Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Kaczyński, Breivik, Hitler....

Kaczyński, Breivik, Hitler. O książce Tomasza Lisa „A nie mówiłem?”

Tomasz Sawczuk

Tomasz Lis nie dyskutuje z czytelnikiem. Lis – niczym wyrocznia – obwieszcza. Powoduje to zresztą, że czytelnik nie ma ochoty zgodzić się z Lisem nawet wtedy, gdy ten ma rację, za to z każdą kolejną stroną książki coraz bardziej ma ochotę głosować na PiS.

lis okładka

Brakuje nam w Polsce i umiaru w ocenach,
i powściągliwości w słowach.

Tomasz Lis

Książka Tomasza Lisa pozbawiona jest spisu treści oraz indeksu. Z początku mnie to zdziwiło. Z niewielką tylko przesadą można by jednak powiedzieć, że nie było potrzeby, aby je dodawać, skoro indeks wystarczyłoby streścić formułą: „Jarosław Kaczyński, ss. 1–349”. Ta monotematyczność sprawia, że w treści książki czytelnik odnajdzie się z łatwością. Przebrnięcie przez felietony redaktora naczelnego „Newsweeka” nie jest jednak łatwym zadaniem.

Na książkę składają się wybrane teksty Lisa z lat 2012–2015. Z małymi wyjątkami poświęcone są straszeniu PiS-em. Przestrogi Lisa są w zamyśle bardzo poważne. Autor określa możliwość rządów PiS-u choćby mianem „czarnego snu” (s. 84) i sprawia wrażenie autentycznie przerażonego taką ewentualnością, a następnie – po październikowych wyborach – autentycznie przerażonego ich przebiegiem. Forma, w jakiej przedstawione są te rozważania, jest jednak zupełnie niepoważna.

Lis w niezrównany sposób potrafi mówić o konieczności wykroczenia poza zgubny podział na dwie Polski, by chwilę później wygłosić szereg niezbyt subtelnych epitetów pod adresem swoich politycznych oponentów. Potrafi poświęcić cały felieton Jarosławowi Kaczyńskiemu – nie wskazując z nazwiska, że chodzi właśnie o tego polityka, choć wszyscy wiedzą dokładnie, o kogo Lisowi chodzi, ponieważ zawsze chodzi mu o tę samą osobę – by zakończyć go zdaniem: „Takie to refleksje przyszły mi do głowy w związku z procesem Andersa Breivika” (s. 20).

W pierwszym zdaniu innego tekstu Lis czuje się też w obowiązku wyjaśnić, że „nonsensem byłoby porównywanie zbliżającego się marszu PiSolidarności z Rydzykiem do marszu nazistów” (s. 59). Kiedy indziej, autor jest gotów cieszyć się z widoku „absolutnego rynsztoku” w sali sejmowej, ponieważ potwierdza on jego „wyobrażenia o tak zwanej klasie politycznej”, która „charakteryzuje się tym, że jest w ogromnej większości pozbawiona klasy” (s. 37).

„Ta grafomania, te porównanka, te przedszkolne metaforki, te figurki retoryczne z posiedzenia gminnego kółka PiS. Nędzna forma, fatalny styl”. Taki to cytat z książki Tomasza Lisa (s. 110) przyszedł mi do głowy w związku z lekturą jego książki.

Odwołania historyczne autora ograniczają się zazwyczaj do klisz i słownych skojarzeń, a zdecydowanie zbyt wiele zjawisk kojarzy się Lisowi z III Rzeszą. Nawet te odwołania bywają formułowane w zastanawiający sposób. Publicysta pisze choćby (s. 37), że Jarosław Kaczyński „doprowadził chamstwo w polityce do poziomu Adolfa Hitlera”. Jak wiadomo, problem z Hitlerem polegał na tym, że był on chamem. Można by zastrzec, że choć Lis nie jest może mistrzem elegancji, to przynajmniej w porę przestrzegał przed zjawiskami niebezpiecznymi dla liberalnej demokracji, które po przejęciu władzy przez PiS dają o sobie znać i że to raczej ja je niesłusznie lekceważę.

Takie wątpliwości nie są jednak uzasadnione. Wbrew pozorom o polityce autor pisze mało. W istocie jeżeli ktoś chciałby się z książki Lisa dowiedzieć wiele o polskim życiu politycznym w ostatnich latach, nie uda mu się. Teksty są ubogie w fakty, oparte głównie na ogólnych odczuciach, nierzadko niechlujnie napisane, nie widać w nich starannej pracy ani wysiłku analitycznego. Całość nie układa się w żadną opowieść, która byłaby zrozumiała poza kontekstem powstania poszczególnych tekstów, nawet jeżeli kupujemy ogólną obsesję autora na punkcie Jarosława Kaczyńskiego. Chociaż Lis poświęca prezesowi PiS-u tak wiele miejsca, z jego książki nie dowiemy się, dlaczego właściwie partia Kaczyńskiego przejęła władzę, ani w ogóle nie dowiemy się, co z tą Polską.

Redaktor naczelny „Newsweeka” sam mimochodem najlepiej zilustrował swoją wizję publicystyki, gdy krytykując Donalda Tuska, stwierdził: „Z całym szacunkiem panie premierze (…). Od mówienia, że Macierewicz jest szkodnikiem, to jestem ja” (s. 195). Trudno mi więc uciec od wrażenia, że jeśli ktoś tu kogoś lekceważy, to Lis lekceważy adresatów swoich tekstów.

Pomijając już zasadność oskarżeń publicysty wobec Prawa i Sprawiedliwości, warto zrobić w tym kontekście trzy uwagi. Po pierwsze, ataki autora na PiS są po prostu nieskuteczne. Trudno uznać, że nieustanne obrażanie adresata skłoni go do zmiany zdania. Tymczasem Lis w przeważającej mierze zajmuje się obrażaniem tak polityków PiS-u, jak i – czy tego chce, czy nie – ich wyborców i generalnie wszystkich mających odmienne zdanie. Po drugie, Lis powoduje w ten sposób utrwalanie i pogłębianie podziału na zwalczające się i niepotrafiące ze sobą rozmawiać obozy polityczne, a ostatnio jest wręcz dumny, że na tym dziwnym froncie może występować w awangardzie jednej z armii. Po trzecie, publikacje Lisa w żaden sposób nie pomagają w tworzeniu lepszej, bardziej uśmiechniętej i premiującej zaufanie, nowoczesnej, „fajniejszej” Polski, o którą autor tak bardzo apeluje.

Tekstom publicysty brakuje elementarnej spójności, bywa więc, że przeprowadza krytykę własnej postawy. Przykładowo, w numerze „Newsweeka” z 23–29 kwietnia 2012 r. autor pisze, że „liderzy opozycji dokonują dzień w dzień zamachu na rozum”, zaś „umiarowi ciężko się mierzyć z nieposkromioną agresją i chamstwem” (ss. 29–30), a już 4 maja w portalu NaTemat przekonuje, że byłoby dobrze, „gdybyśmy wzajemnie powściągnęli protekcjonalny stosunek do «tamtych», byśmy poskromili w sobie dydaktyczne zapędy i wychowawcze pokusy” (s. 33).

Najwyraźniej majówka jest dla Lisa czasem refleksji. Jej rezultaty są jednak każdorazowo nad wyraz krótkotrwałe, ponieważ pod względem pokładów irytującego, nieraz knajackiego paternalizmu naczelnego „Newsweeka” trudno przebić. Lis nie traktuje czytelników poważnie. Na ogół nie rozmawia z nimi, nie argumentuje, lecz raczej z wyżyn publicystycznej przenikliwości, jak wyrocznia niemal – obwieszcza. Obwieszcza w szczególności, co jest idiotyczne, a co nie jest. Powoduje to zresztą, że czytelnik nie ma ochoty zgodzić się z Lisem nawet wtedy, gdy ten ma rację, za to z każdą kolejną stroną książki coraz bardziej ma ochotę głosować na PiS.

Jeżeli zatem autor pyta w tytule książki: „A nie mówiłem?”, należy odpowiedzieć, że owszem, mówił. Gdy zapytamy, o czym mówił, wypada wyjaśnić, że – niezależnie od tego, co dzieje się na scenie politycznej – o Jarosławie Kaczyńskim. Jeśli zastanowimy się, po co to mówił, odpowiedzią może być tylko głęboka zaduma.

„Wystarczy niemal chwila i zamiast przyjaciół i znajomych mamy «wstrętnych PiS-owców» i «wrednych reprezentantów salonu». Zafundowaliśmy sobie w Polsce podział społeczeństwa, który może potrwać dziesięciolecia. Ten podział – widzimy to i na ulicach, i w Sejmie – jest coraz ostrzejszy. Mówić ze sobą już nie chcemy i nie umiemy. Umiemy tylko warczeć, szczekać, gryźć” – ostrzegał Lis (s. 41).

Szkoda, że w ostatnich latach swoją dziennikarską działalnością on sam niezwykle regularnie wyrządzał tyle szkody w naszej debacie publicznej.

 

Książka:

Tomasz Lis, „A nie mówiłem?”, wyd. Ringier Axel Springer Polska, Warszawa 2016.

SKOMENTUJ

Nr 372

(8/2016)
23 lutego 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj