Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Komentarz nadzwyczajny > Stulecie niepodległości? OK,...

Stulecie niepodległości? OK, ale spójrzmy szerzej

Marcin Kula

Na ogół wszędzie pojawiała się idea, że niepodległość rozwiąże mnóstwo problemów. Miało być pięknie – a rzadko tak było.

Jeżeli historia ma być nauką, nie zaś artystycznym rzemiosłem i narzędziem użytecznym dla umacniania tożsamości grupy (to w lepszym wypadku), ani instrumentem polityki historycznej (to w gorszym), powinniśmy próbować uogólniać nasze ustalenia. Polska nie była jedynym krajem, który w pewnym momencie odzyskał niepodległość. Rozumiem, że „koszula bliższa ciału”, ale spójrzmy także na inne casusy, by zobaczyć, co było typowe w takim zjawisku, a co specyficzne akurat dla polskiej drogi. Inaczej mówiąc: spróbujmy spojrzeć na to, co wydarzyło się sto lat temu, w optyce socjologii historycznej.

Od schyłku XVIII wieku, tj. od kiedy ma sens mówić o zjawisku narodowym w jego współczesnej wersji, świat przeżył kilka fal uzyskiwania bądź odzyskiwania niepodległości przez różne społeczności. Stany Zjednoczone i Haiti stały się krajami niezależnymi w konsekwencji rewolucji amerykańskiej i francuskiej. Hiszpańskie kolonie w Ameryce dziś zwanej Łacińską oraz portugalska Brazylia wyzwoliły się dzięki epopei napoleońskiej. Trzecia fala przynajmniej dążenia do niepodległości, to Wiosna Ludów. Czwarta przyszła po I wojnie światowej, piąta w niedługim czasie po II wojnie, szósta w latach 60. XX wieku, siódma po rozpadzie ZSRR. Bez związku chronologicznego z owymi falami niepodległość uzyskały w różnych momentach Szwajcaria (to jeszcze wcześniej, w 1499 roku), Liberia, potem Natal, Transwal i Orania oraz, w konsekwencji, Związek Południowej Afryki, także Kanada, Związek Australijski, tudzież Wolne Państwo Irlandzkie. Niektóre z wymienionych, choć samodzielne, zachowały status dominiów brytyjskich. Do tych procesów trzeba dodać wypadki uwalniania się krajów z sytuacji mandatowych oraz emancypacji z faktycznej, nawet jeśli nie formalnej zależności.

Zasygnalizowane procesy wybijania się na niepodległość bardzo różniły się między sobą punktem wyjścia. Formy, czas i skutki podporządkowania poszczególnych krajów były odmienne – podobnie jak stosunek ich ludności do państwa dominującego. Kraje różniły się od niego dystansem cywilizacyjnym, a w tym dystansem religijnym. Zróżnicowane były drogi osiągania niepodległości – poczynając od „wrośnięcia” w nią, poprzez dochodzenie elit do porozumienia z siłą dominującą, po wojnę ludową, której uczestnicy niekoniecznie zresztą dążyli świadomie do wyraźnie zdefiniowanego celu. Stopień postulowanego i osiągniętego oddzielenia się od metropolii bywał w różnych sytuacjach odmienny. Proces dochodzenia do samodzielności mógł się radykalizować w związku ze stopniowym osiąganiem celów cząstkowych, co przesuwało wyobrażalną granicę tego, co możliwe do zdobycia.

Dochodzące do niepodległości społeczności były bardzo różne z tego punktu widzenia, niektóre może wcale wyjściowo nie ewoluowały w kierunku takich narodów, jakie znamy. W zaistniałej sytuacji naród trzeba było czasem dopiero stworzyć.

Marcin Kula

Uzyskanie bądź odzyskanie niepodległości często było powiązane z konfliktami regionalnymi bądź światowymi, które osłabiały potęgi dominujące. Kłopoty takich potęg nieraz sprawiały też, że musiały one odwołać się w potrzebie do społeczeństw uzależnionych; modyfikowało to sposób myślenia tych drugich. Na ogół kraje wyzwolone podnosiły potem własne zasługi w osiągnięciu niepodległości – które, acz często prawdziwe, niekoniecznie były jednak duże i decydujące. Mogła zaistnieć sytuacja, w której własne wysiłki były ogromne, jednakowoż samodzielnie nic nie mogły dać i niewiele dały poza piękną legendą, skądinąd też coś wartą. Na tle przywiązywania wagi do samodzielnych dokonań, w krajach świeżo wyzwolonych często pojawiał się kult armii.

Do niepodległości nieraz doprowadzały elity związane stosunkowo silnie z dotychczasową potęgą dominującą, najbliższe jej cywilizacyjnie, w niektórych systemach wręcz wpierw rządzące, bądź przejmujące dotychczasowy aparat i zasady rządzenia, czasem pragnące naśladownictwa rozwiązań rodem z metropolii. Wielokrotnie owe elity chciały dogonić cywilizację potężnych i czyniły sobie złudzenia w tym zakresie. Ambicje nadrobienia dziejowego zapóźnienia (ambicje modernizacyjne) paradoksalnie mogły jednak współwystępować z akcentowaniem własnych wartości.

W nowszych czasach taka wybiórcza modernizacja, ograniczona do techniki, jest postulatem występującym częściej niż dawniej, ze względu na zwiększoną wiedzę o światowych rozwiązaniach materialnych oraz z uwagi na globalizację gospodarki. Elity mogły akcentować wartości tradycyjne spontanicznie bądź z wyrachowania – by zyskiwać ludowe poparcie. Mogły być zresztą same zróżnicowane. Często ważną rolę w ich środowiskach odgrywali ludzie z pogranicza geograficznego lub kulturowego, także ludzie wywodzący się z narodowych diaspor czy emigranci.

Bunt w imię niepodległości mógł sprzęgać się z buntem społecznym, co mogło być związane z relacjami grup etnicznych, a co z kolei nieraz prowadziło do pytania o ustrój powstającego państwa, w tym ustrój gospodarczy. Mogło też owocować ukształtowaniem się nowego narodu, a przynajmniej umocnieniem narodu w procesie tworzenia.

Dopóki kraj był zdominowany, różne konflikty wewnętrzne i z sąsiadami mogły być zduszone. Potem jeszcze przez pewien czas mogły być hamowane przez entuzjazm odzyskania niepodległości. Z czasem jednak przychodziło pytanie, kto jest narodem, czyje ma być powstałe lub odrodzone państwo.

Marcin Kula

Odzyskane bądź uzyskane państwo na ogół kształtowano jako narodowe. Tymczasem dochodzące do niepodległości społeczności były bardzo różne z tego punktu widzenia, niektóre może wcale wyjściowo nie ewoluowały w kierunku takich narodów, jakie znamy. W zaistniałej sytuacji naród trzeba było czasem dopiero stworzyć (państwo wyprzedzało naród, stając się jego akuszerką). Uzyskanie bądź odzyskanie niepodległości często stawiało też pytanie, kto właściwie należy do tego narodu. Nie było ono szczególnie istotne, gdy dana społeczność i tak funkcjonowała w ramach innego państwa lub (i) narzucone granice przecinały mniej czy bardziej ukształtowane społeczności. W momencie uzyskania lub odzyskania niepodległości na ogół przyjmowano założenie trwania dotychczasowych granic i trwałą obecność ludzi żyjących w ich ramach. Nie wszędzie się to udawało, czasem konflikty wybuchały natychmiast. Często jednak elity prowadzące do niepodległości przyjmowały dotychczasowe podziały za naturalne, bądź też zdawały sobie sprawę, że ich naruszenie wywoła chaos nie do opanowania.

Dopóki kraj był zdominowany, różne konflikty wewnętrzne i z sąsiadami mogły być zduszone. Potem, jeszcze przez pewien czas mogły być hamowane przez entuzjazm odzyskania niepodległości. Z czasem jednak przychodziło pytanie, kto jest narodem, czyje ma być powstałe lub odrodzone państwo, a także: jakie ma mieć granice. Stawało pytanie, czy odrodzony bądź powstający naród ma obejmować jedynie grupę dominującą, podczas gdy innych winien się pozbyć, ewentualnie traktować je w lepszym wypadku jako gości, w gorszym jako niepożądanych gości, a może po prostu jako siłę roboczą. Szczególną sytuacją bywała taka, w której mało pożądaną grupą bywali rdzenni mieszkańcy danej ziemi. Nieraz wyznacznikiem „swoich” stawała się wyznawana religia. Różnice w tej kwestii mogły prowadzić do redefinicji pierwotnego projektu państwa/narodu, wręcz do wygnania bądź do migracji wielkich mas ludzi motywowanej przymusem sytuacyjnym, a skutkującej nawet utworzeniem odrębnych państw. W każdym razie „młody nacjonalizm” bywał bardzo silny, niezależnie od wyboru celów i przyjętej metody ich realizacji.

W wyzwalających się bądź tworzących się państwach na ogół szybko stawało pytanie o zagraniczne związki gospodarcze, istotne zwłaszcza w sytuacji, gdy kraj zależny także w tej sferze był związany z krajem dominującym, jak działo się najczęściej. Bardzo różnie kształtowały się postulaty i realne możliwości otwierania bądź zamknięcia gospodarki powstałego państwa; poza wszystkim te gospodarki były odmienne. Zagadnienia te były warunkowane także przez ewolucję gospodarek regionalnych i gospodarki światowej.

Proces dochodzenia do niepodległości bywał w ogóle naznaczony przez szersze prądy myślowe danych epok (oświecenie, nacjonalizm, faszyzm, komunizm, wyznawane religie). W różnych czasach i na różnych terenach inaczej kształtowało się samo pojęcie narodu, w tym pożądanego stopnia jego otwartości bądź zamkniętości, także dystansu pomiędzy różnymi grupami społecznymi, religijnymi i narodowymi. Ewoluowała kompozycja oraz stopień odrębności rozlicznych atrybutów życia narodowego (symbole, literatura, jedzenie, sport, kultura masowa). Podobnie różnie kształtował się aprobowany model państwa i jego funkcji. Nowo powstałe państwa często przyjmowały rozwiązania wypracowane daleko od nich. Sytuacja geopolityczna mogła też kierować je ku kontaktom z krajami będącymi przeciwnikami ich ciemiężycieli oraz ku czerpaniu wzorów stamtąd.

Niedawno widziałem w mojej osiedlowej cukierni „ciastko niepodległości”. Zrobiono je w kolorze białym (śmietana) i czerwonym (jakieś owoce). Na tabliczce z nazwą i ceną tej słodkości (4,80 zł) dopisano informację „100 lat”. Uważam to ciastko za dobry znak – umacniania długofalowego poczucia stabilności kraju mimo wszystkich dziejowych zawirowań i fal nienawiści.

Marcin Kula

Na ogół wszędzie pojawiała się idea, że niepodległość rozwiąże mnóstwo problemów. Miało być pięknie – a rzadko tak było. Na tym tle pojawiały się wewnętrzne konflikty w obozie zwycięskim i zmiana wyjściowego projektu, czasem także migracje różnych grup ku terenom prawdziwie, czy rzekomo atrakcyjniejszym. Jednocześnie w wielu wypadkach, z biegiem czasu, pokoleń i konfliktów, następowała wymiana elit, nacisk na elementy własnej kultury i wartości (najszybciej na język, nie wszędzie zresztą z sukcesem), dążenie do eliminacji wpływów obcych.

Powstałe lub odrodzone państwa często odwoływały się do historii jako do narzędzia legitymizacji odrębnego bytu. Rozrzut sytuacji na tym polu był ogromny – zwłaszcza, że niekoniecznie wszystkie grupy w nowym państwie chciały odwoływać się do tej samej przeszłości. Jedynym wspólnym nurtem przeszłości mogły być walki, jakie owe grupy prowadziły między sobą, lub wzajemna nienawiść. Nieraz wystawiano sobie rachunki za przeszłość. Można było zrzucać odpowiedzialność za wszystko złe, co zdarzyło w dziejach, lub za poszczególne negatywne epizody, na jedną z grup. Można było przeciwdziałać uznawaniu jakichś fragmentów przeszłości bądź ich materialnych świadectw za wspólne. Inny z powstałych krajów mógł nawet aspirować do tej samej nazwy. Mogły być grupy i państwa o wyraźnie mocniejszych i wyraźnie słabszych możliwościach wskazania własnej genezy w odległej historii. Czasem trzeba było coś wymyślić w dziejach albo odnaleźć jakichś przodków o dyskusyjnej łączności dziejowej z późniejszymi grupami. W różnym stopniu starano się zatrzeć zwłaszcza symboliczne ślady obcej dominacji. W niektórych krajach bieg czasu sprzyjał mocniejszemu stawianiu kwestii zbrodni byłych potęg dominujących i żądaniu oddania sprawiedliwości bądź przyznania jakiejś rekompensaty.

W późniejszych dziejach powstałego/odrodzonego państwa moment narodzin/odrodzenia był na ogół traktowany jako bardzo ważny. Był też śmiertelnie poważnie celebrowany – nawet jeśli rocznicowa data mogła być dosyć przypadkowa czy ustalona arbitralnie. Z czasem, w miarę stabilizacji państwa, symbole i święta narodowe bywały traktowane lżej, a obchody w większym stopniu stawały się okazją do radości.

W Polsce współczesnej – by na koniec wrócić do rocznicy, która wywołała te rozważania – odnoszenie się jest zróżnicowane. Gdy prezydent Bronisław Komorowski przedstawił publicznie orła zrobionego z czekolady (2013), wywołał tym oburzenie części opinii publicznej. Niedawno widziałem jednak w mojej osiedlowej cukierni „ciastko niepodległości”. Zrobiono je w kolorze białym (śmietana) i czerwonym (jakieś owoce). Na tabliczce z nazwą i ceną tej słodkości (4,80 zł) dopisano informację „100 lat”. Uważam to ciastko za dobry znak – umacniania długofalowego poczucia stabilności kraju mimo wszystkich dziejowych zawirowań i fal nienawiści.

Ponieważ dobrze życzę owej sieci cukierni, na wszelki wypadek nie podam jednak jej nazwy. Może wszakże, w ślad za takim ciastkiem, przyjdzie rozpatrywanie różnych wydarzeń dziejowych w proponowanej tu konwencji analitycznej, porównawczej i uogólniającej w miejsce realizacji faktycznie niepewnej swego „polityki historycznej”.

...czy możemy zatrzymać Cię na chwilę? Skoro jesteś tu z nami, mamy do Ciebie ważną prośbę.

„Kultura Liberalna” jest tygodnikiem wydawanym społecznie, to znaczy istnieje dzięki wsparciu Darczyńców. W każdy wtorek publikujemy pełnowymiarowe wydanie magazynu, wydajemy książki, organizujemy wydarzenia publiczne.

Dajemy głos ludziom rozmaitych profesji i środowisk, którzy mają do powiedzenia coś ważnego i ciekawego - niezależnie od potrzeb reklamodawców i komercyjnych wymogów. Wierzymy w pluralistyczną demokrację i rozmawiamy także z tymi, z którymi się nie zgadzamy. Bez „KL” w naszym kraju byłoby smutniej!

Przed nami kolejne cele. Aby działać stabilnie i zachować pełną niezależność, musimy znacznie poszerzyć grono osób, które wspierają nas bezpośrednimi, comiesięcznymi wpłatami. Dlatego zwracamy się do Ciebie z prośbą, abyś dołączył lub dołączyła do grona naszych comiesięcznych Darczyńców. Zajmie to tylko minutę!

SKOMENTUJ

Nr 513

(45/2018)
10 listopada 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj