Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Gałczyński obroni się...

Gałczyński obroni się sam. Recenzja nowej edycji wierszy zebranych poety

Anna Arno

Gałczyński jest poetą, którego wiersze znamy i lubimy. Rzadko się go jednak cytuje w literackich esejach czy intelektualnych sporach. Można odnieść wrażenie, że jest miłością wstydliwą, domową, jak namiętność do smalcu i kaszanki.

Galczynski_tom-1_okladka1

Czekałam na tę książkę: pachnące świeżym drukiem grube tomy poezji Gałczyńskiego. Znalazły się w nich utwory nieprzedrukowywane od dekad, które tropiłam w manuskryptach i starych czasopismach. Wydawnictwo Prószyński i Spółka zapowiada, że ta publikacja inauguruje wydanie Dzieł Zebranych. Ostatnie „Dzieła” Gałczyńskiego ukazały się trzydzieści pięć lat temu… A przecież chodzi o jednego z najbardziej lubianych polskich poetów. Kiedy pracowałam nad jego biografią, ze wzruszeniem odkrywałam, że kilka pokoleń recytuje go z pamięci – znaną z lekcji polskiego „Piosenkę o Wicie Stwoszu”, recytowane na akademii „Przed zapaleniem choinki”, fragmenty „Pieśni”, które wykonywał Marek Grechuta. Być może Gałczyńskiego spotkał los, o jakim poeta powinien marzyć: stał się ludowym trubadurem, którego wersy dziewczynki wpisują do pamiętników, a babcie recytują ze łzami w oczach. Sytuacja jest jednak paradoksalna: Gałczyńskiego rzadko się cytuje w literackich esejach czy intelektualnych sporach. Można odnieść wrażenie, że jest miłością wstydliwą, domową, jak namiętność do smalcu i kaszanki.

Wiersze znane i mniej znane

Przede wszystkim brakowało pełnego wydania, które stworzyłoby pole dla nowych interpretacji, świeżego przeżycia tej poezji. Niestety niniejsze opracowanie takich wymagań nie spełnia. Wydawca podkreśla, że zaproponował książkę popularną: „w niektórych przypadkach sięgnięto do pierwodruków i na ich podstawie poprawiono drobne omyłki i opuszczenia w tekście”. Ciśnie się na usta: dlaczego tylko w niektórych przypadkach? Dlaczego w opasłych tomach (pierwszy ma ponad 700, drugi – ponad 900 stron) brakuje indeksu tytułów? Jak wytłumaczyć przypisy, które na chybił trafił dopowiadają pewne okoliczności powstania utworów, a przemilczają inne? Na przykład wiersz „Bruxelles” jest poprzedzony dedykacją „dla Maruty”. W przypisach nie podano, że chodzi o Marię Stobiecką. Tu ciekawostka: złożone przez Stobiecką w Bibliotece Narodowej rękopisy i listy Gałczyńskiego zostały skatalogowane jako „listy do żony”. Nie wiem, czy ten błąd został tymczasem naprawiony. W przypisach nie pojawia się także nazwisko Tadeusza Wittlina, „Tadka” z „Ballady o szklarzach”. Takich niedopatrzeń nie tłumaczy popularny charakter edycji. Tymczasem spuścizna Gałczyńskiego aż się prosi o krytyczne opracowanie: katalog jego rękopisów w Muzeum Literatury nie został jeszcze skomputeryzowany, a niektórych pozycji w ogóle nie uwzględniono w żółknącym i poprawianym ołówkiem maszynopisie.
Cieszę się, że ukazują się utwory dotychczas pomijane w wyborach: wiele przykrych i kontrowersyjnych, o których lepiej byłoby zapomnieć. W pierwszym tomie znalazły się antysemickie „Gdybym był Żydem” czy „List do Małgosi Rosenbaum”:

Małgosia wie już, o co zatarg?
O wpływ, któregom ja się bał!
Ten wpływ się skończył, no i na to
cóż ja poradzę, Rosenbaum?

Z drugiego tomu chciałoby się wykreślać obficie: wzmianki o flagach, traktorach, ZMP, o „robotniczym grodzie Szopenowskim” – Warszawie. Dobrze się jednak stało, że po raz pierwszy przedrukowany został wiersz „Umarł Stalin”. Na łamach paryskiej „Kultury” Konstanty Jeleński zauważył, że z wierszy opłakujących satrapę dałoby się skleić jeden długi poemat. Z tej sztampy wybija się tylko Gałczyński: jego dykcja jest osobna, a śpiewny utwór nawiązuje do tradycji antycznych elegii. Byłby piękny, gdyby podmienić nazwisko opłakiwanej osoby:

Krzyczy Wołga. Szlocha Sekwana.
Woła Dunaj. Jęczą rzeki chińskie.
Broczy Wisła jak otwarta rana.
Lamentują potoki gruzińskie.
Krzyczy Aragwa: Stalin!

Znalazły się tu także utworki błahe, rymowane w pośpiechu, dla chleba. Gałczyński wykorzystywał w nich swój niezwykły talent rymotwórczy. Jak czarodziejską różdżką, potrafił przemienić w poezję każdy materiał: gotujący się obiad albo „Budkę z papierosami”. Do moich ulubionych należą pełne powtórek samograje: „A mrozik był jak cholera / cholera poniżej zera” („Ballada o szklarzach”) czy „Zegarmistrz z Mokotowskiej / przy Mokotowskiej mieszka; / w zegarkach, na Mokotowskiej, / szczoteczką czyści kółeczka;” („Straszna tragedia zegarmistrza z ulicy Mokotowskiej”).

Ideologiczny pręgierz i arcydzieła pisane po nocach

Być może twórcy tego wydania uznali, że poeta „obroni się sam”. Jest to poniekąd słuszne założenie: tomiki otwiera się na chybił trafił, wertuje, z potrzeby znalezienia pocieszenia, słów powiązanych rymem, metaforą. Ze wzruszeniem czytam utworki, które przypominają mi scenki XVII-wiecznych holenderskich „małych mistrzów”:

Chłopiec z radioodbiornikiem
jedzie trolleybusem,
twarz ma taką szczęśliwą;
może wygrał go na konkursie.

Poeta pisał o rybnym straganie, żeby zarobić na rybę, ale rzeczywiście cieszyły go drobiazgi: „Stoi wózek z rybami przed kinem, / jest i sandacz, i karp, i leszcz z linem, / rybie oczy ośnieża śnieg”. Ale pouczająca jest również lektura wierszy pisanych pod dyktando, pod ideologicznym pręgierzem. Jak choćby „Lekcja bolszewicka”: „Cel jest: Komunizm i naród, / w pogodę i podczas burzy, / i wielki jest każdy człowiek, co wielkiemu celowi służy”.

Nie ma obawy, że takie utwory przyćmią największe wiersze Gałczyńskiego. Czytelnik sam znajdzie drogę do „Notatek z nieudanych rekolekcji paryskich”, które są najbardziej przejmującym autoportretem poety – nie tylko żarliwego, pełnego zachwytu, ale też cierpiącego i świadomego własnych słabości: „Nie mogę. Zrozum. Jestem mały / urzędnik w wielkim biurze świata, / A Ty byś chciał, żebym ja latał / i wiarą mą przenosił skały”. Własnym światłem błyszczą wielkie poematy: „Bal u Salomona”, „Noctes Aninenses”, „Niobe” i „Pieśni”. Podobno Gałczyński pisał je szybko, po nocach, w natchnieniu. A przecież zwykle pracował o świcie, niczym poeta-rzemieślnik z „Ars poetica”, który realizuje zamówienia i surowo negocjuje stawki:

Publiczność zasię jest tym drogowskazem,
czego nie mogą pojąć różni durnie,
Jeżeli błazeństw pragnie, bądź jak błazen,
jeśli koturnów, stańże na koturnie.
I na to nie ma rady, moje panie:
Toć i szyjemy, i piszemy dla niej.

Niepokojące szkice wstępne

Wiersze mówią własnym głosem. Tym trudniej zrozumieć szkice otwierające oba tomy Jerzego Stefana Ossowskiego. Sprawiają wrażenie, jakby wciąż trwała „sprawa Gałczyńskiego”. Przypomnijmy, na przełomie lat 40. i 50. poeta, który pisał o dworcu EKD, gołębiach i odbudowie Starówki został uznany za nie dość oddanego socjalistycznej sprawie. Partyjni ideologowie pojęli, że polityczne deklaracje Gałczyński doszywa jak falbankę, aby wiersz przepchnąć przez cenzurę. Wolał się bawić w „Teatrzyku Zielona Gęś”, gdzie humor, posmak absurdu pozwalały odetchnąć, pozostawiały miejsce dla wątpliwości i refleksji. Gałczyńskiemu zarzucano, że dla zachowania pozorów żongluje tylko hasłami. W przemówieniu na Zjeździe ZLP Adam Ważyk brutalnie zaatakował poetę: „Słuszniej by było, gdyby Gałczyński ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach. Oczyszczenie poezji ze smaczków i pięknostek burżuazyjnej poetyki z czasów imperializmu, ze skłonności formalistycznych i tradycji zepsutego baroku staje się pilnym zadaniem poetów i krytyków literackich”. Gałczyńskiego szykanowano ze wszystkich stron: na spotkaniach autorskich szpile wbijali mu nawet licealiści i robotnicy. W rozpaczliwej próbie ratunku poeta ogłosił samokrytykę. Jak sugeruje profesor Ossowski, deklaracjami prawowierności usiłował zmazać pamięć o przedwojennych publikacjach w skrajnie prawicowym tygodniku „Prosto z mostu”. Jak słusznie zauważa krytyk, w tamtych czasach niebagatelną rolę odgrywał lęk: „Czasem sny nas meczą straszne, / aż człowiek się poci / i krzyczy, i na szafce / przewraca kompocik”.

Galczynski_tom-2_okladka2

Trudno się jednak oprzeć wrażeniu, że autor wstępu próbuje Gałczyńskiego przed czymś bronić, co gorsza, atakuje przy tym innych poetów: „Ubogich duchem (Julian Tuwim), miernych (Władysław Broniewski), biernych (Wisława Szymborska), ale wiernych (Stanisław Ryszard Dobrowolski), nagradzano i fetowano. Do dzisiaj spadkobiercy z prawego łoża koterii «Wiadomości Literackich» i «Nowej Kultury», «lewicowcy», «postępowcy», «nowocześni», «liberałowie» – władający mediami oraz giełdą literacką – podgrzewają wokół Gałczyńskiego zastępcze spory biograficzne, licytując się, jak wielkim był antysemitą, alkoholikiem, bigamistą, grafomanem, materialistą, nacjonalistą, oportunistą, prosięciem, stalinistą, wariatem, szkodnikiem”. Dziwi mnie jadowity ton tego szkicu. Zastanawiam się, kto tak Gałczyńskiego sponiewierał, jaka mroczna, acz wpływowa koteria tak uparcie mu wypomina rzekome grzechy? Szkoda, że autor nie wymienia nazwisk ani tytułów, nie proponuje merytorycznej polemiki. Nie rozumiem, dlaczego w tomie poezji wspomina „dziewice genderystki”, które jakoby miałyby się przelęknąć „niebezpiecznego poety”? Nie sądzę, aby Gałczyński potrzebował takiego sojusznika. Czy przy tej okazji koniecznie trzeba podkreślać, że Wisława Szymborska za słabo została napiętnowana za swoje socrealistyczne wiersze?

Najbardziej niepokoją jednak tytuły wstępniaków: „Poezja jest tylko dla tych, co przez poezję pragną oczyścić się” oraz „Poezja jest tylko dla tych, co mają czyste serca” – oba zaczerpnięte z listu „Do Przyjaciół z «Prosto z mostu»”. Jest to jeden z niewielu tekstów Gałczyńskiego, o którym wolałabym zapomnieć. Podyktowany względami ideologicznymi, resentymentem wobec niechętnej mu literackiej koterii, ten artykuł jest także pełen antysemickich aluzji. Owszem, mamy do czynienia z tekstem przewrotnym, satyrycznym, wykorzystującym polemiczne chwyty. Ossowski przywołuje go z licznymi opuszczeniami, kończąc cytat na zdaniu: „Powołanie poety i chrześcijanina to jak dwa koła o promieniu jednakim […]. Nie lękaj się. [….] Ty zostaniesz: słoneczny, grecki, chrześcijański”. Pominięty został fragment, w którym Gałczyński pomstuje na awangardę: „Twierdzę, że tylko złośliwy wpływ rabinackich szkółek rozmaitych Peiperów […] Kilkunastu młodych dzielnych Słowian cadyk Peiper zdołał przykryć swym atłasowym chałatem i pod tym chałatem pokazuje niebożętom różne głupie sztuczki”. „Alfonsów”, którzy literacką scenę zmienili w giełdę, Gałczyński określa jako „Przyszcze na Polszcze”. Nie twierdzę, aby ten właśnie tekst należało naświetlać i uparcie poecie wyrzucać. Ale lepiej się też na niego nie powoływać we wstępie do wierszy zebranych. Gałczyńskiemu bardziej posłużyłoby staranniejsze edytorskie opracowanie. Warto byłoby też wznowić płytę (z 2003 r., nakład wyczerpany), na której poeta czyta swoje utwory – pięknym, głębokim głosem, ze wspaniałą dykcją.

W niedokończonym fragmencie, nad którym pracował w ostatnich dniach, Gałczyński przypominał: „Ale są jeszcze sprawy drobne: Loty ptasie, / chwianie się trzcin w jeziorach, blask gwiazdy wieczornej, / różne barwy owoców o porannym czasie / i wiatr przelatujący w sopranie i w basie, / i moja mała lampa, i stół niewytworny”. Gałczyński miał temperament apolityczny. Mam wrażenie, że najchętniej skupiał się na tych drobiazgach, lirycznej materii, opowiadaniu bajek.

* Śródtytuły pochodzą od redakcji.

 

Książka:

Konstanty Ildefons Gałczyński, „Szarlatanów nikt nie kocha. Wiersze zebrane”, tom I; „Portret muzy. Wiersze zebrane”, tom II, wyd. Pruszyński i s-ka, Warszawa 2015.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 339

(27/2015)
7 lipca 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj