Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Upadek edukacyjnego domina

Upadek edukacyjnego domina

Mateusz Mazzini

Konsolidacja uniwersytetów czy ograniczenie liczby studentów nie rozwiążą problemów polskiej akademii – zwłaszcza tych, które mają charakter systemowy i przez dziesięciolecia były ignorowane.

Prof. Michał Kleiber, prezes Polskiej Akademii Nauk i były minister nauki, postawił na łamach „Kultury Liberalnej” kilka tez dotyczących chorób trawiących polskie uczelnie. Tez tyleż trafnych, co oczywistych i raczej powierzchownych. Zaczął od argumentu numerycznego, przytaczając porażającą statystykę – obecnie na jednego wykładowcę przypada cztery razy więcej studentów niż 25 lat temu, co jego zdaniem jest przyczyną niskiej jakości nauczania. Zgoda, studentów jest u nas za dużo, jednak samo zwiększenie liczby chętnych nie jest przyczyną obniżenia jakości nauczania na uniwersytetach.

Po pierwsze, jakość ta jest bezpośrednio zależna od poziomu kandydatów rozpoczynających studia – a ten obniżył się w ostatnich latach dość drastycznie, czego dowodem jest powolny upadek egzaminu maturalnego. Po drugie – i może ważniejsze – na poziom nauczania istotny wpływ mają przede wszystkim metody używane przez wykładowców. Problemem jest fakt, że pomimo zmian demograficznych, politycznych, społecznych i ekonomicznych ani trochę przez ostatnie ćwierćwiecze nie zmienił się w Polsce model nauczania akademickiego, a ściśle mówiąc – relacji między kadrą a studentami.

3_Mazzini_Fot. slack12_ Źródło_Flickr

Fot. slack12_ Źródło_Flickr

Nadal tkwimy w przestarzałym modelu, opartym na przekonaniu, że im więcej czasu student (teoretycznie) spędzi na wykładach, tym dogłębniejsza będzie jego znajomość poznawanej materii. Ocena jego wiadomości odbywa się natomiast poprzez wtórne testy i egzaminy, na których ma on odtworzyć wiedzę przekazaną mu przez prowadzących. Nie wykorzystać, lecz odtworzyć. W rezultacie profesorowie wykładają „na pamięć”, a studenci „na pamięć” odpowiadają, często rok po roku na dokładnie te same pytania. Taki system może prowadzić jedynie do wykształcenia czysto oportunistycznych postaw, nastawionych na przeżycie – bo skoro nikt i tak nie patrzy w Polsce na jakość dyplomu, to najczęściej po prostu wystarczy go mieć.

Skoro nikt i tak nie patrzy w Polsce na jakość dyplomu, to najczęściej po prostu wystarczy go mieć.

Mateusz Mazzini

W dodatku od lat nie zmieniło się w Polsce podejście do pracy własnej studentów. Wciąż opiera się ona na nabywaniu wiedzy, a nie rozwijaniu umiejętności. Student po wyjściu z wykładu otrzymuje najczęściej do opanowania potężne partie materiału, a nie kreatywne zadania wymagające od niego użycia wykładanej wiedzy. Pojedyncze przykłady przeczące tej tezie są, parafrazując prof. Witolda Kulę, co najwyżej „wyspami nowoczesności”, występującymi najczęściej w izolacji od reszty systemu. Rozwiązania tego problemu należy szukać właśnie w całej strukturze procesu nauczania akademickiego. Wprowadzenie nowych metod przekazywania wiedzy, zróżnicowane formy oceny postępu studentów, ograniczenie jednostek godzinowych na rzecz bardziej przemyślanej pracy własnej – to wszystko propozycje łatwiejsze do wprowadzenia w życie niż likwidacja połowy szkół wyższych.

Bo właśnie w konsolidacji prof. Kleiber widzi receptę na dogonienie Zachodu. Jego zdaniem poprzez tradycyjny dla Polski rozdział szkół medycznych, inżynieryjnych i uniwersytetów, najlepsze placówki w Polsce nie są w stanie wskoczyć do czołowej setki listy szanghajskiej – bo są one zwyczajnie za małe. Nic bardziej mylnego – według ostatniej edycji listy, uniwersytet zamykający pierwszą setkę, Vrije Universiteit w Amsterdamie, liczy sobie ok. 22 tys. studentów, ponad 2 razy mniej niż wymieniony przez profesora Uniwersytet Warszawski. Liczba wydziałów i kursów oferowanych przez VU także jest znacząco mniejsza niż w Warszawie.

Oczywiście, istnieje prawdopodobieństwo, że po połączeniu z Politechniką i Uniwersytetem Medycznym, UW zyskałby na międzynarodowym znaczeniu, niemniej jednak moim zdaniem powstałby raczej niemożliwy do skutecznego zarządzania biurokratyczny moloch. Mylne jest założenie, że polskie uniwersytety przegrywają z zagraniczną konkurencją rozmiarem. Problemem jest fatalnie niski udział polskich badaczy w międzynarodowych kręgach naukowych. Zapomnijmy wreszcie o rankingach. Kulejemy w starciu z zagranicą, bo nas tam zwyczajnie nie ma, zwłaszcza w skali makro. Nie prowadzi się wymian bilateralnych między uczelniami, studenci i młodzi naukowcy nie uczestniczą w międzynarodowych grupach badawczych, nie modyfikujemy treści i metod nauczania zgodnie ze światowymi trendami.

Tymczasem drzwi nie będą już szerzej otwarte. W epoce wszechobecnych mediów społecznościowych wyszukiwać i nawiązywać kontakty w sposób nieformalny można łatwiej niż kiedykolwiek, a Polaków chętnych do współpracy także jest na zagranicznych uczelniach coraz więcej. Pamiętajmy też, że nie otrzymamy imiennego zaproszenia – to my aspirujemy do bycia lepszymi, więc to do nas powinna należeć inicjatywa.

Wreszcie profesor dochodzi do – jak to określił – „przywary środowiska” polegającej na awersji do przyjmowania krytycznych opinii z ust innych naukowców. Owszem, jest to poważny problem, ale zaczyna się on dużo wcześniej i nie zmienią go żadne procedury administracyjne. Przecież każdy naukowiec to jednocześnie były student – a w polskim systemie studenci nie mają szansy na oswajanie się z absolutnie żadną formą krytyki. Ich ocena zawiera się w szczelnej, czterostopniowej skali, a wyniki często podawane są bez jakiegokolwiek uzasadnienia. Zresztą najczęściej nie ma czego uzasadniać, bo egzamin składa się z zadań testowych lub pytań dopuszczających jedną tylko prawidłową odpowiedź.

Odejście od dłuższych form wypowiedzi, brak pluralizmu opinii i nacisk na punkty sprawiają, że studenci nie rozwijają swoich umiejętności krytycznego myślenia i formułowania wniosków, bo uczelnia od nich tego nie wymaga. Nie mówiąc już o tak dobrze funkcjonującym za granicą, a zupełnie nieobecnym w Polsce systemie krytyki horyzontalnej, czyli między samymi studentami. Krytyki – oczywiście merytorycznej i konstruktywnej – na polskich uczelniach nie ma praktycznie na żadnym poziomie, nie tylko, jak twierdzi prezes PAN, przy staraniach o tytuł profesorski.

Zapomnijmy wreszcie o rankingach. Kulejemy w starciu z zagranicą, bo nas w tej zagranicy zwyczajnie nie ma.

Mateusz Mazzini

Problemy polskiej edukacji wyższej postrzegać należy najszerzej, jak tylko się da. Tak jak liczba uniwersytetów czy metody nauczania są tylko pojedynczymi klockami w całości akademickiego domina, tak sama edukacja wyższa jest klockiem w dominie społeczeństwa – między szkolnictwem ponadgimnazjalnym a rynkiem pracy i samodzielnością życiową.

Nie da się podnieść jakości polskich uczelni bez zrozumienia, że na poziom studentów wpływ ma poziom kadry (i vice versa!), że każdy student to były maturzysta oraz przyszły absolwent i pracownik, który musi odnaleźć się na rynku pracy. Wreszcie, że akademia jest dziś szalenie umiędzynarodowiona i nie można jej kształtować w izolacji. Nie da się zmienić kształtu całego domina, przestawiając jeden klocek. Czasem łatwiej jest ten cel osiągnąć, rozsypując całą układankę i wznosząc ją od nowa.

SKOMENTUJ

Nr 321

(9/2015)
3 marca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE

Nie boję się autorytaryzmu



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj