Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Kto to jest...

Kto to jest człowiek? O „Dyspucie w Valladolid”

Paweł Majewski

Dysputa w Valladolid, przeprowadzona prawie pięćset lat temu, dotyczy spraw wciąż aktualnych. Ani oświecenie, ani liberalizm, ani kolejne fale demokratyzacji nie rozstrzygnęły definitywnie podstawowej kwestii – kto to jest człowiek?

Dysputa z Valladolid_okladka

„Dysputa w Valladolid” to mało znany, a bardzo ważny epizod w dziejach historii idei wczesnonowożytnej Europy. W roku 1550 na polecenie cesarza Karola V Habsburga dwa wybitne umysły tamtych czasów starły się w sporze o prawomocność podbojów hiszpańskich w Nowym Świecie, a w szczególności – traktowania mieszkańców nowo odkrywanych ziem. Spór toczył się między Bartolomé de Las Casasem (który przeszedł do historii jako autor „Krótkiej relacji o wyniszczeniu Indian”) a Juanem Ginés de Sepúlvedą i przeciągnął się do następnego roku. Dość ironiczną dla współczesnych spadkobierców świeckiego humanizmu wymowę może mieć fakt, że dominikański zakonnik Las Casas argumentował w niej za pełnym zrównaniem Indian i Europejczyków w prawach, podczas gdy renesansowy humanista Sepúlveda obstawał za niższością Indian i ich naturalną dyspozycją do stanu niewolniczego. Obaj dla uzasadnienia swoich tez przywoływali setki cytatów z Biblii, Ojców i Doktorów Kościoła, scholastyków i kanonistów. Z tego powodu lektura zapisu dysputy niekoniecznie jest przystępna dla czytelnika z epoki tweetów, ale tłumaczka opatrzyła polski przekład instruktywnym komentarzem osadzającym jego treść w kontekście ówczesnych sporów intelektualnych i politycznych.

Czytelnik niebędący specjalistą zazwyczaj zadaje czytanemu tekstowi pytanie: „Co to ma wspólnego ze mną?”, często zresztą nieświadomie. W przypadku dysputy z Valladolid łącznikiem między XVI stuleciem a wiekami XX i XXI może być pojęcie ludobójstwa, chociaż stosowanie go do postępków Hiszpanów w Ameryce jest anachronizmem. Można jednak postawić ten problem jeszcze bardziej ogólnie.

„Człowieczeństwo” należy do pojęć, które uznaje się często za zbyt oczywiste, aby należało je bliżej określać. A większość bliższych określeń wywodzi się z ogólnych założeń dotyczących człowieka jako takiego, definiowanego z kolei za pomocą odwołań do jego szczególnej (we własnych oczach) pozycji w świecie, wyjątkowych zdolności i dokonań, takich jak mowa, sprawczość, technika i kultura, albo samowolnie i samowiednie ustalonych zadań i celów egzystencjalnych. Przecież jednak w dziejach ludzkości – jako gatunku oraz jako kultury i cywilizacji – aż do czasów najnowszych nie doszło do tego, abyśmy uznali się wszyscy nawzajem w swoich ludzkich prawach, celach i cechach. Z drugiej strony odrębność człowieka na tle całej reszty świata organicznego obecnego na Ziemi jest, jak dziś coraz wyraźniej widzimy, co najmniej niejednoznaczna, i to nawet w świetle jego własnych pojęć.

Na pytanie „Kto to jest człowiek?” członkowie większości plemion zwanych niegdyś prymitywnymi odpowiedzieliby mniej więcej: „To ja i moi współplemieńcy”. Nazwy tych plemion, nazwy dawnych ludów często w ich językach oznaczały „człowieka”, co pociągało za sobą wykluczenie wszystkich „innych/obcych” nie tylko poza zakres ich wspólnoty, lecz również poza zakres „bycia człowiekiem”. Europejczycy tę właśnie inkluzyjność wskazywali jako jeden z dowodów umysłowej niższości członków owych plemion i ludów. Nie dostrzegali jednak, że sami również ją uprawiają w szerszej skali, a nawet w wielu skalach. Dyskusje XVI-wiecznych mędrców na temat człowieczeństwa Indian, argumenty handlarzy niewolników na rzecz swobodnego obrotu żywym towarem – to skala stanowiąca zwierciadlane odbicie inkluzyjności „dzikich”. Również postacie Kaspara Hausera, Mowgliego i innych „dzikich dzieci” – ludzi, którzy nie są w ogóle „skulturalizowani” – są w europejskim imaginarium kulturowym symptomami problematyzacji granic pojęcia „człowieka”. We wcześniejszych epokach były nimi także relacje o istotach zamieszkujących krańce ziemi, takich jak Psiogłowce i Skiapody, do których można też dodać „potwory” zaludniające wczesnonowożytne monstruaria i „freaków” z cyrków oraz bud jarmarcznych epoki mieszczańskiej. Do tego wszystkiego dodać można jeszcze teksty propagandowe rozpowszechniane w nowoczesnej Europie przy okazji konfliktów narodowościowych i wojennych, gdzie mamy do czynienia z bogactwem określeń odmawiających przeciwnikom człowieczeństwa i to nie tylko w znaczeniu etycznym, ale nierzadko również w rozumieniu esencjalnym, ontologicznym.

W obliczu powyższych przykładów trudno zaprzeczyć, że nie wszyscy ludzie są dla siebie ludźmi w procesie historycznym. Do sławniejszych w europejskim kręgu kulturowym symptomów tego stanu rzeczy należy cytat z de Maistre’a: „Otóż nie ma wcale człowieka na świecie. W swoim życiu widziałem Francuzów, Włochów, Rosjan etc.; wiem nawet, dzięki Monteskiuszowi, że można być Persem. Lecz jeśli idzie o człowieka, oświadczam, że nie spotkałem go nigdy w życiu; jeśli istnieje, to nic mi o tym nie wiadomo. […] Konstytucja robiona dla wszystkich narodów nie jest zrobiona dla żadnego – to czysta abstrakcja” [1]. Dopiero od połowy ubiegłego wieku istnieją formalne, konsensualne i stanowione zasady włączające wszystkich przedstawicieli gatunku Homo sapiens w obręb człowieczeństwa.

Mam tu na myśli głównie Powszechną Deklarację Praw Człowieka ONZ z roku 1948. Jednak w jej tekście nie znajdziemy definicji człowieka, co znaczy, że dla jej twórców zakres tego terminu nie był dyskusyjny ani problematyczny, a w każdym razie nie miał być. Stwierdza się tam równość wszystkich ludzi w ich podstawowych prawach, nie ma jednak ani słowa na temat tego, kto jest człowiekiem, a kto (lub co) nim nie jest. Prawdopodobnie twórcy dokumentu uznali milcząco, że kulturowa i polityczna tożsamość człowieka jest wyznaczana przez jego tożsamość biologiczną i gatunkową, która jednak sama w sobie bynajmniej nie jest oczywista, choćby dlatego, że wynika ze zdeterminowanych kulturowo założeń konceptualnych.

Jednak nawet po tym odgórnym zrównaniu nie pozbyliśmy się kłopotów natury medyczno-etycznej związanych z wyznaczaniem granic istnienia jednostki ludzkiej, a w miarę rozwoju medycyny i jej możliwości podtrzymywania życia pojawiły się nowe. I we wszystkich tych kłopotach dotyczących człowieczeństwa jednostek, grup i zbiorowości bezustannie towarzyszy nam ułomny język, w którym na próżno usiłujemy zgruntować twardy podkład pojęciowej pewności, która pozwoliłaby nam ujarzmić płynną, chaotyczną rzeczywistość naszych własnych ciał i umysłów, preformowanych w trakcie procesów, które z kulturą i cywilizacją nie mają nic wspólnego.

Dysputa w Valladolid, przeprowadzona prawie pięćset lat temu, dotyczy spraw wciąż aktualnych. Ani oświecenie, ani liberalizm, ani kolejne fale demokratyzacji nie rozstrzygnęły definitywnie podstawowej kwestii – kto to jest człowiek? Musimy nadal szukać na nie odpowiedzi.

 

Przypis:
[1] Joseph de Maistre, „Considérations sur la France”, Paris 1821, s. 102–103, przekład Janusza Trybusiewicza [w:] Janusz Trybusiewicz, „De Maistre”, seria Myśli i Ludzie, Warszawa 1968.

 

Książka:

Bartolomé de las Casas, Juan Ginés de Sepúlveda, Domingo de Soto, „Dysputa w Valladolid (1550/1551)”, przekł. wstęp i oprac. Iwona Krupecka, Wydawnictwo Uniwersytetu Gdańskiego, Gdańsk 2014.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 390

(26/2016)
28 czerwca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj