wypadają lepiej niż uczelnie publiczne. Część pracowników tych uczelni chciałaby „otwartej konkurencji” ze szkołami państwowymi, co oznacza także prawo do ubiegania się o dotacje budżetowe. Jeżeli te szkoły są lepsze niż placówki publiczne, to dlaczego tego nie robić?

Informacja o tym, że mamy za dużo szkół wyższych, wynika stąd, że istnieje mnóstwo śmieciowych szkół prywatnych, co z kolei wynika z tego, że studenci z mniejszych miejscowości, ze względu na wysokie koszty życia, nie mają możliwości finansowych, by studiować w większym mieście. Niestety, polityka ministerstwa nauki prowadzona wobec mniejszych ośrodków akademickich ten problem niezwykle pogłębia. Strategię tę nazywamy „pendolinizacją” polskiej nauki; wyspową modernizacją kosztem całości systemu.

4_Temkin_

Fot. Tommy Forbes_ Źródło_Flickr

Ale w tych mniejszych ośrodkach bardzo często nie ma chętnych do studiowania na konkretnych wydziałach. Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej powstał w odpowiedzi na próbę zamknięcia Instytutu Filozofii w Białymstoku właśnie z powodu braku chętnych. I kto jest temu winien? Rząd?

Ależ są chętni do studiowania filozofii w Białymstoku! Jest ich całkiem sporo jak na to dość niewielkie miasto – około dwudziestu osób rocznie, czyli tyle samo co studentów filozofii na Uniwersytecie Warszawskim w latach 80. Wina rządu polega na tym, ze w dzisiejszych warunkach finansowania uczelni to nie wystarcza.

Chodzi o fatalny sposób finansowania szkół wyższych, który w istotny sposób uzależnia poziom dotacji od liczby studentów oraz doktorantów. Jeżeli nie odejdziemy od takiego sposobu finansowania, dojdzie do załamania systemu, a o rankingach innowacyjności czy polskich Noblach możemy zapomnieć.

W jakim stopniu finansowanie uczelni jest zależne od liczby studentów? Minister Lena Kolarska-Bobińska w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” powiedziała, że to jedynie 12 proc. sumy dotacji państwowej.

Nie wiem, czy pani minister wierzy w to, co mówi, bo ten wskaźnik sięga 35 proc. To nie jest zresztą jedyna manipulacja ze strony ministerstwa. Pojawiło się też mnóstwo drobnych, ale bardzo ważnych przekłamań. Na przykład twierdzenie, że chcemy zlikwidować granty – nonsens, wcale tego nie postulujemy!

Nie wolno wam jednak zamykać oczu na zmiany demograficzne, jakie zaszły w Polsce. Ludzi w wieku studenckim jest po prostu mniej, a ponadto część młodych wyjeżdża uczyć się za granicą. W tej sytuacji nie można zachować struktury uniwersyteckiej z czasów, kiedy liczba studentów sięgała 2 mln.

Liczba studentów była za wysoka i na tym polegał problem. Uniwersytety działały jak łowcy głów, co prowadziło – nawet w okresie wyżu demograficznego – do obniżania poziomu i przepuszczania wszystkich bez przeprowadzania poważnych egzaminów. W związku z tym, podstawową sprawą jest umożliwienie uczelniom przejścia na system finansowania, który uniezależniłby wysokość dotacji od liczby studentów i doktorantów oraz pozwolił przestawić się na tryb bardziej badawczy. Przykład: mamy mały instytut fizyki, który ma tyle samo studentów, ilu wykładowców. Możemy albo rozwiązać ten zespół i zmarnować infrastrukturę, albo umożliwić działanie instytutu w trybie częściowo badawczym. To jest jedno z proponowanych przez nas rozwiązań.

Można odnieść wrażenie, że wasze żądania są sprzeczne. Twierdzicie, że „studentów było i jest za dużo”, ale chcecie zachować uczelnie i wydziały w mniejszych ośrodkach.

Uważamy, że likwidacja mniejszych uczelni doprowadzi do wzrostu wykluczenia społecznego, ale jesteśmy też zwolennikami ograniczenia liczby osób studiujących. Nie są to wcale postulaty sprzeczne. Studia powinny być bardziej elitarne: powinny umożliwiać indywidualny kontakt ze studentem, pracę w mniejszych grupach – bo wtedy dydaktyka jest po prostu efektywna. Obecny model finansowania prowadzi do sytuacji, w której ogranicza się realnie dostępną ofertę dydaktyczną i jednocześnie upycha studentów w coraz liczniejszych grupach.

Ale to nie oznacza, że takie studia mogą być tylko dostępne dla mieszkańców Warszawy czy Krakowa. Utożsamianie większej elitarności z centralizacją, prócz tego, że pojęciowo błędne, jest katastrofalne społecznie. Prowadzi bowiem do zaprzepaszczenia potencjału intelektualnego młodych ludzi, których zwyczajnie nie stać na wyjazd na studia do ośrodka bardzo oddalonego od miejsca zamieszkania.

Weźmy w takim razie wspomniany już przykład filozofii w Białymstoku. Jaki jest sens sztucznego utrzymywania przy życiu tego rodzaju wydziałów, skoro ich oferta nie budzi zainteresowania? Nie uważa pan, że lepiej by było niektóre jednostki skonsolidować, dzięki czemu przyciągałyby lepszych studentów i wykładowców?

Uczelnie w miastach wojewódzkich podlegają gigantycznemu kryzysowi i degradacji. Pytanie o filozofię w Białymstoku jest pytaniem o to, czy chcemy, aby mieszkańcy całych województw zostali ograniczeni w dostępie do szkolnictwa wyższego. A to oznacza marnowanie potencjału intelektualnego ludzi z uboższych rodzin i regionów. Jeżeli tak się stanie, to może i doprowadzi to do pozornych oszczędności, ale jednocześnie do drenażu mózgów i dalszej emigracji. Czy możemy sobie pozwolić na to, aby tracić nasz potencjał?

Konsolidacja uczelni mogłaby się przyczynić do wzmocnienia ich pozycji i zwiększenia atrakcyjności nie tylko dla studentów w Polsce, ale także tych zagranicznych. Jak pan wie, współczynnik umiędzynarodowienia polskich uczelni jest żenująco niski. Warto zadać sobie pytanie, dlaczego ludzie nie chcą w naszym kraju studiować? Może dlatego, że polskie uczelnie nie mają nic ciekawego do zaoferowania?

A może również dlatego, że są finansowane na żenującym poziomie? Jesteśmy na szarym końcu Unii Europejskiej, jeśli chodzi o poziom finansowania nauki. Trudno zakładać, że poziom wzrośnie bez wzrostu inwestycji. Nie da się oddzielić poziomu prowadzonych w jednostce badań od tego, że pracownika naukowego, przy obecnym poziomie wynagrodzeń, nie stać na zakup literatury, której nie ma również w fatalnie wyposażonych bibliotekach.

Znów mamy sprzeczne informacje. Ministerstwo ustami Leny Kolarskiej-Bobińskiej mówi, że poziom finansowania wzrósł w ostatnich latach do 1 proc. PKB, a do 2020 r. ma to być 2 proc. PKB, a więc średnia unijna.

I znów nieprawda. Przykro mi, ale przy obecnym tempie wzrostu, które wynika wyłącznie z dorzucenia do puli funduszy europejskich, 2 proc. osiągniemy nie w 2020, a w 2048 r. Nie będziemy innowacyjnym społeczeństwem, nie będzie gospodarki opartej na wiedzy, jeżeli ten stan nie ulegnie natychmiast zmianie. Do tego potrzebna jest jednak samoorganizacja środowiska. Po to powołaliśmy Komitet Kryzysowy Humanistyki Polskiej. Wykonujemy pracę, którą powinien wykonać każdy dobry liberał. Walcząc z wizją uniwersytetu stawiającą efektywność ekonomiczną w centrum, walczymy o wykształcenie, które ma za zadanie tworzyć silną, samosterowną jednostkę, a nie jednostkę dostosowaną za wszelką cenę wyłącznie do wymogów naszego peryferyjnego i nieinnowacyjnego rynku.

Nie chodzi o stawianie ekonomicznej efektywności w centrum. Odnoszę jednak wrażenie, że chcecie rozwiązać problem, po prostu wrzucając trochę więcej pieniędzy do worka, podczas gdy istotą sprawy jest źle działający system.

Nie chcemy dorzucać trochę więcej pieniędzy do worka. Chcemy zmiany systemu – odejścia od pogłównego. Bez tego, rzeczywiście, dorzucanie nic nie da.

Dobrze. Jakie ma być więc kryterium oceny polskich uniwersytetów i naukowców? Jeżeli nie liczba studentów i nie parametryzacja, której też się sprzeciwiacie, to co?

System recenzyjny. Problemem w polskich warunkach jest jego nieprzejrzystość oraz fakt, że prowadzi do dominacji lepiej ustosunkowanych, ustawionych, utytułowanych nad stojącymi na niższych szczeblach Rozwiązaniem jest wprowadzenie radykalnej jawności. Recenzenci nie mogą pozostawać anonimowi, a recenzje muszą być publikowane w internecie, razem z obowiązkową odpowiedzią recenzowanej osoby. To jest podstawowa sprawa, a nie pogoń za przeliczaniem wszystkiego na punkty. Niestety, reformy minister Barbary Kudryckiej nie doprowadziły do wzrostu przejrzystości czy do osłabienia roli parafeudalnych sieci w środowisku naukowym – wręcz odwrotnie.

Czyli przyznaje pan, że wina za stan polskiej edukacji wyższej nie leży tylko po stronie ministerstwa, ale również „parafeudalnych” stosunków w ramach polskich uczelni. I – już dopowiadając – niechęci do reformy znacznej części środowiska naukowego.

Ministerstwo występowało w roli młota, który miał te parafeudalne struktury rozbić. W rzeczywistości doprowadziło do znacznego zwiększenia roli klientelistycznych układów w środowisku naukowym, ponieważ procedury związane z ocenami wniosków grantowych są skrajnie niejasne. Retoryka walki z feudalizmem uczelnianym ze strony ministerstwa jest całkowicie obłudna. Gdy przedstawiamy propozycje rzeczywistych działań wymuszających wprowadzenie przejrzystych procedur na różnych etapach, ministerstwo odmawia współpracy, powołując się na… autonomię uczelni.

Niedawno raport Najwyższej Izby Kontroli ujawnił kolejną patologię na polskich uczelniach. Nadmierne obciążanie promotorów prac magisterskich. Biorą na siebie nawet do 100 prac, których oczywiście nie są w stanie doglądać. Oszukują więc i studentów, i podatników.

I temu, że jakiś wykładowca bierze na siebie 100 magistrantów, też jest winien minister?

Ministerstwo doprowadza do sytuacji, w której uczelnie tną koszty, gdzie się da, a następnie umywa ręce, mówiąc, że to nie jest jego sprawa, to sprawa wyłącznie autonomicznych uczelni. Nie ma pieniędzy na tworzenie nowych etatów, a zachwalane zwijanie nierentownych wydziałów i konsolidacja jednostek prowadzą do tego, że pracownicy są przeciążeni pracą dydaktyczną. I to mimo tego, że duża jej część wykonywana jest przez doktorantów, armię taniej lub darmowej siły roboczej. Mamy dość tej gry z ministerstwem! Nie jest to stanowisko tylko nasze, lecz także poważnej części środowiska naukowego…

Które jest bez winy…

Środowisko naukowe nie jest święte, ale jednocześnie nędza instytucjonalna i strukturalna, niedofinansowanie rodzą patologie. Wszelkie reformatorskie działania, które mają uzdrowić sytuację moralną na uniwersytetach, do niczego nie doprowadzą, jeżeli nie będą połączone ze zmianami ram systemowych. Moralizatorstwo nie wystarczy – trzeba zmian strukturalnych. Przede wszystkim fatalnego sposobu – podkreślam: sposobu, nie tylko poziomu – finansowania uczelni wyższych.

Równie ważne jest to, jak się te pieniądze wydaje. Rektorzy, choć to niekiedy wybitni specjaliści w swoich dziedzinach, zwykle nie mają doświadczenia w kierowaniu tak wielką organizacją jak uniwersytet. Jednym z pomysłów na poprawę zarządzania uczelniami jest wprowadzenie zewnętrznych menadżerów. Czy pan popiera tę propozycję?

Uważamy ten projekt za przejaw arogancji urzędniczej wobec środowiska naukowego. Podstawowym zadaniem wyznaczanym uczelniom jest kreowanie innowacyjności. Problem w tym, że owa innowacyjność jest sprowadzana wyłącznie do innowacyjności technicznej. Istnieje też jednak innowacyjność społeczna, która z jednej strony techniczną warunkuje, ale z drugiej nie daje się po prostu zmierzyć w urzędniczych raportach.

A złożona przez panią premier propozycja finansowania kilkuset najlepszym polskim studentom studiów na czołowych światowych uczelniach? Koszty tego projektu szacuje się na ponad 300 mln zł, ale celem jest przyciągnięcie do Polski świetnie wykształconych osób.

Te pieniądze należałoby wydać na przyciągnięcie studentów do nas. Nie powinniśmy, zwłaszcza w sytuacji tak dużego niedoboru finansowego, dotować uczelni zagranicznych.

Jeżeli wasze postulaty nie zostaną spełnione, grozicie organizacją protestów. Kiedy i w jakich okolicznościach mogą one dojść do skutku?

Wszystko zależy od ministerstwa. Nie marzymy o tym, bo protesty nie są nikomu potrzebne. Ale stawianie środowiska naukowego pod ścianą i dalsze udawanie, że kryzysu nie ma, a naukowcy nie wiedzą, o czym mówią, nie pozostawi nam innego wyjścia. To ministerstwo dziś zamyka oczy na kryzys i nie chce zreformować patogennego i nieefektywnego systemu finansowania. 9 marca spotykamy się na rozmowie w ministerstwie. Chcemy realnych, systemowych zmian. Zobaczymy, jaki będzie wynik. Wszystko zależy od tego.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 321

(9/2015)
3 marca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE

Nie boję się autorytaryzmu



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj