Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Wyszehrad plus] Prawo...

[Wyszehrad plus] Prawo do wątpliwości

Magdalena M. Baran

„Posługiwanie się pojęciem człowieczeństwa robi się modne i wygodne. Bywa wytrychem do trudnych spraw. Nie jest jednak tak, by niepewność i wątpliwości, jakie dzielą obywatele Europy, miały cokolwiek kwestionować. Etyczne zobowiązanie nie może piętnować za posiadanie wątpliwości”.

Gdy Victor Orbán zaczynał budowę swoich słynnych przygranicznych zasieków, patrzyliśmy na niego, jak na człowieka niespełna rozumu. Mur miał ochronić Węgry, ale – jak zapewniał premier tego kraju – miał przede wszystkich chronić Europę przed napływem nielegalnych imigrantów. Można było protestować (co zresztą czyniono), ale można było również oczekiwać na efekty i funkcjonalność tej budowli. Jakie one są? Ostatnio widzi to każdy, choćby nie wiem jak próbował tego nie zauważać. Budapesztański dworzec Keleti stał się główną, a przynajmniej najbardziej medialną sceną dramatu. Oczy świata zwróciły się właśnie tam, gdzie tysiące imigrantów czekają, protestują, domagają się dalszej podróży w kierunku Austrii i Niemiec. Media zbijają na nich kolejne historyjki, podbijając sobie oglądalność, a w zależności od własnego zabarwienia politycznego, kreują nastroje pro- lub antyimigranckie. W końcu ruszają pociągi ku zachodniej Europie, gdzie ma czekać pokój, bezpieczeństwo, brak wojny, przed którą uciekają. Sami Węgrzy powtarzają, że nie chcą w swym kraju „żadnych muzułmanów”, a Orbán zastrzega, że choć docenia wartość tej wspólnoty religijnej, to przecież „nikt nie może wymagać od Węgier zmian w kulturalnym i etnicznym składzie węgierskiego społeczeństwa”. Ba, nikt nie może oczekiwać tego od któregokolwiek z europejskich społeczeństw, o czym w dobie dzisiejszej „otwartości” nie wolno nam zapominać.

Tymczasem Europa zawzięcie licytuje się kto, kogo i w jakiej liczbie przyjąć może lub wręcz powinien. W tle rozpala nas jednak inna dyskusja, w której argumenty bywają wzajemnie odrzucane, częstokroć ze względów politycznych lub po ocenie ich poprawności. Na ile to uchodźcy wojenni, na ile imigranci zarobkowi? Ilu faktycznie ucieka przed wojną, czując (całkiem przecież zasadne) zagrożenie dla życia własnego i najbliższych, a ilu (przed czym coraz intensywniej ostrzegają już nawet nie prawicowe media, ale i inne państwa islamskie) przemyka się do Europy, by siać w niej terror? Skąd tak duża dominacja mężczyzn w sile wieku (choćby w obozach we Włoszech czy w Grecji, sięgająca miejscami 70 proc.), podczas gdy struktura muzułmańskiej rodziny jest zdecydowanie inna? Czy rzeczywiście możemy pozwolić sobie na rozluźnianie procedur i nieanalizowanie każdego przypadku z osobna, bez jednoczesnego narażenia własnego bezpieczeństwa?

Pytania te są niepopularne i trafiają w mur akcji przyjmowania uchodźców „chlebem i solą”. Jakby już samo posiadanie wątpliwości automatycznie czyniło złym człowiekiem. Tymczasem to realne wątpliwości konkretnych ludzi, również obywateli, którzy najzwyczajniej zaczynają się bać. A przecież nie po to z takim mozołem budujemy wspólną Europę, by ktokolwiek miał tu żyć w lęku. Nie po to wierzymy w prawa człowieka, by myśleć, że ich stosowanie może obrócić się przeciwko nam. Nie możemy zatem lekceważyć głosów sprzeciwu i wątpliwości, nie możemy mówić, że „ci są źli, co nie kochają bliźniego”, bo takie głosy nie umilkną. Może dziś stawiane pytania wydają się przedwczesne czy nawet niestosowne, ale… co można odpowiedzieć na pełne rozpaczy wołanie mieszkańców greckiego Lesbos, którzy owe zagrożenie czują już na własnej skórze. W jakimś sensie stają się przecież ofiarami „importowanej wojny”, która wprawdzie nie toczy się w ich własnym kraju, ale coraz mocniej zaczyna ich dotyczyć. Płyną stamtąd wieści o braku szacunku imigrantów dla miejsca, do którego przybywają, do ludzi, kultury, norm społecznych i obyczajowych. Przecież nikt nie chce czuć zagrożenia, śpiąc we własnym łóżku, we własnym domu… Tymczasem pomału zdaje się ono stawać udziałem mieszkańców Lesbos. Pytanie, co będzie dalej.

Stając wobec tych dylematów w Europie na setki sposobów odmieniamy dziś pojęcie człowieczeństwa. Dużo mówimy o chronieniu go, o rozpowszechnianiu właściwych ideałów, o solidarności, pomocniczości, sprawiedliwości. Jesteśmy w tym względzie dziedzicami maksym Immanuela Kanta, a ostatnio również dialogicznych wierzeń Emmanuela Lévinasa. W najprostszej, najbardziej bodaj ogólnej wersji imperatywu kategorycznego Kant „naucza”, by postępować „tylko wedle tej maksymy, co do której mógłbyś jednocześnie chcieć, aby stała się prawem powszechnym”. Mamy zatem maksymy zamknięte choćby w Konwencji Genewskiej z roku 1951 dotyczącej uchodźców czy w Protokole Nowojorskim z roku 1967, również dotyczącym statusu uchodźców (czyż to nie piękne ukoronowanie marzeń Kanta z książeczki „O wiecznym pokoju”?). Nasze obowiązki – w sensie prawnym – wydają się zatem jasne. A obowiązki etyczne? Lévinas powiada, iż wchodzenie w relację z drugim (z Innym) jest „elementem dążenia ku Dobru”, przy czym ów Inny (Drugi) „jest tym, co słabe, jest biedakiem, «wdową i sierotą»”. Jest zatem – choć dziwna i niejednoznaczna to dla mnie figura – i Obcym, i Drugim. Jest zatem i uchodźcą, wygnańcem. Z drugiej jednak strony u Lévinasa to twarz Drugiego otwiera na człowieczeństwo, to twarz woła o dobroć, to spotkanie z twarzą Drugiego jest relacją etyczną, czyni nas odpowiedzialnymi za Drugiego. Co jednak, gdy twarz Drugiego nie „woła” do nas tak, jak chce tego Lévinas? Co, gdy ów Drugi napawa nas lękiem? To pytanie, na które każdy odpowiada sobie sam.

Posługiwanie się pojęciem człowieczeństwa robi się więc modne i wygodne. Bywa wytrychem do trudnych spraw. Nie jest jednak tak, by niepewność i wątpliwości, jakie dzielą obywatele Europy, miały kwestionować, czy to prawo, czy etyczne zobowiązania. Jednocześnie etyczne zobowiązanie nie może piętnować za posiadanie wątpliwości. A takie nieuchronnie się rodzą. Podczas niedawnego dorocznego spotkania z węgierskimi dyplomatami Orbán podkreślał, że „dopóki Europa nie będzie w stanie ochronić swych zewnętrznych granic, nie ma sensu dyskutowanie o losie napływających osób”. I – tak jak nie lubię i nie szanuję polityki obecnego węgierskiego premiera – to może, przynajmniej na pewnym poziomie, nie powinniśmy całkowicie lekceważyć jego głosu. Co jednak miałaby oznaczać taka ochrona? I znów – to nie media, ale rozsądne, racjonalnie analizujące sytuacje europejskie rządy, muszą znaleźć odpowiedź na to pytanie. Muszą znaleźć nie tylko klucz do kwestii uchodźców, ale i sposób na rozmowę z własnymi obywatelami.

 


 

O uchodźcach czytaj także:

Ilu_1_Wstępniak i Smolar

Zapis debaty „Pękające granice, rosnące mury”.

Aleksander Smolar „Masowa imigracja rozsadzi Europę” oraz Temat Tygodnia „Dlaczego Polska powinna przyjmować uchodźców?” (nr 335).

Rozmowa z Bassamem Tibim „Multi-kulti to kompletne nieporozumienie”.

Rozmowa z Alainem Finkielkrautem „Do diabła z bezpieczeństwem!”.

Rozmowa z Charlesem Taylorem „Przepis na społeczną katastrofę”.

Wywiad z Marthą Nussbaum „Liberalizm potrzebuje miłości”.

 


SKOMENTUJ

Nr 348

(36/2015)
9 września 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj