Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Stawką tych wyborów...

Stawką tych wyborów jest godność każdego obywatela. Głównym zagrożeniem – kontynuacja rządów PiS-u

Piotr Kieżun

Po raz pierwszy nie narzekam na poziom kandydatów, nie hamletyzuję, którą z partii wybrać. PiS doprowadziło do tego, że naturalny symetrysta – sceptycznie nastawiony do politycznych wzmożeń – stał się przedstawicielem silnego antypisu. Inaczej dziś się nie da.

Niby wszystko odbywa się jak co cztery lata. Najpierw wzmożenie następuje wśród polityków. Zaczyna się od testowania haseł i języka. Rządzący i opozycja sprawdzają, co chwyci. Potem starają się zrobić porządki we własnych szeregach, przeciągnąć na swoją stronę wartościowych graczy na politycznej szachownicy, a raczej na ringu, i – trzymając się sportowej metafory – już na starcie wygrywać z przeciwnikiem na punkty, licząc, że i tak ostatecznie się go znokautuje. Stąd nagła liczba ujawnianych afer. Na końcu, czyli mniej więcej miesiąc przed wyborami, walka zaczyna się na dobre. Do gry wchodzi cała przedwyborcza machina medialna.

To właśnie na tym końcowym etapie my, wyborcy, zaczynamy się gwałtownie aktywizować. Zdecydowani mają łatwiej. Po prostu dają się ponieść narracji wybranego przez siebie ugrupowania, w którym pokładają całe swoje nadzieje. Ci, którzy się wahają, rozpoczynają tradycyjne solilokwia – rozmowę z samym sobą, w której raz po raz dokonują żmudnego rachunku zysków i strat.

Stawka tych wyborów

Tych ostatnich można by nazwać „symetrystami”, gdyby słowo „symetryzm” definiować we właściwy sposób, a więc jako przekonanie, że prawo do krytycznego myślenia i publicznego wyrażania ocen – niezależnie od tego, czy dotyczą one mojego obozu politycznego, czy przeciwnego – jest niezbywalnym prawem każdego obywatela.

Jestem takim właśnie wyborczym symetrystą.

W kampanijnym pandemonium wyrażało się to przez lata w różny sposób. Po pierwsze, starałem się znaleźć idealnego kandydata na posła lub posłankę, czyli takiego, którego profil ideowy, intelektualny i etyczny przeszedłby sito moich wysokich oczekiwań. Po drugie, obsesyjnie punktowałem programowe nieścisłości i obietnice na wyrost ugrupowań, na które rozważałem oddanie głosu. Po trzecie wreszcie – miałem poczucie, że w przypadku, gdy nie znajdę czegoś przynajmniej zbliżonego do ideału, będę mógł po prostu ze spokojem sumienia i zupełnie legalnie nie pójść na wybory, zgodnie z powiedzeniem Charles’a Baudelaire’a, że zapomina się często o dwóch prawach człowieka: „prawie do przeczenia samemu sobie i prawie do usunięcia się na bok”.

Te wybory są jednak wyjątkowe i to właśnie swego rodzaju symetryzm skłania mnie, by przyjąć zupełnie inną optykę niż przez ostatnich kilkanaście lat.

Po raz pierwszy stawka wyborów jest tak wysoka. W pewnym sensie wykracza ona poza to, co nazywamy – nawet w szerokim znaczeniu – polityką. W obecnych wyborach nie idzie bowiem tylko o wygraną tej czy innej idei politycznej: liberalizmu przeciwko konserwatyzmowi, lewicowości przeciwko prawicowości itd. Nie chodzi w nich też o coś, co może wydawać się jeszcze bardziej fundamentalne – o taki czy inny ustrój polityczny. Stawką tych wyborów – i niech zabrzmi to poważnie i solennie – jest godność każdego obywatela jako uczestnika życia publicznego. Głównym zaś zagrożeniem dla tej godności jest kontynuacja rządów Zjednoczonej Prawicy.

Można powiedzieć, że fakt, iż piszę takie słowa, jest jej historycznym sukcesem. Przez lata miałem poczucie, że motywacje prawicy można zrozumieć i że mieszczą się one w spektrum racjonalnej debaty. W 2019 roku próbowałem to wyrazić w tekście „Dlaczego fajni ludzie głosują na PiS, gdzie dowodziłem, że nie można sprowadzać działań wszystkich polityków PiS-u do cynizmu lub konformizmu, co czynili niektórzy moi koledzy i koleżanki po piórze, a ich ideowe zaangażowanie jest prawdziwe i ma wewnętrzną logikę. (Notabene, oberwało mi się wtedy za ten tekst nie od kolegów i koleżanek z lewicy i centrum, czego się spodziewałem, ale głównie od prawicowych publicystów). Takich gotowych do rozmowy z prawicą ludzi po nie-prawicowej stronie – i nie mówię tu tylko o osobach publicznych – było jeszcze kilka lat temu naprawdę sporo.

Zniszczone instytucje

Zjednoczona Prawica zrobiła wszystko, żeby zmniejszyć ich liczbę do minimum. I nie chodzi o afery, uwłaszczanie się na państwowych posadach i nepotyzm, choć kłuje w oczy fakt, że propagowany niezwykle mocno przez PiS i jego koalicjantów wizerunek Nieprzekupnych (by użyć rewolucyjnego przydomka Robespierre’a) tak bardzo odkleja się od rzeczywistości. Afery zdarzały się kiedyś i po opozycyjnej stronie. Problem jest jednak o wiele głębszy. Politycy to nie anioły, ale właśnie dlatego potrzebne są silne i niezależne instytucje publiczne, które ograniczałyby korupcjogenny potencjał władzy.

Liczbę tych instytucji, które zniszczyła Zjednoczona Prawica, a więc doprowadziła albo do ich niewydolności, albo braku jakiejkolwiek wiarygodności, jest olbrzymia. Trybunał Konstytucyjny stracił dziś jakikolwiek autorytet nawet wśród niektórych zwolenników PiS-u. Prokuratura jest sterowana ręcznie jak nigdy w historii III RP. Zmiany w sądownictwie wprowadziły olbrzymi chaos prawny, a przy tym nie doprowadziły w żadnej mierze do szybszego rozstrzygania wnoszonych na wokandę spraw. Najwyższa Izba Kontroli stała się polem prywatnej politycznej walki pomiędzy rządem Zjednoczonej Prawicy a Marianem Banasiem, który nieoczekiwanie zerwał się prezesowi Kaczyńskiemu z łańcucha. Sejm stał się maszynką do nocnego głosowania niechlujnie przygotowanych ustaw, uchwalanych w zawrotnym tempie i bez niezbędnych konsultacji.

Tyle instytucje kontrolne i ustawodawcze. Wcale jednak nie jest lepiej z tymi, które tworzą tak zwane usługi publiczne skierowane do zwykłego obywatela. Zreformowane przez PiS szkolnictwo ledwo zipie. Szkołom grozi masowy odpływ kadr. Rodzice, jeśli mogą, głosują nogami i coraz częściej przenoszą dzieci do szkół niepublicznych. Podobny odpływ do placówek prywatnych widać w opiece zdrowotnej. PiS od samego początku skupia się przede wszystkim na transferach pieniężnych. Chwilowo zwrócenie się ludzi do sektora prywatnego będzie bolało mniej. Ale strata w postaci zniszczonych instytucji będzie później dawała o sobie znać przez lata.

Powrót propagandy politycznej 

Druga sprawa to propagandyzacja polityki. Nikt, nawet postkomunistyczna, eseldowska formacja w latach dziewięćdziesiątych, która miała gdzie się tego nauczyć, nie doprowadziła do takiej wulgaryzacji przekazu w mediach publicznych. Jestem przekonany, że obecne „Wiadomości” TVP znajdą się kiedyś w podręcznikach do historii razem z reżimową komunistyczną telewizją jako wzory politycznej manipulacji.

Zresztą o tym, że porównania retorycznych zagrywek Zjednoczonej Prawicy z tymi za komuny nie są do końca na wyrost, niech świadczą pytania w referendum, które ma się odbyć wraz z wyborami. Mechanizm sformułowania tych pytań jest taki sam jak w słynnym komunistycznym referendum z rządowym hasłem „3×TAK” z 1946 roku. Pytania miały wymuszać pozytywną odpowiedź na każde z nich. Odpowiedź na nie wywoływała w biorącym w nim udział dysonans poznawczy – poczucie, że działa się wbrew interesowi Polski.

Taki retoryczny perfidny chwyt zastosowało obecnie PiS. Na przykład pytanie „Czy popierasz wyprzedaż państwowych przedsiębiorstw?” jest specjalnie bardzo ogólnikowe. Wszystkich przedsiębiorstw? Teraz? W przyszłości? W przeszłości? Nieważne. W ogóle. Jako zasada. Każdy będzie miał tutaj odruch, żeby odpowiedzieć nie. Użycie słowa „wyprzedaż” też należy do porządku manipulacji. „Wyprzedaż”? Oczywiście, że nie, odpowie każdy, komu zależy na dobru kraju. Przecież wyprzedaż kojarzy się z hurtowym pozbywaniem się po zaniżonych cenach zalegającego towaru. Ale to nic, że pytanie nie ma nic wspólnego z rzeczywistością polityczną, bo żadna partia w Polsce nie chce „wyprzedaży państwowych przedsiębiorstw”. Liczy się wywołanie wrażenia, że cały naród popiera Zjednoczoną Prawicę, głosując cztery razy „nie” w referendum.

Zniszczone wspólnota i język 

Niszczenie tych dwóch przestrzeni – sfery instytucji publicznych i języka – jest naruszeniem dwóch filarów, na których wspiera się coś, o czym tak bardzo lubi rozprawiać prawica – wspólnota polityczna. Coś więcej i mniej jednocześnie niż państwo i naród. Więcej, bo to pojęcie szersze niż pojęcie członka narodu czy osoby posiadającej pełnię praw obywatelskich. Mniej, bo obwarowane jest mniejszymi wymaganiami. Członkiem wspólnoty politycznej jest po prostu każdy, kto wspólnie z innymi decyduje się przysposobić do życia pewną geograficzną i kulturową przestrzeń, zakładając, że podstawowym narzędziem do tego jest wzajemne komunikowanie się – czy to w zgodzie, czy w sporze. Tylko tyle i aż tyle.

Zniszczone instytucje podkopują poczucie bezpieczeństwa i przekonanie, że państwo, w którym się żyje, nie jest czymś przypadkowym, do czego nie należy przykładać zbytniej wagi, licząc tylko na siebie i najbliższych. Zniszczony język – a więc taki, który antagonizm doprowadza do ostateczności i w którym prawdę składa się na ołtarzu doraźnych politycznych interesów, jak w publicznych mediach – podkopuje poczucie, że jest się podmiotem, a nie przedmiotem polityki. Zjednoczona Prawica, jak nikt do tej pory, zakłada, że wie lepiej, co jest dla Polek i Polaków ważne. To paternalizm niespotykany w czasie nie takich znowu krótkich dziejów III RP. Jest on równoznaczny z odmówieniem wyborcom statusu racjonalnych jednostek, które potrafią decydować o sobie i rozróżniać prawdę od fałszu.

Inaczej dziś się nie da 

Czas ma tu znaczenie. W pierwszej kadencji rządów Zjednoczonej Prawicy można było jeszcze mieć nadzieję, że destrukcyjny pęd jest pochodną wcześniejszego poczucia krzywdy, spowodowanego odmawianiem prawicy racjonalności. Resentyment niezamieniony w porę w pozytywny program jest jednak trucizną, która wszystko zamienia w negatywność. Po ośmiu latach rządów, podczas których prawica wzięła niemal wszystko – sejm, rząd, NBP, media publiczne, spółki skarbu państwa, edukację – wciąż główną emocją, która napędza działania dzisiejszej władzy, jest chęć odwetu, zaś namiętnością, którą ta władza zaszczepia w ludziach – strach.

W obliczu obecnych wyborów po raz pierwszy mam wrażenie, że istnieje jedna alternatywa – albo odsunie się PiS od władzy, albo spory wewnątrz wspólnoty politycznej zastąpi wojna plemion, a raczej wojna robotów (PiS szybko uczy się manipulacji również w sferze cyfrowej).

Dlatego po raz pierwszy nie zastanawiam się nad subtelnościami poszczególnych programów, nie narzekam na niski poziom kandydatów z mojej strony sceny politycznej, nie zakładam warunkowo „wstrzymania się od głosu”, nie hamletyzuję, którą z partii opozycyjnych wybrać (tak naprawdę wszystko jedno, oby nie Konfederację, która jest tiktokowo-młodzieżową wersją PiS-u).

Tak, PiS doprowadziło do tego, że naturalny symetrysta – sceptycznie nastawiony do politycznych wzmożeń – stał się przedstawicielem tak zwanego silnego antypisu. Inaczej dziś się nie da.

Skoro tu jesteś...

... mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa.

Każda i każdy z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 20 zł miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców i Patronów!

SKOMENTUJ

Nr 770

(41/2023)
10 października 2023

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj