Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Studium wyobcowania. Recenzja...

Studium wyobcowania. Recenzja „Zdroju” Barbary Klickiej

Piotr Kieżun

Cienka jak opłatek, a zarazem gorzka jak kromka czarnego chleba, debiutancka powieść Barbary Klickiej stawia opór: bywa niejednoznaczna i pełna emocji. A jednocześnie mocno trzyma się konkretu. Cóż może być bowiem bardziej konkretnego niż ludzkie ciało? Podatne na ból, spętane własnymi ograniczeniami i poddane społecznej tresurze.

Spośród wszystkich sytuacji, w których ludzkie ciało ulega urzeczowieniu, pobyt w szpitalu należy do tych najbardziej dwuznacznych. To tu częściej niż gdziekolwiek indziej odczuwamy, jak wielu ograniczeniom jesteśmy poddawani. Po pierwsze, więzi nas samo ciało: schorowane, obolałe lub bez czucia, psujące się, obrzękłe, połamane, nadżarte. W szpitalu z materii najbardziej osobistej, staje się przeszkodą, czymś zewnętrznym, co trzeba po kawałku usunąć bądź wymienić. Po drugie, więzi nas sama instytucja, oparta na systemie zakazów, nakazów, przepustek i poleceń. Szpital okazuje się opresją w stanie czystym, porównywalną do więzienia lub koszar. Największy paradoks polega oczywiście na tym, że w przeciwieństwie do tych ostatnich, w których wszystko dzieje się w imię społecznego dobra, w szpitalu przymus ma służyć przede wszystkim jednostce. Chwilowa zamiana w rzecz jest warunkiem jej przyszłego szczęścia.

Od razu rodzi się jednak pytanie, co robić, gdy stan przejściowy zaczyna tak naprawdę dotyczyć całego naszego życia?

Debiutancki „Zdrój” Barbary Klickiej nie podaje na nie odpowiedzi. Raczej sam stawia to pytanie, zadawane wielokrotnie, choć nie wprost przez narratorkę tej cieniutkiej powieści. Kamila, albo bardziej poufale Kama, to trzydziestotrzyletnia mieszkanka Warszawy, u której niedawno wykryto złośliwy nowotwór tkanki chrzęstnej. Po jego wycięciu, by nie stracić uprawnień do renty, Kama poddaje się dalszemu leczeniu. Zostaje skierowana na turnus rehabilitacyjny do sanatorium w Ciechocinku. Spędza na zabiegach cały miesiąc. Odcięta od swojego środowiska, samotna i wyobcowana próbuje wpasować się w nowe otoczenie. Jest uprzedzająco miła i chętnie idzie na kompromisy, by zdobyć choć odrobinę uznania ze strony innych, a co za tym idzie – prawa do prywatności. „Nigdy nie wiadomo, od kogo będziesz potrzebować pomocy” (s. 42).

Życie w sanatorium rządzi się jednak swoimi zasadami. W oczach innych Kama jest rzeczą, trybikiem w instytucjonalnej machinie, plastyczną masą, którą można ugniatać, jak się chce. Nie pozostaje jej nic innego, jak ukryć się we własnym wnętrzu: po ślimaczemu odgrodzić się od reszty ludzi cienką, wapienną ścianką i opowiadać nam szeptem zza tego przepierzenia o napotykanych niczym w grze komputerowej przeszkodach.

Pierwsze mają charakter czysto społeczny. „Zdrój” to bowiem zderzenie z najgorszym wyobrażeniem Polaka, którego w powieści uosabia postać symbol – kuracjusz z Ciechocinka. Klicka przedstawia nam sporo jego odmian. Koleżanki z pokoju Kamy, Zosia ze Zgierza i Bogusia z Podhala, to dwie samolubne idiotki, jeżące się na widok każdej oznaki inności. Beata z Włocławka reprezentuje typ wszystkowiedzącej, przemądrzałej bywalczyni sanatoryjnych parkietów. Zdzisław to rubaszny kawalarz, nieco obleśny i zdecydowanie zbyt bezpośredni. Jest więcej tego towarzystwa: pani Halinka, namawiająca do udziału w jakże emocjonującej pielgrzymce do Lichenia, Włodek z Iławy, jakiś facet o aparycji strongmana z olbrzymim, srebrnym zegarkiem na ręce. Wszyscy są zajęci sobą, nastawieni na konsumpcję sanatoryjnych dóbr, przekonani o słuszności własnych przekonań. Przy całym swoim egoistycznym indywidualizmie, charakteryzują się skrajnie stadnym sposobem myślenia. Tępi, nadęci, chamscy, wścibscy i w najgorszym tego słowa znaczeniu prowincjonalni, stale biorą udział w małostkowej rywalizacji. Dogryźć drugiemu, zająć lepsze miejsce, pouczyć, przechytrzyć – oto zajęcie Januszów i Grażyn reprezentujących w „Zdroju” Polskę z paździerza.

Drugim przeciwnikiem Kamy jest samo sanatorium z jego procedurami i gwardią pracowników. Wbrew fabularnemu potencjałowi w zakładzie leczniczym z powieści Klickiej nie ma jednak żadnego metafizycznego absurdu rodem z prozy Kafki czy „Siedmiu pięter” Dino Buzzatiego. Klicka proponuje nam za to podróż w czasie. Opisane w „Zdroju” sanatorium Związku Nauczycielstwa Polskiego jest jakby żywcem wyjęte z epoki peerelu. Starsi będą to pamiętali, młodsi być może widzieli to w krzywym zwierciadle polskiej kinematografii sprzed 1989 roku. Kama spotyka tu bezczelną, złośliwą recepcjonistkę, lekarkę z zacięciem do wojskowego drylu, która bezlitośnie wykorzystuje swoją pozycję, masażystę erotomana, potrafiącego rozpiąć kobiecie stanik jedną ręką oraz Kaśkę odpowiedzialną za prowadzenie gimnastyki w solance, dziewczynę „w typie żeńskich oddziałów piechoty morskiej”. Reprezentują oni instytucję, w której liczy się nie człowiek, lecz procedury. Tym straszniejsze, im bardziej niedorobione, żałośnie głupie i komiczne.

Gdyby w opisie powieści Klickiej ograniczyć się jedynie do tych dwóch wątków, a więc do spotkań z innymi kuracjuszami i zderzeniem z sanatoryjnym personelem, „Zdrój” nie byłby niczym innym niż mało oryginalną, gorzką satyrą na współczesne polskie społeczeństwo. Tym bardziej narażoną na zarzut redukcji, im wyraźniej Klicka podkreśla odrębność swojej bohaterki. Kama jest z Warszawy, Kama jest wykształcona, Kama pracuje w wolnym zawodzie. I co prawda żyje jak prekariusz z umów zleceń, ale wiemy, że prowadzi o wiele bogatsze wewnętrzne życie niż którykolwiek ze spotkanych przez nią prowincjuszy. Jest w jakiś sposób uprzywilejowana.

Na szczęście opis pobytu w sanatorium w Ciechocinku jest dla Klickiej okazją do pokazania czegoś więcej. W „Zdroju” ta zamknięta instytucja staje się przede wszystkim areną zmagań bohaterki z własną i cudzą cielesnością, niezależną od polskiego kontekstu. W tej warstwie swojej książki Klicka przestaje być już tak jednoznaczna. Pozwala rwać się fabule, kładzie nacisk bardziej na emocje niż na linearny wywód, gra niedopowiedzeniami. Używa też siłą rzeczy bardziej zmysłowego języka. Sanatorium to placówka, w której „jedne ciała bezkarnie dotykają drugich ciał – ale nie odwrotnie” (s. 72). Narratorka, którą obracają, przewracają, nacierają, uciskają, zanurzają i oblewają zimną wodą, usiłuje nam zdać relację ze wszystkich doświadczeń, w których jej ciało zamienia się w przedmiot, cały obolały i naznaczony chorobą, a co najważniejsze, taki, od którego nie da się uwolnić. I udaje się to jej doskonale. Czytelnik czuje bowiem aż nazbyt dobrze cały bezmiar cielesnego wyobcowania, który doświadcza główna bohaterka, i który – jak się wydaje – będzie jej towarzyszył jeszcze długo po opuszczeniu sanatorium.

„Zdrój” to zatem niezwykle gorzka proza. Na tyle gorzka, że w trakcie lektury z trudem rodzi się pytanie, czy w świecie, który konstruuje Klicka, istnieje w ogóle houellebecqowska „możliwość wyspy”, a więc przestrzeń, w której jednostki mogłyby wyjść poza społeczne i cielesne uwarunkowania i być ze sobą, kierując się bezinteresowną wzajemnością. Klicka nie odpowiada na to pytanie wprost, ale poświęca mu dużą część swojej książki. Dziecięca, niewinna przyjaźń opisana jest choćby w długich retrospekcjach, w których Kama wspomina swój młodzieńczy pobyt w sanatoriach we wczesnych latach 90. i nastoletnią zażyłość z Martą, koleżanką z pokoju.

Jednak znacznie bardziej wieloznaczny niż opowieść o wieku niewinności jest wątek znajomości z Piotrem, kuracjuszem z męskiego piętra, z którym Kama spotyka się nocami na półpiętrze. Łączy ich tajemna więź. Wydaje się, że w „Zdroju” tylko oni oboje są naprawdę chorzy: Kama z wyciętym rakiem i Piotr bez dłoni i nóg, w miejscu których pojawiają się protezy, z głową pozbawioną włosów, być może w wyniku chemioterapii. Ich wzajemne uczucie jest czystym paradoksem. Piotr jest najbardziej widmowym bohaterem powieści, pojawiającym się w poszczególnych scenach co i rusz w innej postaci niczym Proteusz – raz bez nóg, raz bez rąk, innym razem bez rąk i nóg jednocześnie. Przypomina bardziej fantom niż człowieka. Jest jak literatura – niemal cały wymyślony. Ale być może właśnie przez swoje oderwanie od twardej materii, która nierozerwalnie łączy się na tym świecie z bólem, on jeden potrafi być dla Kamy prawdziwym oparciem. „Dłoń Piotra w dotyku przypomina protezę, może zresztą jest protezą nadzwyczaj wiarygodnie udającą ciało, ale nic mnie to nie obchodzi, […] bo jest z pewnością kawałkiem świata, którego można się trzymać” (s. 108). Tak jak jest nim zwariowana myśl o własnej ciąży, o której do końca nie wiadomo, czy jest w „Zdroju” realnością, czy tylko wymysłem samej bohaterki.

 

Książka:

Barbara Klicka, „Zdrój”, wyd. W.A.B., Warszawa 2019.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 530

(9/2019)
5 marca 2019

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj