Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > GRAY, KRZEMIŃSKI, WONICKI:...

GRAY, KRZEMIŃSKI, WONICKI: Polskie zderzenie cywilizacji? (II)

Szanowni Państwo, wracamy dziś do tematu o podziałach w polskim życiu publicznym i społeczeństwie, który rozpoczęliśmy trzy tygodnie temu tekstami Piotra Sztompki, Mirosławy Grabowskiej, Karoliny Wigury, Joanny Kusiak i Olgi Wysockiej. Za nami wybory samorządowe, które ponownie podniosły temperaturę publicznej wymiany zdań i zakończyły się kolejnymi rozłamami na scenie politycznej. Temat pozostaje zatem jak najbardziej aktualny. Czy Polacy są odporni na retorykę ostrych podziałów? Jak powinniśmy się różnić, by odmienność poglądów skutkowała być może intensywnymi, ale merytorycznymi dyskusjami (po których zakończeniu adwersarze podadzą sobie dłonie)? Innymi słowy: jak głęboko wydrążone powinny być podziały w społeczeństwie demokratycznym?

John Gray w publikowanym dziś artykule zarysowuje z dystansu zasady liberalnego modus vivendi, posługując się odniesieniami do sytuacji w Polsce. „Małe rodziny zwykle składają się z osób bardzo podobnych. Dlatego gdy któryś z ich członków zaczyna różnić się od innych, zostaje uznany raczej za wroga niż za oponenta. Analogiczny mechanizm można zaobserwować w obrębie niewielkiej i stosunkowo powoli zmieniającej się, polskiej elicie politycznej” – pisze. Ireneusz Krzemiński, odwołując się do tekstów opublikowanych w pierwszej odsłonie niniejszego Tematu Tygodnia, wprowadza jeszcze jeden, jego zdaniem zasadniczy element. „Wymiar podziału społecznego, który buduje najważniejszy, światopoglądowy aspekt konfliktu politycznego PiS – PO, dotyczy zagadnienia tożsamości i samoświadomości narodowej” – argumentuje Krzemiński. Wreszcie Rafał Wonicki kreśli zasady „mądrego różnienia się”, które mogłyby zaakceptować osoby o diametralnie różnych poglądach. Według niego, mądre różnienie się to takie, które, po pierwsze, nie eskaluje napięć; po drugie, opiera się nie tylko na personaliach i biografiach; zaś po trzecie – jego podstawą jest przede wszystkim merytoryczna dyskusja.

Zapraszamy do lektury!

Redakcja



1. JOHN GRAY: Zgody nie da się wytworzyć fabrycznie
2. IRENEUSZ KRZEMIŃSKI: Podział narodowy: nieobecna tematyka
3. RAFAŁ WONICKI: Co to znaczy różnić się mądrze


* * *

John Gray

Zgody nie da się wytworzyć fabrycznie

W starym brytyjskim kawale politycznym młody polityk, siedzący po raz pierwszy w Izbie Gmin, spogląda na opozycję i szepce do swojego mentora: „Oto nasi wrogowie”. Mentor spogląda na niego z rozbawieniem i odpowiada flegmatycznie: „Kochany chłopcze, spójrz za siebie: to tam są twoi wrogowie. Natomiast naprzeciwko ciebie siedzą twoi sojusznicy”. To dobre podsumowanie zasady demokracji liberalnej, która może kwitnąć tylko wówczas, gdy aktorzy sceny publicznej są oponentami – czasem nawet sojusznikami – ale nie wrogami. Taki stan rzeczy jest możliwy, gdy mamy do czynienia z rozległą i relatywnie szybko zmieniającą się elitą polityczną. Natomiast problem polskiego życia politycznego, w którym partie postsolidarnościowe walczą o legitymizację, dając w sferze publicznej wyraz wzajemnej nienawiści, wynika z tego, że elita polityczna jest w tym kraju ciągle bardzo niewielka.

Małe rodziny zwykle składają się z osób bardzo podobnych. Dlatego gdy któryś z ich członków zaczyna różnić się od innych, zostaje uznany raczej za wroga niż za oponenta. Analogiczny mechanizm można zaobserwować w obrębie niewielkiej i stosunkowo powoli zmieniającej się polskiej elicie politycznej. Elity tego typu, wspólną historią i wzajemną wiedzą połączone często bardziej niż interesami politycznymi, mają tendencję do podtrzymywania i podkreślania pełnych emocji podziałów. Osobiście uważam jednak, że podziały te nie są w Polsce aż tak groźne. W przeciwieństwie do wielu innych krajów, Wasza sfera publiczna nie jest wypełniona mową nienawiści, odnoszącą się np. do głębokich podziałów rasowych. Polska jest wciąż otwarta i nastawiona na Unię Europejską bardziej niż część innych krajów, które wraz z nią od 1989 przechodzą przemiany demokratyczne. Temperatura sporów w Waszej debacie publicznej jest więc może nieprzyjemna, ale moim zdaniem nie katastrofalna.

Choć jestem, jak widać, optymistą, gdy chodzi o polską umiejętność dostosowania się do zasad liberalnej demokracji, chciałbym poczynić kilka zastrzeżeń, dotyczących przypuszczalnego dalszego rozwoju tego systemu.

Po pierwsze, do naszego myślenia często wkrada się założenie, iż debata polityczna – trochę jak teoretyzowanie naukowe – ma na celu znalezienie prawdy czy „właściwej” teorii. Jest to założenie błędne. Rzecz jasna, warto, byśmy dyskutując na arenie publicznej, opierali się na faktach. Jednak natura liberalnej dyskusji znacznie więcej niż z badaniem naukowym ma wspólnego z tymczasowym modus vivendi czy kompromisem w działaniu. Stan niezgody, różnice światopoglądowe – nie są w demokracji liberalnej ani czymś niecodziennym, ani niepokojącym. Przeciwnie: są jej w pełni naturalnymi elementami. I więcej: nie musimy wcale podzielać tych samych poglądów, aby wspólnie funkcjonować. Tak długo, jak zgadzamy się co do warunków brzegowych współtworzonego przez nas systemu.

W Polsce dobrym tego przykładem jest dyskusja na temat relacji między Kościołem a społeczeństwem oraz wpływu, jaki hierarchia katolicka powinna mieć na ważkie decyzje polityczne, przekładające się na codzienne funkcjonowanie jednostek. Temperatura tego sporu w dużej mierze związana jest z tym, że rola Kościoła zmieniła się w Polsce diametralnie dwa razy w ciągu stosunkowo niedługiego czasu: pierwszy raz po przełomie demokratycznym, drugi – po zmianie papieża. Dyskusja ta pokazuje, gdzie w demokracji mogą istnieć obszary, w których niemożliwe jest zachowanie osobistych poglądów dla siebie, ale konieczne jest wyjście z nimi na arenę publiczną i co więcej, podjęcie określonych decyzji, przekładających się na konkretne rozwiązania legislacyjne dotyczące zagadnień moralnie kontrowersyjnych, takich jak aborcja, eutanazja, in vitro itd.

Nie należy spodziewać się, że fundamentalne rozbieżności w poglądach, gdy chodzi o te sprawy, kiedykolwiek zanikną. W Polsce nie dojdzie do ogólnego porozumienia co do tego, że wartości chrześcijańskie są wartościami „właściwymi” (jak chciałaby część społeczeństwa o przekonaniach katolickich). Nie zostanie też przez wszystkich przyjęte przekonanie przeciwne, zgodnie z którym religia jest sprawą całkowicie prywatną, a przestrzeń publiczna powinna być świecka (za tym rozwiązaniem optowałyby zapewne osoby całkowicie zsekularyzowane). Zgody być nie może, ponieważ nie można jej wytworzyć fabrycznie, nakazać konstytucyjnie, a potem egzekwować prawnie. Jedynym remedium, o którym pomyśleć wolno, jest zapewnienie jak największej ilości wolności decydowania: zarówno w sensie prywatnych wyborów jednostek, jak i działania różnorakich instytucji i stowarzyszeń.

Nie warto również zakładać, że kompromis można społeczeństwu w sztuczny sposób narzucić (na przykład środkami legislacyjnymi). Wiele konkretnych rozwiązań, także w sprawach, o których wspomniałem wyżej, rodzi się z procesu negocjacji. Oczywiście, nie wszystko jest negocjowalne. Na przykład, gdy Salmanowi Rushdiemu grożono śmiercią po opublikowaniu „Szatańskich wersetów”, ochranianie jego życia było czymś oczywistym. Ochrona wolności światopoglądowej jest w demokracji liberalnej nienegocjowalna – bo gdybyśmy zgodzili się, by było inaczej, ucierpiałby na tym system, który sami ustanowiliśmy. Sprawa Rushdiego, z punktu widzenia systemu demokracji liberalnej, należała do dość łatwych do rozwiązania. Nieco inaczej jest na przykład w wypadku wspomnianej przeze mnie wyżej eutanazji. Tu muszę przyznać, że wprowadzenie jednego, bardzo liberalnego rozwiązania nie musiałoby być wcale dobrym pomysłem. W tej sprawie konieczne jest znalezienie takiego modus vivendi, który mógłby zostać wprowadzony w różnych otoczeniach instytucjonalnych. Na przykład w Holandii część szpitali dopuszcza eutanazję, katolickie zaś nie. Podobnie część dopuszcza aborcję – ale katolickie mają prawo jej odmawiać. Widać więc, że rozwiązania prawne powinny być po pierwsze poprawialne, po drugie – elastyczne, po trzecie – nie mogą być zbyt szczegółowe, tak, aby jednostki miały szansę podejmować własne decyzje.

Wreszcie warto pamiętać i o tym, by od siebie zbyt wiele nie wymagać. Demokracji liberalnej w pełni wystarczy dość tradycyjne wyobrażenie o tolerancji, które mówi mniej więcej tyle: nie oczekuję, że wszyscy się ze mną zgodzą. Nie podziwiam wszystkich innych, więcej nawet – części z nich w ogóle nie szanuję. Jednak tolerancja polega na pogodzeniu się z owymi innymi w imię szacunku dla praktyki dyskusji i wyrażania swoich poglądów. Tyle w zupełności wystarczy.

* John Gray, filozof polityki.

** Oprac. Karolina Wigura i Robert Tomaszewski.

* * *

Ireneusz Krzemiński

Podział narodowy: nieobecna tematyka

Przeczytałem z zainteresowaniem teksty uczonych kolegów na temat polityki i podziałów w naszym społeczeństwie (Sztompka, Grabowska, Wigura) i z każdym poniekąd się zgadzam. Refleksja o świecie społecznym, która jest pogłębiona i rozsądna, z założenia musi być wieloraka, tak jak wielorakie jest samo społeczeństwo. Coraz bardziej wydają mi się niebezpieczne – również w swych politycznych konsekwencjach – różne modelowe, systemowe obrazy, które cały świat chce ująć w postaci jednolitego schematu, a wszystko się w nich jednolicie i „logicznie” zgadza. Mamy zresztą dobre przykłady takiego „modelowego” wyjaśniania, również z fatalnymi społecznie skutkami…

Sądzę jednak, że w tej refleksji brak trochę elementu, który mnie osobiście wydaje się w tej chwili naprawdę godny uwagi, a także poważnej, wcale nie prostej, debaty, również naukowej. Podział między PO i PiS, zwłaszcza zaś forma, jaką przyjął po wyborach prezydenckich, co niezwykle mocno naświetla także rozłam w samym PiS, dotyczy pewnych rudymentów, w ogóle słabo obecnych w naszej polityce i w debacie politycznej. Sprawa dotyka tożsamości i samoświadomości narodowej bardziej niż czego innego. Mirosława Grabowska określiła orientację mentalną zwolenników PiS jako „dziedzictwo narodowo-związkowe”, a zwolenników PO jako „dziedzictwo demokratyczne”, zastrzegając, że nie zarzuca PiS ideologicznego antydemokratyzmu. Jak z tą demokracją jest i jak można ją byłoby zinterpretować – to pytanie znowu kieruje nas na sprawę „narodową”.

Pamiętam, że kiedy kilka ładnych lat temu skończyłem lekturę popularnego u nas w okresie transformacji socjologa niemieckiego Clausa Offe*, pomyślałem, że – może poza Jugosławią – niezbyt chyba ma rację, przewidując w swych analizach problemów transformacyjnych obecność zagadnień narodowych i wręcz trudności z tym związane. Przez całe pierwsze dziesięciolecie transformacji, aż do początku XXI wieku, zagadnienia tożsamości narodowej i kwestia „przełożenia” na politykę międzynarodową takich czy innych przekonań z zakresu samoświadomości narodowej, nie były przedmiotem społecznych rozważań. Nie były także tematem dyskursu publicznego, przynajmniej dopóty, dopóki sprawa przystąpienia do Unii Europejskiej nie stała się przedmiotem aktualnych decyzji.

Co prawda, w dwóch kontekstach wątek narodowy w polityce polskiej – i wewnętrznej, i międzynarodowej – pojawiał się od początku lat 90. Po pierwsze, chodzi mi o generalny wzrost pozytywnych przekonań w stereotypach narodowych, dotyczących nawet negatywnie ocenianych narodów, poczynając od Ukraińców. Bez względu na konflikty – nawet polski papież zrezygnował z pierwotnych żądań w sprawie cerkwi (kościoła w Przemyślu!) – stereotyp Ukraińca nabierał coraz bardziej pozytywnych cech. Pojawiały się też deklaracje większej sympatii, co w końcu zaowocowało tak zaskakująco masowym i spontanicznym uczestnictwem młodszego pokolenia Polaków w Pomarańczowej Rewolucji. Ale podobnie było w zasadzie ze wszystkimi stereotypami narodowymi: i sąsiadów, i bardziej odległych społeczności narodowych. Wszędzie można było zaobserwować wzrost cech pozytywnych i coraz więcej sympatii. Pod koniec lat 90., zwłaszcza gdzieś po 1996, 1997 roku, ten proces „pozytywnego przewartościowania” stereotypowych obrazów innych narodów uległ zatrzymaniu (poza być może Ukraińcami). Wiązałem to – i dalej tak sądzę – z efektem działania bezpośrednio ksenofobicznych i tradycyjnych, niechętnych innym stereotypów na forum dyskursu medialnego i politycznego.

Ta sprawa współwystępuje z drugim wątkiem, który od początku transformacji odgrywał istotną rolę, zwłaszcza przy okazji kolejnych kampanii wyborczych, aczkolwiek jego „wyborcza” rola relatywnie malała. Chodzi mi o powiązanie problematyki narodowej z antysemityzmem i jego różnymi przejawami, głównie jednak przejawami postaw i przekonań, a nie na przykład czynnych akcji, inspirowanych antysemicko. Zagadnienie stosunku Polaków do Żydów, znaczenie tego szczególnego nastawienia naszego społeczeństwa do przeszłości polsko-żydowskich relacji, a nade wszystko – dramatyczne spory o ocenę i interpretację szczególnego doświadczenia II wojny światowej i okresu bezpośrednio po wojnie, po Holokauście – tak, to była i jest problematyka ważna i obecna we wszystkich chyba płaszczyznach dyskursu społecznego. I to właśnie w kontekście stosunku do Żydów i zagadnienia oceny postępowania Polaków wobec nich w latach okupacji, tuż po wojnie i w czasie komunizmu pojawiały się nasze rozważania na temat Polaków i polskości.

Prezentowanie niechęci i wrogiego nastawienia do innych wkroczyło na oficjalną, publiczną scenę debaty wraz z prezentacją sloganów i stereotypów antysemickich za sprawą aktorów medialnych czy też medialno-politycznych. Prym wiedzie z całą pewnością Radio Maryja, ważny wpływ miało tu również powstanie Ligi Polskich Rodzin i Młodzieży Wszechpolskiej. Rzecz jasna, już wcześniej pojawiły się małe ugrupowania polityczne i stowarzyszenia narodowe (Tejkowskiego, potem Bubla), ale były tak marginalne i tak dalece nie istniały w znaczącej przestrzeni debaty publicznej, że można je pominąć. Jeśli dziś nabierają znaczenia, to tylko ze względu na promocję bardziej wpływowych aktorów społecznych i politycznych, jak to miało miejsce w czasie ostatnich obchodów Święta Niepodległości 11 listopada w Warszawie.

Debata o przystąpieniu do Unii Europejskiej, gdy nabrała charakteru decyzyjnego, nadała znaczenie tym, którzy odwoływali się do tradycji narodowej, a ściśle narodowo-katolickiej polityki, którzy przeciwników dezawuowali jako „niedostatecznie polskich” albo wręcz jako „antypolskich” lub zdrajców Polski. W ten sposób wątek „prawdziwych Polaków” pojawił się jako temat politycznego sporu.

Kiedy zastanawiałem się nad emocjami, jakie wzbudziła katastrofa smoleńska, wydało mi się jasne, że od początku w tej emocjonalnej zbitce wątek polityczno-narodowy odgrywa bardzo istotną rolę. I okazało się, że miałem rację, bo doszedł on w pełni i jawnie do głosu, gdy pojawił się problem „krzyża przed Pałacem Prezydenckim” i zamysł jego usunięcia. Ujawniły się wówczas bardzo wyraźnie strony tego konfliktu, zarówno polityczne, jak i społeczne. Paweł Śpiewak twierdził wówczas, że jest to spór w jakimś sensie „pusty”, że nie ma w nim merytorycznej treści. Nie zgadzałem się z nim i dalej uważam, że właśnie zagadnienie tego, co buduje zasadniczy zrąb tożsamości narodowej – to znaczy „jaki jest Polak”, a wobec tego, jak powinno postępować państwo polskie i wyglądać polska polityka – to zasadnicza treść, może bardziej emocjonalna niż rzeczowa, konfliktu. Konfliktu, jak widzimy, zarówno politycznego, jak i szerszego konfliktu społecznego. Przy czym jedna ze stron konfliktu – ta narodowo-katolicka – ma za sobą ściśle zdefiniowaną tradycję endecką, bez względu na to, jak dalece stara się ją przetworzyć i dostosować do współczesności. Ma jasno – przynajmniej na pierwszy rzut oka – zarysowany obraz Polski w świecie, Polski niosącej na sobie piętno cierpienia historycznego, Polski skrzywdzonej, ale dumnie niosącej sobą uniwersalne, chrześcijańskie, rzecz jasna, wartości.

Druga strona konsoliduje się głównie w oporze wobec takiemu obrazowi i zaskakujących, na ogół nieprzyjemnych i niekorzystnych indywidualnie i zbiorowo, konsekwencjach z niego wynikających. To raczej niezgoda na ten obraz męczeńsko-oskarżycielski Polski, pełen podejrzliwości, niechęci i antysemityzmu tworzy „drugą stronę”. Ale w istocie ta „druga strona” nie ma jasnej ani tym bardziej jednej wykładni, czym wobec tego jest polskość i jaka powinna być polityka polska i dobre, polskie państwo.

Okazało się, że Claus Offe miał chyba jednak rację, przewidując, że problem narodowy pojawi się jako efekt i jako element transformacji. I to prawda, że podziały społeczne nakładają się tu jedne na drugie, jak wyjątkowo plastycznie przedstawiła to Mirosława Grabowska, pisząc o tym, że narodowo-katolicki światopogląd i orientacja polityczna wyrażana jest często przez ludzi, którzy przemiany transformacyjne znieśli źle, którzy są przywiązani i potrzebują opiekuńczego państwa. Tak, tylko że jest to idea opiekuństwa narodowego, jeśli można tak powiedzieć. Ale zarazem nie należy zapominać, że wśród zwolenników radykalnych konceptów narodowych jest całkiem spora (acz mniejszościowa, Bogu dzięki!) grupa młodych Polaków, a z moich badań wynikło, że w społeczności wiejskiej najbogatsi są często przesiąknięci antysemityzmem i duchem narodowo-katolickim w nie mniejszym stopniu niż najubożsi…

Chcę przez to powiedzieć, że ten wymiar podziału społecznego, który buduje – i przy tym bym się upierał – najważniejszy, światopoglądowy aspekt konfliktu politycznego PiS – PO dotyczy zagadnienia tożsamości i samoświadomości narodowej. Zapewne oznacza to, że pilną sprawą jest otwarcie tego gorącego tematu, aby stał się przedmiotem powszechnej debaty i przestał być niebezpiecznym ładunkiem wybuchowych emocji.

* Chodzi mi o książkę Offe nietłumaczoną na polski: Claus Offe, „Varieties of transition: the East European and East German experience”, 1996.

* Ireneusz Krzemiński, profesor socjologii.

* * *

Rafał Wonicki

Co to znaczy różnić się mądrze

Odpowiedź na pytanie, jak powinniśmy się różnić, by odmienność poglądów skutkowała gorącymi, ale merytorycznymi dyskusjami, jest dość prosta (przynajmniej w teorii). W skrócie moglibyśmy powiedzieć, że powinniśmy różnić się mądrze. I na tym mógłbym skończyć swoją wypowiedź. To, że nie mogę tego zrobić, wynika między innymi z tego, że dziś, w coraz bardziej spluralizowanym społeczeństwie polskim, nie ma już jednego obiegowego rozumienia tego, co wolno, a czego nie wolno w polityce. Dla jednych „mądrze” znaczy „skutecznie”, dla innych „mądrze” znaczy „w ramach ograniczeń konstytucyjnych”, dla jeszcze innych – „w zgodzie z Kościołem”. Jak więc mamy rozumieć, czym jest mądre różnienie się?

Uważam, że każda z wyżej wskazanych grup mogłaby zgodzić się w ramach swojej rozumnej doktryny na jedną z następujących interpretacji sformułowania „różnić się mądrze”. Po pierwsze, że mądre różnienie się to takie, które nie eskaluje napięć. Rozumielibyśmy wtedy politykę jako sztukę negocjacji, w której retoryka i erystyka są dozwolone, ale osadzone jednocześnie w pewnych kanonach przyjętych zachowań, norm społecznych, konwenansów kulturowych, reguł gry, mechanizmów politycznych. Po drugie, że powinniśmy różnić się „na argumenty”, a nie „na personalia” czy „na biografie” (a przynajmniej nie tylko na personalia i biografie). Innymi słowy, nie powinniśmy ograniczać się jedynie do wskazania i potępienia „wroga”. Po trzecie wreszcie, że powinniśmy różnić się z ważnych powodów, czyli unikać dyskusji niemerytorycznych i nie klasyfikować wszystkich zdarzeń ze sfery publicznej, kulturowej czy społecznej od razu jako politycznych.

Te trzy elementy wzajemnie się dopełniają. Ponadto wskazują one na cel prowadzenia dyskusji politycznych i niepolitycznych, którym jest dążenie do osiągnięcia porozumienia. Jeśli się to nie udaje i grozi nam konflikt społeczny, to może powinniśmy w sferze polityki na pewien czas wstrzymać się z podjęciem określonej decyzji i odłożyć ją na później. Zwłaszcza jeśli decyzja ta dotyczy kwestii światopoglądowych. Wydaje mi się, że w wypadku polskiego społeczeństwa takie rozwiązanie mogłoby ostudzić dziś rozpalone emocje. Coraz bardziej bowiem widać, że jest ono silnie podzielone i zantagonizowane, a spór polityczny został zamieniony na spór moralny i egzystencjalny, jeszcze bardziej antagonizując społeczeństwo. Może to grozić niepokojami społecznymi i na pewno w dłuższej perspektywie jest szkodliwe zarówno dla obywateli, jak i dla polityków.

Problem z nieumiejętnością demokratycznego różnienia się oraz z obecną eskalacją napięć polega zarazem na tym, że nie da się całkowicie uciec od namiętności w polityce. Polityka to nie tylko czyste procedury, to również, a może przede wszystkim, podejmowanie decyzji właśnie w kwestiach moralnych i światopoglądowych, które z zasady będą odbierane przez część obywateli jako opresyjne. Cała sztuka polega zatem na stworzeniu takich instytucjonalnych mechanizmów demokratycznych oraz wytyczeniu takich moralnych i kulturowych norm, które stanowiłyby wspólnie podzielane (moralne i prawne) ramy odniesienia, konstytuując wspólną pluralistyczną przestrzeń polityczną, w której możemy żyć mimo różnic światopoglądowych. Jeśli ta wspólna podstawa i wiara w możliwość pokojowego operacjonalizowania różnic znika, powraca polityka plemienna, powodując równocześnie zanik etosu i dobrego obyczaju, a tym samym potencjalne zagrożenie rozpadu wspólnoty politycznej.

Dodajmy, gwoli ścisłości, że obecną „moralną” politykę plemiennej zapalczywości i wzajemnych oskarżeń uzyskaliśmy zarówno za sprawą samych polityków, jak i naszego przyzwolenia na przekraczanie kolejnych granic. Jeśli zatem politycy się nie opamiętają, a obywatele nie będą się takiej polityce sprzeciwiali, to będzie następowała dalsza erozja tak języka polityki, jak i instytucji oraz etosu demokracji. Nic jednak nie wskazuje na to, by politycy chcieli się opamiętać i nie eskalować napięć. Ich zachowanie przyczynia się do osłabienia już i tak słabych, choćby ze względu na brak autorytetu, instytucji politycznych, w tym Trybunału Konstytucyjnego (częste nieprzestrzeganie jego decyzji) i Prezydenta (bezradność w sprawie krzyża przed Pałacem Prezydenckim). Słabość samej demokracji widać również po frekwencji wyborczej. Biorąc to wszystko pod uwagę, nie należy się spodziewać, że podziały w Polsce będą się zmniejszały. Wręcz odwrotnie, są coraz większe i będą się pogłębiały. Nieustający podział na ścianę wschodnią i zachodnią przy każdych, także ostatnich, wyborach jest tego wyraźnym przykładem.

Kolejny problem ze słabością debaty publicznej i politycznej w Polsce polega na tym, że choć w teorii możemy nakreślić wiele nieprzekraczalnych linii tego, co wolno, a czego nie wolno, w praktyce niełatwo jest powstrzymywać się przed ich przekroczeniem. Zwłaszcza, że wspominany wcześniej etos obywatelski i kultura polityczna w III RP nigdy nie były mocno zakorzenione. Jak więc na powrót zmniejszyć podziały i stworzyć w miarę stabilną i harmonijną zbiorową identyfikację, gdy dwie największe partie prawicowe w Polsce nie mają zamiaru ustąpić? Jak odzyskać utracony balans między procedurami a wolą polityczną, między politykami i społeczeństwem? Jak z jednej strony nie popaść w tragedię (podział wspólnoty), a z drugiej w farsę (jeszcze większą groteskowość i teatralizację polskiej polityki)? Jedynej nadziei upatruję teraz w zmęczeniu obywateli obecną sytuacją (przyznaję, niewielka to nadzieja). Nie wierzę też raczej w samoograniczenie się polityków. Już bardziej w prawo i mechanizmy instytucjonalne.

Należałoby także pomyśleć o wzmocnieniu pewnych elementów, które w dłuższej perspektywie pomogłyby neutralizować i ograniczać sytuacje, w rodzaju takich, z jaką mamy obecnie do czynienia w Polsce, gdzie politykom bardzo wiele uchodzi bezkarnie. Sytuację, którą określiłbym jako tragikomedię, gdzie widzowie śmieją się już przez łzy, wiedząc, że poczynania aktorów doprowadzą ich nieuchronnie do tragicznego końca. A mówiąc bardziej poważnie, pewne polepszenie standardów debaty publicznej moglibyśmy osiągnąć za pomocą dwóch rzeczy: a) przez wychowanie obywatelskie, uczące kultury politycznej, uświadamiające ważność poszanowania standardów demokratycznych, pokazujące jak istotna jest odpowiedzialność za słowo, odsłaniające mechanizmy socjotechniczne ułatwiające rozumienie teatrum politycznego, b) przez wprowadzenie większego zakresu mechanizmów demokracji dyskursowej i deliberacji społecznej tak, by obywatele na rożnych szczeblach podejmowania decyzji mieli poczucie partycypacji i nie czuli się wykluczeni. Biorąc udział w procesach podejmowania decyzji na szczeblu lokalnym, mogliby oni zarazem zdobywać praktyczną wiedzę o tym, jak wypracowywać kompromis, jak wzmacniać społeczeństwo obywatelskie, jak ważna jest partycypacja w życiu publicznym itp. Mechanizmy te mogą pomóc. Nie ma jednak żadnej gwarancji, że tak będzie.

Czasami mam wrażenie, że polskim politykom przydałaby się po prostu odrobina poczucia wstydu i przyzwoitości, towaru dziś zdecydowanie deficytowego, a wiele rzeczy nie miałoby miejsca. Na razie zaś pozostanie nam gorzko uśmiechać się przez łzy, w oczekiwaniu na katastrofę, a może farsę. Zdecydujcie sami.

* Rafał Wonicki, doktor filozofii, członek redakcji „Kultury Liberalnej”.

* * *

* Autorka koncepcji numeru: Karolina Wigura.
** Autor ilustracji: Rafał Kucharczuk.
*** Współpraca: Robert Tomaszewski.

„Kultura Liberalna” nr 99 (49/2010) z 30 listopada 2010 r.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 100

(50/2010)
30 listopada 2010

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj