0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Nasz świat skończył...

Nasz świat skończył się w ciągu miesiąca

Z Tomaszem Stawiszyńskim rozmawia Łukasz Pawłowski

„Nie wierzę w żadną globalną rewolucję na rzecz empatii czy końca kapitalizmu, bo to po prostu nie jest możliwe. Obawiam się więc, że rzeczywistość po epidemii stanie się na dłuższą metę jeszcze bardziej brutalna. Ale na pewno skończył się świat, który znamy. Powrotu do dawnego modelu życia nie będzie”, mówi filozof i publicysta.

Łukasz Pawłowski: Dlaczego tak bardzo lubimy fantazjować o apokalipsie?

Tomasz Stawiszyński: Żyjemy w kulturze ufundowanej na apokaliptycznym micie, czyli na chrześcijaństwie. To religia, która u samych podstaw operuje wizją radykalnego, a zarazem bliskiego końca. Pierwsi chrześcijanie byli wszak przekonani, że drugie przyjście Jezusa wydarzy się za ich życia.

Oczekiwanie apokalipsy jest obecne w naszej kulturze do dziś. Jak mówił jeden z moich ulubionych autorów, James Hillman, jesteśmy chrześcijanami, nawet jeśli wydaje nam się, że już dawno przestaliśmy wierzyć w chrześcijańskie dogmaty.

Chcesz powiedzieć, że to strach przed wielkim kataklizmem jest uwarunkowany naszą kulturą i nie jest żadną stałą psychologiczną?

Te dwie sfery się przenikają. Lęk przed spektakularną katastrofą ma dziś także związek ze zjawiskiem represjonowania śmierci i minimalizowania zagrożeń. Z jednej strony, budujemy świat, w którym staramy się pozbyć wszystkich ryzyk, wypychamy choroby, śmierć, słabość poza ramy głównego nurtu, poza obszar tego, co na co dzień widzialne. A z drugiej, wraca nam to wszystko w postaci fantazji o wielkiej katastrofie. Jakby cały niepokój – którego nie jesteśmy w stanie całkowicie z siebie wyeliminować – przenikał nas w postaci nieustannego poczucia zagrożenia.

Te wszystkie katastroficzne filmy, książki, gry komputerowe to forma ekspresji lęków, o których nie możemy mówić na co dzień?

Tak. I spełniają podwójną rolę. Z jednej strony, kanalizują lęk, który choćby i nieświadomie odczuwamy – bo przecież naszej słabości i bezradności nie sposób do końca wyprzeć: wszyscy chorujemy i umieramy, nie da się o tym całkiem zapomnieć. Z drugiej – dają poczucie pewnej nierealności tego lęku, bo w ten sposób możemy go spokojnie odesłać do kin i telewizorów. Produkty kultury egzorcyzmują nasze obawy. Trochę się boimy tego, co widzimy na ekranie, ale jednocześnie możemy o tych wizjach myśleć jako o czymś nierealnym, czymś, co nas nie spotka, bo to się przecież dzieje tylko w filmach.

Chrystus to też przecież superbohater, który składa sam siebie w ofierze, pokonuje największy czarny charakter w dziejach, czyli śmierć, a do tego zbawia całą ludzkość. W ostatnich latach jednak komiksowe i filmowe opowieści o herosach przesuwają się w stronę czegoś, co z tym mitem nie ma wiele wspólnego.

Tomasz Stawiszyński

Sposoby przedstawiania apokalipsy zmieniły się jednak bardzo na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat. Jeszcze w latach 60. takie filmy jak „Planeta małp” używały apokalipsy jako ostrzeżenia – pokazywały, że wciąż możemy coś zrobić, żeby do zagłady świata nie doszło. Później, w latach 80., a zwłaszcza 90., przed zagładą chronili nas idealni superbohaterowie – od Batmana po Jamesa Bonda. Zwłaszcza Bond w wykonaniu Pierce’a Brosnana ratował świat, nie brudząc sobie nawet specjalnie garnituru. Ostatnio jednak mamy tych samych bohaterów w nowej odsłonie – Bond nie jest już niezniszczalny, a Bruce Wayne to człowiek solidnie pokrzywiony. Nagle okazuje się też, że ci, którzy chcą zniszczyć świat – ostatni filmowy Joker jest tego dobrym przykładem – mają trochę racji. Wizja apokalipsy za każdym razem pełni inne funkcje.

Joseph Campbell – amerykański literaturoznawca i mitoznawca, którego książka „Bohater o tysiącu twarzy” zainspirowała George’a Lucasa do napisania „Gwiezdnych wojen” – zdefiniował uniwersalną ścieżkę, jaką w mitologiach całego świata przechodzi bohater, żeby stać się lepszym człowiekiem, poznać swoją ciemną stronę i uratować swoją społeczność. Znakomita większość popkultury z ostatniego półwiecza pracuje na tym fabularnym silniku. Z ducha zresztą chrześcijańskim, bo Chrystus to też przecież superbohater, który składa sam siebie w ofierze, pokonuje największy czarny charakter w dziejach, czyli śmierć, a do tego zbawia całą ludzkość. W ostatnich latach jednak komiksowe i filmowe opowieści o herosach przesuwają się w stronę czegoś, co z tym mitem nie ma wiele wspólnego. Nazwałbym to… gnozą bez zbawienia.

Wytłumacz prościej, proszę.

Modelowym przykładem jest choćby serial „Punisher”. Mamy tam wizję świata całkowicie upadłego, przeżartego korupcją i okrucieństwem. W tym świecie nawet ktoś, kto próbuje zachować resztki przyzwoitości i z kim się teoretycznie utożsamiamy, jest – jak tytułowy bohater – maszyną do zabijania, człowiekiem funkcjonującym poza dobrem i złem. Po prostu tylko przemoc daje jakąś sprawczość w tym pozbawionym nadziei miejscu. Tak samo jest w „Jokerze”. Nic poza przemocą nie działa, ale i ona tak naprawdę nie daje spełnienia i zbawienia.

W ostatnim czasie widać w tych wszystkich obrazach rodzaj poczucia, że tak już dalej być nie może. Dotarliśmy do granicy, nie ma drogi wyjścia. Dokładnie tak się czujemy w świecie rzeczywistym, którego popkultura jest przecież odbiciem. I oto właśnie w takim momencie, w tym rozległym kryzysie, pojawił się koronawirus.

Ale skoro apokalipsa w różnych produktach kultury otacza nas zewsząd, to czy nie powinniśmy być z nią jakoś oswojeni? Reakcje na obecną epidemię pokazują, że nie jesteśmy – strach i panika są ogromne. A przecież już to przerabialiśmy. Co prawda na ekranie, ale przerabialiśmy.

Moim zdaniem to nie jest głębokie psychologiczne oswajanie się z zagrożeniem, ale rodzaj subtelnego wypierania, przenoszenia go do sfery fikcji. Odkładając książkę czy wychodząc z kina, oddychamy z ulgą, że to nas nie dotyczy, że spotyka wyłącznie bohaterów kina albo literatury. Tak naprawdę dzisiejsza kultura w ogóle nie uczy nas, jak radzić sobie z własną i cudzą śmiertelnością.

I kiedy śmierć wraca do nas w rzeczywistości, tym bardziej nas zaskakuje?

Jakiś czas temu ukazała się książka „Czego najbardziej żałują umierający” Bronnie Ware. Autorka była pielęgniarką, pracowała w hospicjach i na podstawie rozmów z pacjentami stworzyła listę zaniedbań, które oni sobie najczęściej na łożu śmierci wyrzucali. Na przykład, że za dużo pracowali, za mało mieli czasu na zabawę, zbyt mało mówili o tym, co naprawdę czują i tak dalej. Bardzo symptomatyczna książka, którą reklamowano jako dowód na przełamanie tabu śmierci.

Ty masz inne zdanie?

Ja sądzę, że jest to bardzo subtelna forma wyparcia. Ostatecznie nie sposób do końca udawać, że śmierci nie ma, coś z tym fantem trzeba więc robić. I Bronnie Ware robi ze śmierci jeszcze jedną supermoc, jeszcze jedną „wielką szansę”, żeby „zmienić swoje życie” i zacząć z niego „czerpać pełnymi garściami”. To wciąż przesunięcie realnej śmierci w sferę fikcji, wpisanie jej w całą tę coachingowo-rozwojową kulturę, która, jak pokazuje na przykład socjolożka Eva Illouz, jest nie tylko kłamliwa, ale po prostu szkodliwa. Frustruje i pogłębia depresję, bo stawia za cel kompletnie nierealistyczne ideały, a tym samym odbiera możliwość konfrontacji z tym, co jest realne.

Tymczasem teraz śmierć zaczyna czaić się za rogiem i paraliżować całą rzeczywistość.

Dotarliśmy do granicy, nie ma drogi wyjścia. Dokładnie tak się czujemy w świecie rzeczywistym, którego popkultura jest przecież odbiciem. I oto właśnie w takim momencie, w tym rozległym kryzysie, pojawił się koronawirus.

Tomasz Stawiszyński

Ciekawe dla mnie były reakcje na ten kryzys radykalnych katolików, na przykład Tomasza Terlikowskiego. Kiedy protestował przeciwko zamykaniu kościołów, mówił między innymi, że dla osoby wierzącej znacznie gorsze od śmierci jest zerwanie z Bogiem. Ten argument wyśmiewano i, słusznie skądinąd, przypominano, że w Polsce żyją nie tylko katolicy. Ale w ramach tego sposobu myślenia, jaki prezentuje Terlikowski, on ma sens. Jeśli ktoś naprawdę wierzy w katolicką eschatologię, to nie może bać się śmierci, która zabiera go z tego podłego świata do Boga.

Też tak uważam. Napisałem nawet tekst, w którym z jednej strony twierdziłem, że mszy należy odgórnie zakazać, bo świeckie państwo nie powinno kierować się irracjonalnymi przekonaniami tylko wiedzą, w tym wypadku epidemiologiczną. Ale z drugiej strony wyjaśniałem, dlaczego stanowisko Terlikowskiego jest bardzo konsekwentne i zrozumiałe na gruncie teologii katolickiej. Reakcja na jego teksty pokazuje, że bardzo trudno nam zrozumieć, jak myślą inni ludzie. Kompletnie nie jesteśmy w stanie przekroczyć własnych przekonań, uznajemy je często nie tylko za jedynie słuszne, ale i za jedynie możliwe.

Terlikowski po prostu naprawdę wierzy, że stworzył nas wszechmogący Bóg, który zna nasze myśli i uczynki. Wierzy, że życie doczesne jest tylko etapem, po którym następuje śmierć, a następnie sąd, który decyduje, czy wieczność spędzimy w piekle, czy w niebie. Otóż, każdy, kto te mity traktuje dosłownie, kto je bierze poważnie, będzie się orientował właśnie na życie wieczne, a nie doczesne. To jest w pełni zrozumiałe i logicznie, i psychologicznie. Idee mają konsekwencje, a treść wierzeń wpływa na ludzkie zachowanie. Być może jednak to jego otwarte mówienie o drugorzędności życia tu i teraz było nieznośne dla osób funkcjonujących w paradygmacie postchrześcijańskim, które jednocześnie nie mają nic w zamian. Ja sam czuję się kimś takim.

Jakim?

Kimś, do kogo chrześcijaństwo już nie mówi i nie obsługuje jego potrzeb, ale kto nie ma innego mitu, który pozwoliłby poradzić sobie z faktem, że jesteśmy tutaj tymczasowo. Mój obraz świata kształtuje współczesna nauka, którą mam za najdoskonalszy środek pozyskiwania realnej wiedzy – ale nieobce są mi metafizyczne tęsknoty. Rozumiem potrzebę „czegoś więcej”. Kultura, w której żyliśmy jeszcze 10 dni temu, wpajała nam poczucie, że nasze życie jest czymś danym i oczywistym. To się skończyło.

W filmie „Wspomnienia z gwiezdnego pyłu” bohater grany przez Woody’ego Allena – komediowy reżyser przeżywający kryzys twórczy – pyta arcymądre istoty pozaziemskie, jaki sens ma życie i co ma robić, żeby go znaleźć. W odpowiedzi usłyszał: „Opowiadaj śmieszniejsze żarty”. Ja jako niewierzący całkowicie kupuję taką odpowiedź. Życie nie ma żadnego innego sensu niż ten, który mu nadasz, a jak się kończy, to się kończy i tyle. Nie ma nic przed i po. I naprawdę nie rozumiem, dlaczego to takie trudne do zaakceptowania.

Ja też kupuję, ale to nie znaczy, że mi się ona podoba. Zwróć uwagę, że cała historia ludzkiej kultury osnuta jest w ogromnym stopniu na wytwarzaniu rozmaitych sposobów radzenia sobie z faktem śmiertelności. Wokół mitów, rytuałów, opowieści i rozważań mających zażegnać lęk przed nieuchronnym końcem. Dopiero jednak późny kapitalizm, czyli epoka, w której my żyjemy, postanowił zastosować na to niezawodny środek, który najlepiej opisuje porzekadło: zbij termometr, nie będziesz mieć gorączki. Śmierć w pewnym momencie znika, zajmuje miejsce, jakie w epoce wiktoriańskiej zajmował seks – na co jeszcze w latach 50. ubiegłego wieku zwrócił uwagę antropolog Geoffrey Gorer.

Flickr.com

A dzisiaj epidemia działa jak serum prawdy – wyciąga na wierzch wszystkie te rzeczy, które były poukrywane i z którymi nie potrafiliśmy sobie poradzić. Widzimy, że system, który teoretycznie miał na celu nasz dobrostan – nie tylko nie działa, ale i zbudowany jest wokół zupełnie innych wartości: zysku, postępu, przyrostu, rozwoju. Dotąd można to było różnymi sposobami kamuflować, na przykład mitem, że „człowiek jest kowalem własnego losu”. Ale kiedy tylko coś poważnie poszło nie tak, okazało się, że najsłabsi giną w pierwszej kolejności. Ale chyba najbardziej przerażająca jest prowizoryczność naszego świata, która się przy okazji tej epidemii ujawnia.

Ale czy to nie jest zupełnie oczywiste, że ten cywilizacyjny naskórek jest bardzo cienki i łatwo go zdrapać? Przecież sami się tym bawimy. W tych wszystkich reality shows wysyłamy ludzi na „bezludną” wyspę albo w „podróż życia” i stawiamy w sytuacjach, w których normy przestają obowiązywać. I cieszymy się, że ktoś tam kogoś wystawił do wiatru albo dał po twarzy. Jesteśmy dla siebie mili, póki wszystko działa.

W literaturze i filmach mamy masę historii o tym, że gdy przestają działać struktury cywilizacji, to zaczyna się przemoc.

Jedną z moich ulubionych książek jest „Władca much” Williama Goldinga, która pokazuje, jak grupka chłopców trafia na bezludną wyspę i w krótkim czasie wszystkie normy przestają obowiązywać. Liczy się tylko siła.

Zwróć jednak uwagę, że to jest perspektywa, którą dziś wyznają konserwatyści. Tę „naszą” opcję – liberalno-lewicową – cechuje w większym stopniu antropologiczny optymizm. Podkreśla się tutaj, że ludzie są z natury raczej dobrzy, a to, co najgorsze, bierze się z represyjnych struktur kulturowo-cywilizacyjnych.

Wspominasz o „Władcy much”, ale przecież podobne zjawiska miały miejsce w Nowym Orleanie po huraganie Katrina. Miasto zostało odcięte od świata, pomoc do niego nie docierała i natychmiast pojawiła się przemoc. To także pokazywało, że siła struktury prawno-cywilizacyjnej jest bardzo złudna. I że kiedy ona puszcza, zaczynamy żyć w świecie rodem z filozofii Tomasza Hobbesa.

Ale Hobbes także bywa uznawany za jednego z inspiratorów liberalizmu. Bo to on proponuje wyraźny rozdział między życiem publicznym, które faktycznie ma regulować władza suwerena, i prywatnym, do którego ta władza nie ma dostępu. Wychodząc z założenia, że ludzie bez praw zwyczajnie się pozabijają, więc trzeba ich powstrzymać, Hobbes znajduje też przestrzeń dla indywidualnej wolności.

My na jakimś poziomie doskonale wiemy, że ludzie bez praw się pozabijają. Ale te sytuacje znamy raczej z książek i filmów, co z jednej strony faktycznie uświadamia nam, jak krucha jest ta nasza rzeczywistość. Ale z drugiej – znowu – daje poczucie, że nic złego nas jednak nie spotka.

Wgląd w to, jak faktycznie wygląda nasz świat, wcześniej mieli wyłącznie ludzie z grup marginalizowanych, dyskryminowanych, w jakiś sposób dotknięci przez los. To oni widzieli ten brutalny obszar systemu, który dla większości z nas był niewidoczny. A jednocześnie dominowała opowieść, że jesteśmy kowalami swojego losu, że to tylko od nas zależy nasze życie. Kultura i system ekonomiczny wytwarzają narracje, które mają z nich zdjąć odpowiedzialność, a snop światła skierować wyłącznie na jednostkę. Byliśmy przekonani, że jeśli życie nam się rozsypuje, to dlatego, że sami jesteśmy niewydolni, zaburzeni albo leniwi. Tymczasem okazało się, że jedna epidemia potrafi to wszystko całkowicie rozmontować.

Terlikowski naprawdę wierzy, że życie doczesne jest tylko etapem, po którym następuje śmierć, a potem następnie sąd, który decyduje, czy wieczność spędzimy w piekle, czy w niebie. Otóż, każdy, kto te mity traktuje dosłownie, kto je bierze poważnie, będzie się orientował właśnie na życie wieczne, a nie doczesne. To jest w pełni zrozumiałe i logicznie, i psychologicznie.

Tomasz Stawiszyński

Do tej pory wyobrażenie, że można zatrzymać na przykład życie w Nowym Jorku, wydawało się nierzeczywiste i pojawiało się właśnie w filmach katastroficznych. A teraz okazuje się, że można. Jedno zagrożenie i nagle nikt nie wychodzi na ulice.

To pokazuje też odrealnienie świata, w którym żyjemy. Przecież taka pandemia nie jest czymś całkowicie nieprzewidywalnym. Epidemiolodzy od dawna mówili, że żyjemy na beczce prochu i że w każdej chwili może pojawić się groźna bakteria albo wirus, które natychmiast rozniosą się po całym świecie. Jedną z osób, która to przewidywała, był Nassim Taleb, autor książki „Czarny łabędź”. Expressis verbis pisał o zagrożeniu chorobą zakaźną, a obecna sytuacja pokazuje, jak całkowicie takie niebezpieczeństwo zostało zignorowane.

Czy na apokaliptyczne wizje ma monopol któraś ze stron politycznych? Z jednej strony, rozbiciem istniejącego porządku, degrengoladą obyczajów, rodziny, dyktaturą homoseksualistów i generalnie upadkiem świata, jaki znamy, lubi straszyć prawica. Ale z drugiej, lewica też mówi o końcu świata, który albo udusi się zanieczyszczonym powietrzem, albo spali, albo zostanie zalany wodą z podnoszących się oceanów. 

Każda ze stron ma swój własny wariant apokalipsy. Ciekawe, że przekonania dotyczące katastrofy klimatycznej rozkładają się po linii poglądów politycznych – konserwatyści mają do tego zagrożenia stosunek sceptyczny, a liberałowie wręcz przeciwnie. Walka ze zmianami klimatycznymi – niezależnie od tego, że są one jak najbardziej realne – na pewno stała się w jakimś stopniu substytutem religii. Radykalny ruch ekologiczny – ze swoimi wezwaniami do ascezy i porzucenia dóbr materialnych, a także wizją końca świata – ma niewątpliwie cechy religii apokaliptycznej.

Ale nawet w polskiej debacie publicznej obie strony postrzegały się w kategoriach apokaliptycznych. W okresie najbardziej gorącego sporu, polska – i nie tylko polska – prawica straszyła zorganizowanymi siłami, które zamierzają zdeprawować dzieci i znieść różnicę płci. A po stronie liberalno-lewicowej wiele było opowieści o końcu demokracji i o tym, że PiS wprowadziło, albo za chwilę wprowadzi, totalitaryzm. Pamiętam rozmowę z prominentnym polskim intelektualistą, który przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi kupił bilet lotniczy po to, żeby wylecieć z Polski zaraz po głosowaniu. Był naprawdę przekonany, że wybory zostaną unieważnione, a granice zamknięte. Z kolei przy okazji protestów pod Sejmem latem 2018 roku napisano na sejmowym murze: „Czas na sąd ostateczny”. Wzmożenie apokaliptyczne jest widoczne po obu stronach.

I jak to tłumaczysz?

Poza warstwą mitologiczną ma to także aspekt pragmatyczny. Pozwala odrzucić trud negocjacji, wciąż radykalizować konflikt i rozgrywać wszystko w kategoriach zero-jedynkowych.

Apokalipsa jest znakomitym narzędziem politycznym. Wizje końca świata dobrze służą temu, żeby ludzi nastraszyć, a na fali tego strachu wprowadzać rozwiązania prawne, na które normalnie ludzie by się nie zgodzili. Pisała o tym między innymi Naomi Klein w „Doktrynie szoku”, a dobrym przykładem takiej strategii były zmiany wprowadzone w USA po atakach 11 września, w tym decyzja o wojnie w Iraku.

Włoski filozof Giorgio Agamben pisał niedawno, że stan wyjątkowy staje się regularnym instrumentem uprawiania polityki. W warunkach braku kryzysu – wytwarza się go, pokazując rywalizację polityczną w kategoriach absolutnej walki dobra ze złem, sił światła z siłami ciemności. To jest właśnie ten wspomniany wyżej pragmatyzm apokalipsy.

Kultura i system ekonomiczny wytwarzają narracje, które mają z nich zdjąć odpowiedzialność, a snop światła skierować wyłącznie na jednostkę. Byliśmy przekonani, że jeśli życie nam się rozsypuje, to dlatego, że sami jesteśmy niewydolni, zaburzeni albo leniwi. Tymczasem okazało się, że jedna epidemia potrafi to wszystko całkowicie rozmontować.

Tomasz Stawiszyński

Czy to, co się dzieje teraz, sprawi, że – kiedy epidemia ustąpi – zaczniemy w sposób bardziej racjonalny mówić o globalnych zagrożeniach, na przykład o zmianach klimatycznych? Czy wręcz przeciwnie, jak tylko ten wirus przestanie być groźny, będziemy chcieli o nim jak najszybciej zapomnieć?

Z jednej strony wielu ludzi faktycznie panikuje, ale wielu też kompletnie ignoruje odgórne zalecenia. Tak było we Włoszech, we Francji, w Wielkiej Brytanii. Także w Warszawie nad Wisłę chodzi wielu młodych ludzi. To ciekawe w zestawieniu z reakcjami na kryzys klimatyczny. Młodzi ludzie, którzy byli aktywnie zaangażowani w protesty klimatyczne, dziś w błogiej nieświadomości siedzą nad Wisłą czy w parkach.

Jak to interpretujesz?

Mam wrażenie, że nas wszystkich trochę zepsuło definiowanie stylu życia, mód i wyborów konsumenckich w kategoriach aktywizmu.

Nie rozumiem.

Budowanie przekonania, że indywidualne wybory lifestylowe są czymś niezwykle ważnym dla planety, i że kupując coś ze sklepu „eko” robię rzecz bardzo istotną, odsunęło świadomość tego, czym są realne zagrożenia i realne środki zaradcze. A te nie muszą być wcale spektakularne. Nie ma nic fajnego w siedzeniu w domu, nie jest to coś, z czego można by zrobić rodzaj mody. Być może z tego powodu ci ludzie nie zostają w domach, tylko ostentacyjne lekceważą zagrożenie.

Czyli kryzys nas nie zmieni?

Klasyczne teorie psychologiczne, jak teoria dysonansu poznawczego Leona Festingera, sugerują, że po tym doświadczeniu tylko wzmocnimy nasze negatywne postawy. Ale z drugiej strony, ten szok może być na tyle mocny, że na dłuższą metę nie będzie już można utrzymać bieżących nawyków. Nie wierzę jednak w żadną globalną rewolucję na rzecz empatii czy końca kapitalizmu, bo to po prostu nie jest możliwe. Obawiam się więc, że rzeczywistość po epidemii stanie się na dłuższą metę jeszcze bardziej brutalna. Ale na pewno skończył się świat, który znamy. Powrotu do dawnego modelu życia nie będzie.

Świat, który znaliśmy, skończył się w ciągu kwartału?

Krócej. W ciągu miesiąca.

 

 

Fot. wallpaperflare.com

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 585

(14/2020)
24 marca 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj