PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Polska] W obronie...

[Polska] W obronie Dąbrowszczaków

Łukasz Bertram

Warszawscy radni Prawa i Sprawiedliwości zgłosili propozycję zmiany patronów 10 stołecznych ulic. Choć takie zmiany bywają uzasadnione, przy tej wyraźnie zabrakło namysłu.

Nie ma już w Warszawie ulicy Bieruta, przemianowanej (równie sprawiedliwie, co ironicznie) na Fieldorfa czy alei Rewolucji Październikowej, którą dowcipny Zeitgeist zmienił w aleję Prymasa Tysiąclecia. Zapisane na tabliczkach nazwiska patronów manifestują wartości, na których opiera się dany ład polityczny – i utrwalają je w społecznej świadomości. Stąd potrzeba prowadzenia polityki historycznej, w której niezbędne okazuje się zarówno wywyższanie, jak i wykluczanie pewnych nazwisk jako godnych bądź niegodnych hołdu. Im bardziej pluralistyczny porządek, tym taki zestaw symboli i patronów szerszy i bardziej inkluzywny, dopuszczający współobecność bohaterów z mocno zróżnicowanych opowieści. Liberalna demokracja nakłada również obowiązek pewnego niuansowania ocen, uważnego przyglądania się poszczególnym przypadkom, nieużywania w stosunku do nich prostych i topornych sztanc. Tego namysłu najwyraźniej zabrakło przy okazji zgłoszonej w ostatnich dniach propozycji radnych Prawa i Sprawiedliwości (wspartej głosami ekspertów Zespołu Nazewnictwa Miejskiego) zmiany patronów 10 stołecznych ulic.

Widoczną na pierwszy rzut oka zasadą, określającą ten postulat – jak i poprzednie, choćby z jesieni 2012 r. – jest dekomunizacja. „Swoich” ulic mają być pozbawione osoby wprowadzone do mniejszego lub większego panteonu sławy przez władze PRL, jak choćby Teodor Duracz, przed wojną członek KPP i znany obrońca komunistów w procesach politycznych. W obronie tych patronów nikt specjalnie nie zamierza kruszyć kopii. Stawianie na piedestale idei, o którą walczyli, bądź porządku, który budowali, byłoby dziś anachronizmem, zgrzytającym w zetknięciu z obecnymi ideałami. Ponadto część z nich zasłużyła się właściwie tylko na polu działalności partyjnej, co w latach peerelowskich było samoistnym tytułem do chwały, ale utraciło znaczenie po przełomie roku 1989. Nie przekreślając ich całkowicie i nie skazując na bezwzględną anatemę, nie mamy też potrzeby, by uznawać ich za naszych bohaterów.

Jest jednak w tej dziesiątce nazw jedna, która budzi żywsze emocje, a jej zestawienie z pozostałymi świadczy w najlepszym przypadku o niedbałości, w najgorszym – o ignorancji lub ideologicznym zacietrzewieniu. Chodzi o praską ulicę Dąbrowszczaków – czyli polskich ochotników, którzy stanęli zbrojnie po stronie legalnego, centrolewicowego (w żadnym wypadku, wbrew ówczesnym i późniejszym prawicowym legendom, komunistycznego!) rządu Hiszpanii podczas wspartej przez Hitlera i Mussoliniego rebelii gen. Franco i wojny domowej lat 1936–1939. Było ich ok. 5 tysięcy (najwięcej po Francuzach), 3 tys. zginęło. W obronie upamiętniającej ich czyn zbrojny ulicy zdążyła już powstać facebookowa strona „Łapy precz od ul. Dąbrowszczaków”, a także petycja. Głosy protestu podniosły się również w prasie.

Przyznajmy na początek: tak, wielu, a pewnie i większość dąbrowszczaków (abstrahując już od faktu, że nie wszyscy polscy ochotnicy służyli w Brygadzie im. Jarosława Dąbrowskiego) była nie tylko lewicowcami, lecz także sympatykami komunizmu lub członkami KPP – partii nielegalnej, nastawionej wrogo wobec integralności terytorialnej II RP, formującej altruistyczne i szlachetne motywacje swoich członków w coraz bardziej totalitarną matrycę. Tak, znalazłaby się wśród nich pewna liczba zapiekłych fanatyków. Tak, wielu z nich dało się wykorzystać w cynicznej, geopolitycznej rozgrywce Stalina, dla którego Hiszpania była takim samym poligonem doświadczalnym jak dla Führera czy Duce. Tak, wśród żołnierzy Brygad Międzynarodowych byli i tacy, którzy po wojnie aktywnie budowali komunistyczną dyktaturę i to na wysokich stanowiskach – w armii, bezpiece, mediach czy aparacie gospodarczym.

O tym wszystkim należy pamiętać. Gdy jednak mówimy o dąbrowszczakach jako patronach, nie mówimy o powojennych partyjnych dostojnikach z Alei Przyjaciół. Nie mówimy też o spiskowcach, knujących w mrocznych jaczejkach, jakby tu oderwać od II RP Kresy, Górny Śląsk i Pomorze. Nie mówimy też o herosach bez skazy, najdoskonalszych bojownikach o wolność i demokrację rodem z peerelowskiej laurki. I nie chodzi tu tylko o to, by podkreślać, że wśród patronów praskiej uliczki byli również niekomuniści, których nie wolno dziś karać za to, że znaleźli się w niewłaściwym towarzystwie. Wyegzorcyzmować komunistów z tej zbiorowości, wypreparować ze zdjęć czy dokumentów niespecjalnie się da. Lepiej zastanowić się, dlaczego warto wprowadzać dąbrowszczaków w obręb akceptowanej dziś w miarę powszechnie wspólnoty wartości i symboli właśnie pomimo obecności wśród nich reprezentantów ideologii i praktyki politycznej, które odrzucamy.

Byłoby dobrze, gdyby warszawscy radni, zamiast stroszyć uszy na dźwięk każdej trąbki grającej hejnał „bij czerwone!”, potrafili rozróżniać tej czerwieni odcienie.

Łukasz Bertram

Nie wystarczy przypominać o – niekłamanej – frontowej odwadze polskich ochotników, którzy zaryzykowali nie tylko zerwanie z rodziną, rewizje i areszty, lecz także własne życie. Dzielnością można przecież wykazać się również w najgorszej sprawie. Konieczne jest raczej uświadomienie sobie, czym właściwie była hiszpańska wojna domowa. W 1936 r. po stronie legalnego rządu wcale nie stanęli, zbrojnie lub za pomocą pióra, odezwy czy gazety, jedynie komuniści. W tym gronie – i dotyczy to również Polaków – znaleźli się socjaliści, anarchiści, demokraci, liberałowie. Wszyscy, którzy żywili nadzieję, że nowe władze w Madrycie wydźwigną swój kraj i społeczeństwo z zatęchłego zapóźnienia. Rebelia gen. Franco i stary porządek, którego broniła, zdawały się w ich oczach przejawem najgorszej, najczarniejszej reakcji, zaprzeczenia najdroższym wartościom świata demokratycznego.

Walka o Hiszpanię po stronie republiki miała też znacznie szerszy kontekst – jako pole, na którym otwartą wojnę wydano nazizmowi, faszyzmowi i nacjonalizmowi torującym sobie drogę przez radykalizującą się Europę. Że komuś zabrzmi to jak z komunistycznej czytanki? Cóż, Hitler nie był postacią z kart takiej broszury, podobnie jak nie był nią Mussolini, Salazar, Codreanu czy Piasecki (przy wszystkich różnicach między nimi!). Wszyscy oni, razem z Franco, stanowili potężne zagrożenie dla ówczesnej wątłej demokracji, której polityczni liderzy woleli raczej cofać się pod presją niż stawić jej czoła. Tego nie wymyślili sobie kapepowscy, moskiewscy, peerelowscy propagandziści, to czuli wszyscy, którzy w drugiej połowie lat 30. XX w., wyznawali wartości, do których dziś chcemy nawiązywać.

Słynny historyk Antony Beevor nadał swej wielkiej – i rozbijającej równie zdecydowanie mity prawicowe, co lewicowe – monografii na temat wojny hiszpańskiej podtytuł „Pierwsze starcie totalitaryzmów”, akcentując, że konfliktu tego nie da się postrzegać jako wyidealizowanego starcia jasności z ciemnością. Beevor zwrócił przy tym uwagę, że strona frankistowska była dużo bardziej jednolita niż republikańska – tygiel „nieprzystawalności i wzajemnych podejrzeń” [1]. Nie zapominajmy, że na tyłach wojsk republikańskich otwarcie szalało NKWD, a nienawiści w obozie lewicy bywały równie gorące i zabójcze, co między dwoma „oficjalnie” wojującymi stronami – jak sugestywnie opisał to George Orwell w książce „W hołdzie Katalonii”.

Kiedy w 2007 r. polski rząd zamyślił odebrać weteranom tamtej wojny uprawnienia kombatanckie, grono polskich intelektualistów – wśród nich Marek Edelman, Julia Hartwig, Leszek Kołakowski – wystosowało protest. Ich wywód trochę pobrzmiewa sentymentalizmem, swego rodzaju naiwnością; nie przypomina się w nim ciemniejszych stron zaangażowania po stronie republikańskiej. Autorzy podkreślili natomiast, że ochotnicy swoim czynem realizowali XIX-wieczne polskie hasło: „Za wolność naszą i waszą”. I o ile na cały dokument można się nieco zżymać, z tym fragmentem trudno się nie zgodzić. Jeśli nawet wojna hiszpańska nie była bojem aniołów z demonami, wciąż może służyć nam jako pewien probierz wartości. Czy przyznajemy się do tych, których wspierali Orwell i prasa Polskiej Partii Socjalistycznej, niezależnie od tego, że między nimi wciąż ścierały się różne prądy – czy tych, którzy bądź to pragnęli cofnąć się do wieku XIX, bądź stworzyć nowego człowieka po to, by go od razu umundurować?

Obrońcy republiki przegrali swoją walkę z frankistami na froncie. Ci, którzy szczerze wierzyli w głoszone wartości humanistyczne i demokratyczne przegrali podwójnie – również z cynicznymi lub sfanatyzowanymi funkcjonariuszami i nadzorcami radzieckimi. Może więc niewielka ulica w stolicy wolnej Polski powinna pozostać należnym im hołdem? Wiele osób z pewnością obawia się, że w ten sposób niejako hurtem i mimochodem rozgrzeszeni zostaną agenci Kominternu albo ci, którzy przeżywszy hiszpański front, pracowali po wojnie w bezpiece lub montowali plan sześcioletni. Wydaje mi się jednak, że to, w czym wzięli oni udział jako zbiorowość dąbrowszczaków – a nie jako każdy z osobna – jest ważniejsze niż oni sami. Zachowując ulicę Dąbroszczaków, sygnalizujemy, czemu i komu mówimy: ¡No pasarán!. Nie stoi to w sprzeczności z tym, by jasno pokazywać kto, głosząc ten slogan, miał niekoniecznie świetlane intencje.

* * *

Na planie warszawskiego Ursynowa wciąż widnieje mała uliczka Henryka Świątkowskiego – przedwojennego socjalisty, posła na sejm, po wojnie w pełni uległego wobec komunistów figuranta na stanowisku ministra sprawiedliwości. Żaden z niego zbrodniarz, żadna kanalia – może bardziej oportunista z miękkim kręgosłupem. Z pewnością jednak postać, która niczym nie zapracowała, by na takie upamiętnienie zasłużyć. Dlaczego więc nie ma go w przygotowanym przez PiS zestawie – a są w nim ludzie, którzy jako zbiorowość stanęli do walki z dzisiejszego punktu widzenia tragicznej? Byłoby dobrze, gdyby warszawscy radni oraz historycy, których ci pierwsi darzą najwyraźniej wielką estymą (o ile wypowiadają się we właściwym tonie), zamiast stroszyć uszy na dźwięk każdej trąbki grającej hejnał „bij czerwone!”, potrafili rozróżniać tej czerwieni odcienie.

Przypis:

[1] Antony Beevor, „Walka o Hiszpanię 1936–1939. Pierwsze starcie totalitaryzmów”, Kraków 2009, str. 24.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 339

(27/2015)
7 lipca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj