Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > [Ukraina] Wojna nie...

[Ukraina] Wojna nie jest wymówką na wszystko

Filip Rudnik

Śmierć Kateryny Handziuk – oblanej żrącą substancją 31 lipca i zmarłej 4 listopada – w całej swojej złowrogiej sile ujawnia wewnętrzny problem państwa ukraińskiego, którego tym razem nie da się wytłumaczyć agresją Rosji. Problem ten może mieć swoje konsekwencje jeszcze długo po tym, kiedy działania wojenne na wschodzie – z tego lub innego powodu – ustaną.

Kim była zmarła tragicznie Handziuk? Lokalną polityczką, doradczynią mera i członkiem miejskiej rady w Chersoniu, mieście na południu Ukrainy. Z polskiego punktu widzenia zdawałoby się, że na poziomie samorządowym prawdopodobieństwo przemocy politycznej nie jest wysokie – a jednak. Mało tego, sama Handziuk już po ataku stwierdziła: „Myślę, że to tylko początek. Przemoc będzie jeszcze bardziej okrutna, ludzie będą zastraszani”.

Aktywistka nie mówiła tylko o sobie. W czerwcu dwóch nieznanych sprawców nożem zaatakowało Witalija Ustymenkę, aktywistę odeskiego Automajdanu. Trzy miesiące później, w tym samym mieście, strzelano do Olega Michajłyka, lidera lokalnego oddziału jednego z ugrupowań politycznych. Obaj przeżyli, choć to tylko wybrane przypadki z długiej listy. Handziuk tyle szczęście nie miała – zmarła po serii operacji, które musiała przejść po ataku.

Napaść na polityczkę początkowo zakwalifikowano jako „chuliganizm”, choć reakcja opinii publicznej zmusiła prokuraturę do przekwalifikowania sprawy na „usiłowanie zabójstwa” – a po śmierci na „morderstwo z premedytacją […] ze szczególnym okrucieństwem”. Po ponad trzech miesiącach od dnia ataku.

Z bohatera w łotra

Handziuk swoją lokalną działalnością szczególnie narażała się grupom prorosyjskim, a także osobom uwikłanym w korupcję. Krótko przed atakiem napisała na Facebooku post, w którym ujawniała korupcyjny układ między policją a chersońskim merostwem. Podobną działalność prowadzili i wyżej wspomniani aktywiści. Sprawę morderstwa oddano SBU, ukraińskim specsłużbom – ci zidentyfikowali i zatrzymali pięciu podejrzanych. Jeden z nich, obwołujący się zleceniodawcą, może wcale nim nie być – aresztowani w toku śledztwa nie ujawniali szczegółów procederu, co zmniejsza wiarygodność ustaleń śledczych.

Jednym z podejrzanych jest także Wołodymyr Wasianowicz, który wcześniej służył jako ochotnik w Donbasie – w korpusie skrajnie-prawicowego Prawego Sektora – oraz był uczestnikiem Euromajdanu. Wasianowicz był także bohaterem multimedialnego projektu „Peremożci” [pol. „Zwycięzcy”], opowiadającego o uczestnikach walk w strefie ATO. To bohater – i to dosłownie, bo ma order „Narodowego Bohatera Ukrainy”. Inny podejrzany, Serhij Torbin, również walczył w Donbasie.

I tutaj łamie się częsta narracja ukraińskich polityków, którzy usprawiedliwiają zamachy i przemoc polityczną, przekonując, że to znowu sięgająca głęboko kremlowska ręka była głównym sprawcą wszelkiego zła. Oczywiście, nie można nie doceniać negatywnego wpływu Moskwy na sytuację wewnętrzną Ukrainy. Z drugiej jednak strony, oskarżenie o „prorosyjskość” stało się już codziennym rytuałem, powtarzanym wszędzie i przez wszystkich, każdą siłę polityczną w każdej konfiguracji. O ile na froncie sprawa, kim jesteśmy „my”, a kim „oni”, jest jasna, o tyle już na rodzimym podwórku granice się zacierają – bo przecież wszyscy mogą pracować dla GRU. No, ale chyba bohatera walk, Wasianowicza – obrońcy między innymi donieckiego lotniska – nie można nazwać marionetką Kremla.

Nie można nie doceniać negatywnego wpływu Moskwy na sytuację wewnętrzną Ukrainy. Z drugiej jednak strony, oskarżenie o „prorosyjskość” stało się już codziennym rytuałem, powtarzanym wszędzie i przez wszystkich, każdą siłę polityczną w każdej konfiguracji.

Filip Rudnik

Byliśmy żołnierzami

W ukraińskich mediach pojawiają się także opinie, według których i weterani są podstawieni – a skorumpowani politycy chcą w ten sposób zwrócić uwagę opinii publicznej na samowolę ruchów nacjonalistycznych. Nacjonaliści stanowią przecież idealny cel: często podzieleni, niezrozumiani i nielubiani na Zachodzie. Póki śledczy nie przedstawili dowodów, być może za wcześnie na potępienie Wasianowicza i Torbina. Takie podejście ma swoje uzasadnienie, choć też można je podać w wątpliwość – większość poprzednich napaści również nie została wyjaśniona.

Śmierć Handziuk woła o pomstę. A fakt, że do tragedii mogli przyczynić się weterani walk w Donbasie, gorzko przypomina o tym, o czym zapomniano i w Kijowie, i w Warszawie – że wojna nie usprawiedliwia wszystkiego. Nie jest wymówką dla traktowania walczących na wschodzie jako obywateli wyższej kategorii. Trudno bowiem zakwestionować zasługi pułku „Azow” w odbiciu Mariupola z rąk separatystów – jeszcze trudniej jednak zaakceptować poglądy Andrija Biłeckiego, dowódcy tego oddziału, dla którego misją jest „poprowadzenie Białych Ras świata na ostateczną krucjatę po zwycięstwo”. I nie zmieni tego fakt, że Korpus Narodowy – partia powstała jako polityczne skrzydło pułku „Azow” – sprzeciwia się pomysłowi lwowskiej rady obwodowej usunięcia rzeźb lwów z polskiej części Cmentarza Łyczakowskiego.

Nie sposób też zrozumieć działania Nacionalnych Drużyn, paramilitarnej organizacji, która dobrowolnie pilnuje porządku w ukraińskich miastach, wypowiadając wojnę hazardowi oraz spożywaniu alkoholu w miejscach publicznych. „Drużyni” uciekają się też do przemocy – w czerwcu rozpędzili romski obóz w lesie w pobliżu Kijowa. Choć organizacja jest oskarżana o związki z ukraińskim MSW, zainteresowani zaprzeczają – potwierdzając te doniesienia, minister spraw wewnętrznych otwarcie przyznałby się, że kieruje niesprawnym aparatem państwowym.

Śmierć Handziuk woła o pomstę. A fakt, że do tragedii mogli przyczynić się weterani walk w Donbasie, gorzko przypomina o tym, o czym zapomniano i w Kijowie, i w Warszawie – że wojna nie usprawiedliwia wszystkiego.

Filip Rudnik

W Polsce pokutuje przeświadczenie – szczególnie u, cokolwiek by to miało znaczyć, „liberalno-lewicowej” części komentatorów – zgodnie z którym Ukrainie trzeba wiele wybaczyć i przymykać oko na te wydarzenia, właśnie z powodu wojny. Jest to podejście nieodpowiedzialne, w pewnym stopniu skażone tym samym postkolonializmem widocznym u tych, którzy w Ukraińcach widzą wyłącznie niebezpiecznych nacjonalistów. Oba stanowiska zasadzają się konstatacji, że Ukraina wciąż jest nieopierzona, niezdolna do prowadzenia w pełni demokratycznej polityki i zapewnienia bezpieczeństwa swoim mieszkańcom. Oczywiście, kiedy spoglądamy na złote kopuły Kijowa, musimy zawsze brać poprawkę na wystrzały w Donbasie. Ignorując jednak inne wydarzenia, sprawiamy, że w siłę rosną ci, których żaden rozsądny człowiek nie chciałby widzieć w roli rządzących w żadnym kraju, a szczególnie tym sąsiednim.

Można argumentować, że skrajna prawica nie jest istotnym graczem na ukraińskiej scenie politycznej – poparcie dla niej jest niewielkie, a w sondażach przedwyborczych żadne nazwisko polityka związanego z ruchami nacjonalistycznymi nie pojawia się wysoko. To prawda, choć, jak widać, ich działania wcale nie polegają na normalnej rywalizacji politycznej – stąd trudno ocenić ich realny wpływ na rzeczywistość.

Jedno jest pewne. Mylili się ci, którzy przewidywali, że prawdziwe problemy Ukrainy nastaną dopiero po wojnie – kiedy weterani wrócą do domów i, wykorzystując doświadczenie bojowe, część z nich zaangażuje się w działalność przestępczą. Niektórzy już to zrobili – i zostali wtłoczeni w brutalną, pozaprawną walkę polityczną. Odwracając się od tych kwestii – w imię dobra wspólnych relacji i tego, że Ukraina powstrzymuje agresję Moskwy – nie dostrzegamy, że mogą to być oznaki swobodnego dryfu Kijowa w kierunku przeciwnym do Europy. A na tym zależeć nam nie powinno.

SKOMENTUJ

Nr 513

(45/2018)
8 listopada 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj