Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Azja w zbliżeniu]...

[Azja w zbliżeniu] Pandemia to dramat dla migrujących pracowników

Krzysztof Renik

Migrujący pracownicy stali się dosłownie nikomu nie potrzebni. Zgrupowani w swoistych obozach mieli czekać na rozwój wypadków. Bez zarobków, bez możliwości powrotu do macierzystego kraju.

W czasie zarazy zrobiło się głośno o życiu i problemach migrujących pracowników. Azja jest ich prawdziwym zagłębiem – w szczególności południowa i południowo-wschodnia część kontynentu. Stosunkowo niewiele świat zewnętrzny wie o migrujących pracownikach z Azji Centralnej, czyli z młodych państw powstałych po rozpadzie Związku Sowieckiego.

Kierunki migracji osób szukających czasowego zarobku poza macierzystym krajem są w przypadku Azji Południowej i Azji Południowo-Wschodniej określone dość jednoznacznie. Z Indii, Nepalu, Pakistanu i Bangladeszu, a także z Tajlandii, Filipin, Indonezji i Kambodży – okresowi pracownicy migrują głownie do krajów Zatoki Perskiej. Trafiają do Arabii Saudyjskiej, Kuwejtu, Zjednoczonych Emiratów Arabskich. W przypadku migrantów z Kazachstanu, Kirgistanu, Uzbekistanu czy Tadżykistanu i Turkmenistanu – ruszają oni głównie do Federacji Rosyjskiej, by tam pracować i zarabiać.

Dla mieszkańców młodych państwowości Azji Centralnej Rosja jest interesująca z kilku co najmniej powodów. Przede wszystkim jest znacznie zasobniejsza aniżeli kraje dawnej Azji sowieckiej. Co więcej, ludność tych krajów nie znała – a w dużej części i nie zna obecnie – innego świata niż posowiecki. Dochodzi do tego jeszcze kwestia języka rosyjskiego, którym w Azji Centralnej posługuje się niemal każdy.

Ta poniekąd modelowa sytuacja – ludzie z krajów uboższych znajdują czasowe zatrudnienie w krajach bogatszych – uległa gwałtownej zmianie wraz z wybuchem pandemii. W państwach będących celem migrantów zaczęto wstrzymywać inwestycje. Klasycznym przykładem takiego działania były kraje Zatoki Perskiej, w których część dziedzin życia gospodarczego i społecznego niemal zamarła. Migrujący pracownicy stali się dosłownie nikomu nie potrzebni. Zgrupowani w swoistych obozach mieli czekać na rozwój wypadków. Bez zarobków, bez możliwości powrotu do macierzystego kraju. W sytuacji pandemii taki powrót pochłonąłby ich zarobki, o ile w ogóle byłyby możliwy. Zwłaszcza że macierzyste kraje, które same walczyły z epidemią, wcale nie paliły się do tego, by przyjść im z pomocą.

Pierwszym krajem, który po wielu tygodniach zwłoki zdecydował się na ewakuację swych rodaków znad Zatoki, był Pakistan. I stało się to mniej więcej wtedy, gdy władze Indii ogłosiły, że nie przewidują żadnej akcji ewakuacyjnej. Dopiero naciski władz Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratów Arabskich, by Indie zabrały swych migrantów, sprawiły, iż rząd w New Delhi zdecydował się skoordynować działania. Za miejsce w samolotach Air India migranci musieli jednak zapłacić. Idąc za przykładem Pakistanu oraz Indii, podobne akcje przeprowadziły Nepal i Bangladesz.

Z podobnym opóźnieniem zareagowały na sytuację pandemii władze krajów środkowoazjatyckich. Gospodarka rosyjska spowolniła, inwestycje zawieszono lub z nich zrezygnowano – migranci okazali się niepotrzebni również w Rosji. Media przez wiele tygodni donosiły o sznurach pojazdów i prawdziwych koczowiskach na granicy Rosji i Kazachstanu, którą chcieli przekroczyć migrujący, pozbawieni zarobków pracownicy. W sytuacji lockdownu i w Rosji, i w Kazachstanie było to przez dłuższy czas niemożliwe. Dopiero po wielu tygodniach władze krajów Azji Centralnej zaczęły wysyłać samoloty, które pomogły w ewakuacji.

Problemu, który z grubsza zarysowałem, nie można zrozumieć bez przywołania kilku przynajmniej liczb oraz uproszczonej statystyki. Z krajów Azji Południowej pochodzi około miliona migrujących pracowników, których czas zarazy zastał w państwach Zatoki Perskiej. Niewiele mniejsza liczba pochodziła z krajów Azji Południowo-Wschodniej. Globalny rynek pozwolił tym ludziom znaleźć pracę poza krajem ojczystym. Ten sam rynek zostawił ich na długo bez żadnej pomocy w sytuacji krachu spowodowanego pandemią. Można oczywiście powiedzieć – cóż, migranci sami muszą troszczyć się o swój los. Skoro pracują poza ojczyzną, to dlaczego władze krajów, z których pochodzą, mają ich ratować w sytuacji katastrofy? Odpowiadając na takie słowa, można powoływać się na solidarność z rodakami, na moralny wobec nich obowiązek, na patriotyzm. Myślę wszakże, że nie te argumenty sprawiły, iż rządy w Islamabadzie, New Delhi, Katmandu czy Dhace zainteresowały się swymi emigrantami.

Słowem kluczem do zrozumienia wydarzeń, o których piszę, jest w moim przekonaniu remittance, czyli strumień pieniędzy, który przez lata płynął do tych krajów dzięki zarobkom migrujących pracowników. Jedna czwarta światowego remittance przypada właśnie na Azję Południową, a w PKB krajów tego rejonu świata remittance stanowi 10 procent. W liczbach bezwzględnych stanowi to w przypadku Indii ponad 80 miliardów dolarów, Pakistanu – ponad 20 miliardów, Bangladeszu – ponad 18 miliardów, wreszcie Nepalu – ponad 8 miliardów, by wyliczyć tylko największych beneficjentów. Oczywiście, w przypadku PKB Indii nie jest to być może tak wiele, ale już w przypadku Pakistanu, Bangladeszu czy Nepalu są to sumy istotne. Tak więc ewakuacja tych niepotrzebnych pracowników była w jakimś stopniu podyktowana także chęcią zabezpieczenia obywatelom możliwości powrotu do krajów, w których na co dzień zarabiali. Po to, by w przyszłości nadal wspierali krajowe PKB. Tym bardziej że władze krajów-pracodawców wyraźnie dawały do zrozumienia, że w przypadku braku współpracy z państwami, z których pochodzą migranci, ich przyszłe zatrudnienie stanie pod znakiem zapytania. Jeden z dzienników indyjskich  informował w połowie kwietnia, że rząd Zjednoczonych Emiratów Arabskich zagroził zrewidowaniem liczby pozwoleń na pracę obywateli krajów, które odmawiają ewakuacji swoich rodaków.

Czy podobne naciski popłynęły także z Moskwy pod adresem władz w Nur-Sułtanie, Taszkiencie czy Biszkeku? Na ten temat media milczą. Ale z całą pewnością Moskwa nie miała ochoty tolerować na swej granicy koczowisk migrantów.

Sytuacja migrujących pracowników, którzy okazali się nikomu nie potrzebni, wywołała w kwietniu i maju debatę na temat międzynarodowej akcji na rzecz migrantów, którzy zostali zmuszeni do powrotu do swoich ojczyzn. Motywem przewodnim było przekonanie, że państwa dające pracę są do czegoś – poza wypłacaniem pieniędzy za tę pracę – zobowiązane. Migrujący pracownicy są bowiem niejednokrotnie współautorami ich sukcesów, a nie jedynie wygodną z punktu widzenia ekonomicznego siłą roboczą. Otwarta pozostaje kwestia tego, czy słowa w jakikolwiek sposób przełożą się na czyny.

 

Fot. ILO Asia-Pacific, Flickr.com

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 603

(33/2020)
3 sierpnia 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj