Kultura Liberalna solidarnie z Ukrainą

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Trauma wojenna –...

Trauma wojenna – Hiszpanie starają się ją leczyć, Polacy podchodzą do niej z egzaltacją. O książkach Carmen Laforet i Zofii Romanowiczowej

Krzysztof Katkowski

Hiszpanie zdołali uleczyć się ze swoich wojennych traum. Polacy wciąż w nich tkwią. Różnicę tę dobrze widać w powieściach Hiszpanki Carmen Laforet i Polki Zofii Romanowiczowej, którą właśnie wznowił Państwowy Instytut Wydawniczy.

Co łączy nas Polaków z Hiszpanami? Z pewnością… traumy. Dzieli za to ich przeżywanie.

W książce „Skrwawione ziemie” Timothy Snyder pisał o naszej części Europy, że „sama liczba ofiar może nam utrudnić wyobrażenie sobie każdej z osobna”. Wydaje się, że jest to jednocześnie główna różnica pomiędzy postrzeganiem traumy wojennej w Polsce i w Hiszpanii. Dobrym przykładem z kraju Cervantesa niech będzie przytaczane przeze mnie ostatnio zdanie z eseju Augusto Pérez-Revertego na temat hiszpańskiej wojny domowej: „Były to – są – historie każdego z nas: naszych ojców i naszych matek i naszych dziadków”. Trauma staje się tam coraz częściej zindywidualizowana; dotyka ona często jednostek, a nie ogółu, nie zamienia się więc w martyrologię. To dlatego, kiedy rozmawia się ze znajomymi Hiszpanami, zwykle potrafią oni wskazać, kto z ich członków rodziny zginął podczas wojny domowej – czy też później, w wyniku zamachów terrorystycznych działaczy ETA lub katolicko-narodowych bojówek.

W Polsce jest inaczej. Konkretne ciało członka rodziny jakby zniknęło, pozostawiając tylko narodowe ciało cierpiące. Widać to po naszych historiach rodzinnych. Często opowiada się o bohaterskich śmierciach powstańców, pomijając jakby „znikających” podczas wojen cywili.

W tym sensie tak ważna dla zrozumienia polskiej – czy w ogóle: wschodnioeuropejskiej – traumy jest literatura. Nawiązując do klasycznej tezy Freuda, jest ona sublimacją; może więc wyrazić, przynajmniej pośrednio to, co wcześniej było nieświadome. W przypadku hiszpańskiej i polskiej traumy wojennej mam na myśli dwie autorki, które wprost o nich pisały. Ze strony hiszpańskiej jest to Carmen Laforet z powieścią „Nada” (czyli „Nic”, w polskim wydaniu przetłumaczone jako… „Złuda”), będącą lekturą szkolną w hiszpańskich szkołach. Z polskiej – Zofia Romanowiczowa i jej „Przejście przez Morze Czerwone”, ostatnio wznowione przez Państwowy Instytut Wydawniczy.

Co mówią te książki o Polsce i o Hiszpanii?

Przed wojną nie ma ucieczki

W książce Romanowiczowej widać wpływ literatury francuskiej okresu, w którym powstawała. Pisarka skończyła ją pisać w 1960 roku właśnie we Francji. To powieść utrzymana w nurcie egzystencjalizmu z długimi, przypominającymi chwilami noveau roman zdaniami i bezimienną antybohaterką mieszkającą w Paryżu. Ta ostatnia nie potrafi odnaleźć się w otaczającej ją rzeczywistości: dalej przechowuje swoje rzeczy z czasów pobytu w obozie koncentracyjnym, dalej wspomina to, co tam się wydarzyło. Powieść zaczyna się od opisu jej snu o powrocie męża jej ukochanej przyjaciółki z czasów pobytu w obozie – Lucyny. Wiąże się to z zaproszeniem Lucyny do jej domu. Jak mówi o tym sama bohaterka, „sprowadzałam ją z takim gwałtem, z takim lamentem właśnie po to, by jej te nieszczęsne moje perypetie opowiedzieć, by je osądziła, by mnie osądziła i pomogła mi sobą pokierować, a nie dla wspominków”.

Bohaterka Romanowiczowej dalej żyje obozowym życiem. Dalej wspomina Lucynę i jej męża. Idealizuje przyjaciółkę, podkreślając, że to ona uratowała ją od śmierci w obozie. Ona, i co istotne, seksualne relacje z Michaliną, inną więźniarką.

Metaforą przeżyć bohaterki jest tytułowy obraz „Przejścia przez Morze Czerwone” zawieszony w jej mieszkaniu. Na obrazie „jeden tylko człowieczek pozostawał sam, w tyle za wszystkimi, po egipskiej stronie. Mógł to być pierwszy z armii faraona, ale ja wiedziałam, że jest ostatnim ze zbiegów. Żyd małego serca nie był pewien, czy cud także i jego dotyczy. Stał i wahał się z wyciągnięta naprzód jedną stopą”. Tak jak i postać z obrazu bohaterka Romanowiczowej została po drugiej stronie morza, bojąc się przejść dalej – albo po prostu nie mogąc się wydostać z egipskiej ziemi.

Przyjazd Lucyny do Paryża i spotkania z nią doprowadzają do tragedii. Bohaterka nie może znieść tego, że Lucyna żyje już własnym życiem, uciekając od traumatycznego doświadczenia. Kiedy wsiada za kierownicę i wiezie ją i swojego partnera (też żyjącego swoim, nieobozowym życiem) autem, celowo wjeżdża w drzewo, żeby ich zabić.

„Pomyślałam, że żyję, i chyba ucieszyłam się”, kwituje całe wydarzenie. „Ale zaledwie uniosłam głowę, zobaczyłam ich oboje, ich razem, tak wwikłanych w żelastwo i unieruchomionych w takich pozach, że nie mogąc sprostać temu widokowi, temu wytrzeźwieniu, z największą skwapliwością przyjęłam nowe zmierzchanie się, nową zapaść świata, widząc w tym właściwe nareszcie wszystkiego rozwiązanie”.

Antybohaterka powieści Romanowiczowej nie jest w stanie zaakceptować faktu, że ktoś może funkcjonować poza siła oddziaływania traumy. Żyje i karmi się swoim doświadczeniem, zachowując je jedynie w wąskim gronie – można nawet powiedzieć, nawiązując do Zapolskiej, że „brudy pierze w domu”. Dom ten jednak unicestwia, wierzy w „zapaść świata” – nie ma dla niej z niego ucieczki, bo to ona sama go stworzyła.

Ucieczka od traumy

Podczas gdy antybohaterka Romanowiczowej zabija swoją przyjaciółkę, celowo powodując wypadek samochodowy, bohaterka książki Laforet – Andrea – samochodem właśnie opuszcza wywołującą w niej przerażenie Barcelonę. Przerażenie, bo nad miastem nadal ciąży wojenna rzeczywistość.

„Nie ma wątpliwości, że książka Laforet opowiada o traumie”, stwierdza pytany o to przeze mnie prof. Jan Stanisław Ciechanowski z Ośrodka Badań nad Europejskimi Pograniczami im. S. Casanovy Wydziału Artes Liberales UW. „To przykład literatury napisanej wprawdzie przez młodą autorkę, jednak w sposób
bardzo głęboki i dojrzały, w oparciu o doświadczenie dojrzewania w trudnych dla tego kraju czasach dyktatury”.

Książka opowiada o młodej dziewczynie o imieniu Andrea, która wojnę domową (o której ostatnio pisałem w KL) przeżyła poza swoją ojczystą Katalonią. Przyjeżdża więc do zupełnie innej Hiszpanii, pełnej traum i niedopowiedzeń, których nie potrafi zrozumieć. W jej domu, znajdującym się przy ulicy Aribau w barcelońskiej dzielnicy Eixample, mieszka nie tylko jej babka, patriarcha domu (to typowy wątek, pojawiający się w „Matkach równoległych” Almodóvara – w hiszpańskich rodzinach, po guerra civil, ojców rodzin po prostu nie ma, zniknęli, zastępują ich kobiety). Przebywa tam również rodzeństwo matki Andrei. Są to: Angustias (która później zostaje zakonnicą), wujowie Román oraz Juan, a także partnerka Juana – Gloria. Wszyscy żyją we własnym świecie złości i nienawiści oraz wzajemnych podejrzeń.

W rodzinie widać też wpływ nagłego hiperkonserwatywnego zwrotu charakterystycznego dla powojennej rzeczywistości Barcelony. W pewnym momencie ciotka młodej Andrei zwraca się do niej w ten sposób: „Ujmę to inaczej: jesteś moją siostrzenicą, a więc dziewczyną z dobrej rodziny, skromną, chrześcijańską i niewinną. Gdybym nie dbała o ciebie we wszystkim, napotkałabyś wiele niebezpieczeństw w Barcelonie. Dlatego chcę ci powiedzieć, że nie pozwolę ci zrobić ani kroku bez mojej zgody”. Mieszkanie staje się więzieniem; Andrea doświadcza skutków traumy innych członków rodziny – niewypowiedzianą i stłumioną.

Ratunkiem dla Andrei okazuje się przyjaźń z Eną, znajomą ze studiów, znacznie bardziej otwartą na świat niż rodzina dziewczyny. To autem ojca Eny (skądinąd wzorowanej na polskiej przyjaciółce Laforet, Lince) Andrea ucieka z Barcelony do Madrytu, żeby tam rozpocząć nowe życie.

O ile antybohaterka Romanowiczowej gubi się w swojej traumie, co doprowadza w końcu do tragedii, o tyle Andrea próbuje się od niej odciąć. Nie ma przy tym żadnej pokusy, by w nią uciec, jak robią to chociażby dzieci w „Nakarmić kruki” Carlosa Saury, co najlepiej pokazuje scena, w której biegają po domu z parabellum swojego ojca, faszystowskiego oficera.

Pamięć demokratyczna a prawicowa

Oczywiście, żadna z dwóch powyższych autorek nie miała ambicji napisania uniwersalnej opowieści o problemach swoich rodaków, która byłaby jednocześnie ćwiczeniem z socjologii pamięci. Obie pokazują jednak – pierwsza poprzez ponury, druga poprzez jasny, impresjonistyczny opis przyjaźni – wyzwania, przed jakimi stoją nadal Polacy i Hiszpanie zmagając się z powojenną traumą. Nie chodzi tutaj o ostatnie zdanie, ale o pewne uogólnienie. Pokazanie szans, jakie proponuje (lub nie) kultura.

To, że historie Hiszpanii i Polski mają ze sobą dużo wspólnego zauważali już tacy autorzy jak Joachim Lelewel czy Janusz Tazbir, ale mało mówiło się do tej pory o ranach pozostawionych przez wydarzenia lat trzydziestych i czterdziestych XX wieku. Hiszpańskie ziemie też były „skrwawione”, by użyć tu jeszcze raz słynnej frazy Snydera. Podejście Hiszpanów do traumy spowodowanej wojną domową jest jednak na ogół inne niż podejście Polaków do tej spowodowanej napaścią innego państwa. Hiszpanom, dzięki literaturze, udało się wyjść z pułapek, które zastawia na nas historia, próbująca narzucić nam ramy dyskusji i myślenia. W hiszpańskiej kulturze, dzięki temu że istnieją takie teksty jak właśnie „Nada” czy film „Nakarmić kruki”, mówi się raczej o ucieczce od traumy, o próbie wyswobodzenia się spod jej niszczycielskiej siły. W Polsce – tak jak u Romanowiczowej – raczej podchodzimy do traumy z egzaltacją, odczuwamy niezdrową radość z ponownego jej przeżywania, gdy po przeszło półwieczu znowu walczymy o reparacje czy pamięć o tym czy owym.

Resentyment ten wykorzystuje prawica, rozpływając się nad tragedią i czerpiąc z niej inspirację, ale nie chęć do zgody – kto nie wierzy, niech obejrzy utrzymaną w tym duchu twórczość Ignacego Czwartosa, w wielu aspektach skądinąd bliską ideom frankistowskim (podobnie o bohaterstwie żołnierzy mówi i mówiła też hiszpańska skrajna prawica). Najlepszym przykładem jest tu chyba jego obraz żołnierza wyklętego, trzymającego swoją uciętą głowę, albo obraz wyklętych stojących wokół krzyża. Nie tak dawno można je było oglądać w warszawskiej Zachęcie.

Hiszpanie wybierają inną drogę, co ostatnio potwierdził zresztą słaby wynik narodowo-konserwatywnej partii Vox w wyborach. W kraju tym widać przemianę, którą przyniosły rządy lewicy i wprowadzenie prawa o Pamięci Demokratycznej, wspierające m.in. ekshumacje masowych grobów z czasów Franco, które pomogły zmierzyć się z przeszłością po to, by przestać żyć na co dzień jej widmami. Hiszpańska kultura też nie pozostaje w tyle. Pogodzeniu się z przeszłością i wychyleniu się w przyszłość sprzyjają powieści Almudeny Grandes czy filmy Almodóvara. Hiszpanie zaczynają powoli łączyć historię w jedno, dowiadywać się, jak wyglądała dyktatura – i to nie tylko poprzez hermetyczne metafory Saury.

Żeby dobrze uchwycić różnicę między Hiszpanią a Polską, najlepiej jest przeczytać razem Romanowiczową i Laforet. Wtedy samemu można zdecydować, czego metaforą powinna być jazda samochodem.

 

Książki:

Zofia Romanowiczowa, „Przejście przez Morze Czerwone”, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2023 (wznowienie).

Carmen Laforet, „Złuda”, przeł. Kalina Wojciechowska, Świat Książki, Warszawa 2007.

Skoro tu jesteś...

... mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa.

Każda i każdy z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 20 zł miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców i Patronów!

SKOMENTUJ

Nr 770

(41/2023)
10 października 2023

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj