Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Ślady farby. Recenzja...

Ślady farby. Recenzja książki Jana Olaszka „Rewolucja powielaczy"

Łukasz Bertram

„Rewolucja powielaczy” to publikacja znakomicie wprowadzająca w świat drugiego obiegu lat 1976–1989. Uzmysławia, jak ogromne znaczenie miał on dla oporu przeciwko systemowi peerelowskiemu. Szkoda tylko, że autor zaledwie musnął kilka niezwykle ciekawych zjawisk.

rewolucja_okladka

Opór przeciwko komunistycznej władzy w Polsce kojarzy się dziś chyba przede wszystkim z dwoma trudno porównywalnymi zjawiskami – fenomenem masowego poruszenia społecznego w okresie pierwszej „Solidarności” (1980–1981) oraz zbrojną działalnością tzw. żołnierzy wyklętych. Zaryzykować można stwierdzenie, że gdzieś zamazują się nie tylko inicjatywy polskich intelektualistów – ważne, acz mało efektowne – lecz także cała historia opozycji przedsierpniowej, a także podziemnej konspiry okresu stanu wojennego. Historia, której jedną z podstawowych osi było funkcjonowanie drugiego obiegu wydawniczego, czyli publikowanie gazet, pism oraz książek (a w latach 80. nawet kaset audio i wideo) poza zasięgiem cenzury. Działalność ta sprawiła, że w Polsce mogły zaistnieć treści zakazane przez władzę (na skalę zupełnie wyjątkową w całym bloku wschodnim), ale była również wielką szkołą społecznej samoorganizacji.

Nie jest oczywiście tak, że wokół podziemnego drukowania w PRL panuje jakaś zmowa milczenia. W ostatnim czasie głośnym echem odbiła się „Skucha” Jacka Hugo-Badera, czyli reportersko-osobiste spojrzenie na doświadczenie konspiry. Wcześniej ukazały się ważne książki Pawła Sowińskiego czy Mateusza Fałkowskiego; swój wkład w przypominanie o drugim obiegu ma również wyżej podpisany. Kilka zaś tygodni temu znaczenie tej tematyki potwierdzone zostało Nagrodą Historyczną „Polityki” dla książki Jana Olaszka „Rewolucja powielaczy”.

Wolna Polska drukarzy

Autor postawił sobie cel ambitny, polegający na – jak sam deklarował – opisaniu fenomenu niezależnego ruchu wydawniczego w latach 1976–1989 w sposób, który byłby atrakcyjny dla czytelnika w bardzo niewielkim stopniu zaznajomionego z tematem. Pod tym względem próbę tę ocenić należy zdecydowanie pozytywnie. Znakomite wrażenie sprawia w szczególności pierwsza część książki, ukazująca założycielski okres podziemnego druku i wydawania. Olaszek ze znawstwem i pietyzmem rekonstruuje poczynania grupy studentów KUL, których celem było uzyskanie dostępu do ściśle reglamentowanego dobra, jakim w PRL był powielacz. W równie klarowny sposób przedstawia początki poligrafii Komitetu Obrony Robotników oraz związane z nimi dylematy. Czy pozostać przy przepisywaniu „Komunikatu” i „Biuletynu Informacyjnego” na maszynie przez kalkę, ograniczając zasięg oddziaływania, ale budując wspólnotę zaangażowania, gdzie każdy odbiorca jest jednocześnie kolporterem? Czy może sięgnąć po metody powielaczowe, umasawiając produkcję, ale ryzykując wzmożone represje? Olaszek pokazuje, jak doszło do wyboru drugiego wariantu i jak zawiązywały się kolejne nici kontaktów, które to umożliwiły. Pisze również o tym, jak rosły możliwości techniczne i organizacyjne.

Ukazuje również, jak rodziły się wydawnictwa oferujące coś więcej niż proste informacje o bieżących represjach, np. kwartalnik literacki „Zapis”. Detalicznie przedstawia też fascynującą historię wyłaniania się z różnych działań jednego z najważniejszych fenomenów drugiego obiegu, czyli Niezależnej Oficyny Wydawniczej NOWA, która od początku wzięła na siebie wydawanie nie tylko prasy, lecz także książek. Zaznajamia czytelnika ze specyfiką, kierunkami ideowymi i odbiorcami kolejnych rodzących się pism, m.in. „Głosu” czy „Robotnika” (uzmysławia przy tym, jak wielką rolę dla późniejszego powstania Wolnych Związków Zawodowych odegrały zawiązane sieci kontaktów); nie zapomina też o tytułach niezwiązanych z Komitetem Obrony Robotników, wśród których warto wymienić „Opinię” bądź „Res Publikę”.

Dalsze rozdziały książki przypominają, jak ogromną rolę odegrała poligrafia – kierowana zresztą przez doświadczonych, korowskich drugoobiegowców – w sukcesie sierpniowego strajku w Stoczni Gdańskiej. To właśnie dzięki niej możliwe było powstanie „Strajkowego Biuletynu Informacyjnego Solidarność”, rozprowadzonego przez kolejarzy po całym kraju i tym samym rozbijającego informacyjną blokadę wprowadzoną przez władze. Dużo miejsca autor poświęca również opisowi zmiany, jaką przyniosło powstanie „Solidarności” oraz rozkwit wydawnictw związkowych we wszystkich rejonach kraju. Pokazuje próby instytucjonalizacji – jak choćby zawiązywanie niezależnych agencji informacyjnych – umasowienie bibuły, która nagle stała się dostępna niemal oficjalnie, ale również dylematy tego czasu: czy kontynuować dotychczasowe, przedsierpniowe inicjatywy, współpracując z „Solidarnością”, ale zachowując własną, niezależną markę – czy może wchodzić całkowicie w nurt działań związkowych? Do jakiego stopnia wychodzić na powierzchnię, do jakiego zaś – pozostawić pewną część sprzętu i ludzi „w zanurzeniu”, spodziewając się rychłego uderzenia władz?

Bo, jak wiemy, uderzenie nastąpiło – 13 grudnia 1981 r. Tymczasem, jak rekonstruuje Olaszek, niezależna prasa zaczęła odradzać się już po kilku dniach od „nocy generała”. Na nowo tkały się porwane sieci kontaktów, do gry wchodzili również nowi konspiratorzy. W wywodzie autora jest miejsce dla dość szczegółowego opisania roli, jaką w tym okresie zaczął odgrywać „Tygodnik Mazowsze”, a także dla polemik dotyczących strategii opozycji publikowanych na łamach podziemnych pism. Czytelnik dowiaduje się o istnieniu i funkcjonowaniu tytułów informacyjnych, publicystycznych, literackich, a także tych powiązanych z poszczególnymi zakładami pracy; poznaje pisma satyryczne, ale również te adresowane do żołnierzy i milicjantów. Autor opowiada też o tym, jak po szoku 13 grudnia odrodziła się NOWA, a także jak funkcjonowały inne oficyny książkowe. Nie wpada jednak ani razu w narrację martyrologiczną czy kombatancką – i przedstawia również kryzys drugiego obiegu, którego początek można datować na sam środek lat 80., a który spowodowany był m.in. nasyceniem rynku i coraz większą wybrednością odbiorców. Czynniki te, wraz ze zmniejszającą się represyjnością systemu, spowodowały, iż niektórzy opozycjoniści – środowisko „Res Publiki” czy kilku uczestników NOWEJ – podjęli decyzję o podjęciu działalności w sferze legalnej, co autor oczywiście również interesująco opisał.

Niewyraźny mikrokosmos

Po lekturze książki Jana Olaszka zwykły czytelnik może mieć chyba poczucie, że zaoferowano mu narrację przemyślaną, uporządkowaną i nasyconą kluczowymi informacjami. „Rewolucja powielaczy” uzmysławia, jak wielowymiarowym i bogatym zjawiskiem był drugi obieg, jak różne mieściły się w nim kierunki ideowe, formuły organizacyjne, jak zróżnicowane były grupy, do których bezdebitowe książki i gazety miały docierać. Wywód prowadzony jest potoczyście i zgodnie z zapowiedziami autora nie jest przeciążony akademickim żargonem. W pewnym momencie jednak coś w tym obrazie zaczyna przeszkadzać, nagle okazuje się, iż jego ramy – choć tak szerokie – są pod pewnym względem mocno ograniczone.

Podstawowym zarzutem, jaki można postawić autorowi, jest bowiem to, iż jego książka niekiedy niebezpiecznie zaczyna przypominać rozbudowany leksykon podziemnych wydawnictw. Kolejne podrozdziały bądź akapity wprowadzają kolejne inicjatywy: gazety, pisma, oficyny książkowe; przypomniane są ich tytuły oraz okoliczności i grupy, które stały za ich powstaniem i krzepnięciem. Szczególnie widoczne – i tym samym doskwierające – jest to w rozdziałach poświęconym latom 80., opartych właściwie całkowicie na enumerowaniu poszczególnych tytułów. Zaskakuje natomiast to, iż Olaszek tak mało miejsca (de facto kilkanaście stron) poświęcił drugoobiegowej praktyce. Gdzieś poniżej poziomu kierownictw i redakcji, wyborów programowych, bujnie kwitła przecież plątanina działań, kontaktów, procedur i po prostu przygód. Droga od napisania artykułu w „Biuletynie Informacyjnym” bądź oddania NOWEJ maszynopisu książki do momentu, w którym trafiały one pod strzechy, była skomplikowana i nierzadko wyboista. Organizacja sprzętu i zacisznej szopy bądź piwnicy, zapewnienie transportu, skompletowanie ekipy drukarzy (w której skład mogli wchodzić zarówno dojeżdżający do Warszawy górale, jak i pracownik naukowy Instytutu Badań Literackich) – wszystko to wymagało obrotności, fantazji i odwagi. Do tego dochodziła sama obsługa często hałaśliwych i zawodnych urządzeń. Dzisiejszemu czytelnikowi warto byłoby również dokładnie wyjaśnić, co właściwie kryje się pod tajemniczymi nazwami powielaczy – spirytusowego, białkowego, offsetu, jak działały, czego potrzeba było do ich wykorzystywania itd. Kolejne zagadnienie, któremu w książce Olaszka nie poświęcono dużo miejsca, to punkty składania książek i gazet, sieci kolporterskie i wreszcie – punkty, w których można było bibułę nabyć (jak choćby legendarny, właściwie jawny, „sklepik” u Ewy Milewicz w latach 70.). Ostatni, choć nie najmniej ważny, temat, który umknął autorowi, to obecność w drugim obiegu pieniędzy i ich krążenie.

Wszystkie te zjawiska są w „Rewolucji powielaczy” jedynie lekko dotknięte. Podobnie jest z opowieścią o swego rodzaju szarej strefie między legalnym a nielegalnym, czyli drukowaniu na tzw. dojściach w państwowych zakładach poligraficznych. Wokół wszystkich tych zjawisk narosło wiele opozycyjnych legend, które nie tylko posiadają walor barwnej anegdoty, lecz także pokazują, że fenomen drugiego obiegu wydawniczego polegał tak na świetnie przez Olaszka zrekonstruowanej mnogości inicjatyw, jak i na codziennej samoorganizacji.

Nie twierdzę oczywiście, iż tematyka ta jest w „Rewolucji powielaczy” zupełnie nieobecna. Jednak jej objętościowe ograniczenie oraz zepchnięcie do jednego z ostatnich rozdziałów sprawiają, że bardzo słabo wybrzmiewa. Niedosyt pozostawiają również dość zdawkowe informacje na temat strategii władz partyjnych oraz taktyki SB w walce z drugim obiegiem. Jest to szczególnie doskwierające, gdy dysponuje się tak dramatyczną historią jak losy braci Górskich: Andrzeja, jednego z najbardziej ofiarnych drukarzy podziemia, oraz Janusza, płatnego tajnego współpracownika bezpieki. Opowieść ta, do której powinny ustawiać się kolejki reżyserów filmowych, jest oczywiście przez Olaszka zasygnalizowana, ale jej potencjał w ilustrowaniu codzienności konspiry pozostaje niewyzyskany.

Jeszcze innym niedostatkiem są niewyraźnie odmalowane portrety – indywidualne i zbiorowe – uczestników drugiego obiegu. Była to przecież galeria postaci często wyjątkowych, by przypomnieć Romana Wojciechowskiego „Romaszkę” – wytatuowanego alkoholika, a przy tym samorodnego geniusza poligrafii – albo przywoływanego wyżej pracownika IBL Jana Walca, który pracę nad subtelnymi esejami przeplatał nurzaniem się po łokcie w śmierdzącej farbie drukarskiej [1]. Jakie były ich motywacje, by włączyć się w ruch, co ich w nim trzymało, co spajało w mniejsze lub większe wspólnoty, na czym polegał opozycyjny styl życia (na który składały się zarówno spotkania drukarzy z Czesławem Miłoszem, jak i suto zakrapiane imprezy)? Jak wyglądały relacje między inteligentami z redakcji a drukarzami pochodzenia robotniczego? Do tego dochodzi jeszcze stopniowalność zaangażowania w konspirę – od tych, którzy siedzieli w niej po same uszy, po osoby, które skłonne były przekraczać próg odwagi na skalę swoich możliwości, np. udostępniając piwnicę na magazyn bibuły.

***

„Rewolucja powielaczy” to publikacja pod pewnymi względami znakomicie wprowadzająca w świat drugiego obiegu lat 1976–1989. Uzmysławia, jak ogromne znaczenie miał on dla oporu przeciwko systemowi peerelowskiemu, że był wręcz jego podstawą, najważniejszą manifestacją. Wydaje mi się, że powinien po nią sięgnąć każdy, kto chciałby rozpocząć swoją przygodę z tymi właśnie dokonaniami polskiej opozycji, wciąż zbyt słabo dziś docenianymi. Jest to jednak przede wszystkim spojrzenie z perspektywy inteligentów, redaktorów, organizatorów – co samo w sobie nie jest niczym złym, stanowi bowiem zapewne świadomy i konsekwentnie realizowany wybór. Wydaje się jednak, że dla ukazania (zgodnie z deklaracjami autora) całości fenomenu drugiego obiegu powinno to zostać zrównoważone – czy raczej dopełnione – odmienną perspektywą.

Wraz z Janem Olaszkiem zaglądamy więc do konspiracyjnych lokali, gdzie rodziło się wolne słowo, i dowiadujemy się o nich ogromnie dużo; zdecydowanie jednak za rzadko odwiedzamy duszne piwnice, gdzie przybierało ono postać gęsto i często mało wyraźnie zapełnionych kartek. W książce „Rewolucja powielaczy” bardzo dużo jest zadrukowanego papieru – ale zbyt słabo czuć przy jej lekturze zapach drukarskiej farby.

 

Przypis:
[1] Jan Walc jest również autorem jednej z najciekawszych relacji na temat podziemnego drukowania – artykułu „My, wolna wałkowa” („Biuletyn Informacyjny” 1980, nr 4).

 

Książka:

Jan Olaszek, „Rewolucja powielaczy. Niezależny ruch wydawniczy w Polsce 1976–1989”, wyd. Trzecia Strona, Warszawa 2015.

SKOMENTUJ

Nr 390

(26/2016)
28 czerwca 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail