Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Krasowski, czyli nieszczęścia...

Krasowski, czyli nieszczęścia cnoty. Dwugłos o „Czasie gniewu”

Wojciech Engelking

Pisząc swoją historię III Rzeczpospolitej Robert Krasowski patrzy na nią oczami realisty, oddzielającego politykę od moralności. O ile jednak w „Po południu”, pierwszym tomie trylogii, taki sposób rozumienia wydarzeń był zaskakująco świeży, o tyle w przypadku „Czasu gniewu” język Realpolitik przestaje wystarczać.

Jest u Dostojewskiego, w „Czas_Gniewu_okladkaBraciach Karamazow”, piękna i przerażająca scena, gdy świeżo rozmówiony z diabłem Iwan Fiodorowicz, chcąc ochronić niesłusznie oskarżonego o morderstwo ojca Dymitra, stara się wymóc na faktycznym zabójcy, Smierdiakowie, przyznanie się do winy. Smierdiakow zaznajomiony jest z Iwanową doktryną „wszystko wolno” i, logiczny aż do szaleństwa, stwierdza, że skoro wszystko wolno, wolno także zachować się zgodnie z nakazami etyki, powiedzieć małomiasteczkowemu sądowi, że to on zabił – w co Iwan, a wraz z nim czytelnik, nie może uwierzyć. Jeżeli wszystko jest dozwolone, dlaczego zachowywać się przyzwoicie?

Robert Krasowski mądrzejszy jest od Iwana Karamazowa o całą refleksję moralno-polityczną i historię XX stulecia. I tak jednak popełnia ten sam błąd, co autor poematu o Wielkim Inkwizytorze, za punkt honoru w spisywaniu historii III RP stawiając sobie opisywanie polityki taką, jaką jest – bez niepotrzebnej moralistyki i publicystycznego mizdrzenia do czytelnika oczekującego łatwej, tabloidowej w duchu krytyki. Opisanie w ten sposób większości bohaterów „Po południu”, prawicowych komandosów dawnej opozycji, było zaskakujące i nad wyraz świeże. Głównie ze względu na to, jak diametralnie odmienny okazał się portret solidarnościowców nakreślony przez Krasowskiego od tego, na którym nad głowami Mazowieckiego i Geremka widać aureole, umieszczone tam w ostatnich latach przez ogromną część mediów.

Czy politycy epoki duumwiratu Leszka Millera i Aleksandra Kwaśniewskiego to gracze zupełnie inni, aniżeli komandosi „Solidarności”? I tak, i nie. Zdaniem Krasowskiego, postpezetpeerowcy z jednej strony „nauczyli się nosić koronę”, która „nie spadała im z głowy co chwila”, z drugiej – tak naprawdę tylko „sprawnie udawali dojrzałych władców, lecz o rządzeniu pojęcie nadal mieli marne”. Dlaczego? Odpowiedzią byłego naczelnego „Dziennika” jest wielokrotnie przezeń podkreślana małość i intelektualna miałkość polityków. Krasowski pisze w „Czasie gniewu”: „W opowieściach polityków najbardziej uderzająca była ich umysłowa niezdarność. Mało kto z otaczającego świata rozumie tak mało jak ci, którzy uchodzą za jego władców”. W ten sposób były naczelny „Dziennika” niejako bezwiednie odtrąca tę możliwość opisu rządów SLD, która być może i została mocno skompromitowana przez użycie jej jako jednego z głównych haseł wyborczych PiS-u, ale metodologicznie mogłaby być więcej niźli użyteczna w analizie lat 1996-2005: hipotezę post-komunistycznego układu.

Dla Krasowskiego „korupcja nie miała partyjnych barw” i „nie było układu”, a „jedynie słabe państwo, które w latach 90. tak wiele energii włożyło w reformy, że kwestie porządku i zasad zostawiło na potem”. Nie oceniając patologii rządów SLD, Krasowski traktuje je jako podstawę, bazę toczącej się politycznej gry. Traktując korupcję lat 90. wyłącznie w kategoriach estetycznych (podle których Krzaklewski jest żałosnym pięknisiem, a Kołodko zadufanym w sobie bufonem) czy też w imię logiki racji stanu (podle której Jerzy Buzek to skromny, lecz nieudolny społecznik), zatraca w ten sposób swój zdrowy cynizm konserwatysty i związaną z nim ostrość spojrzenia.

Nie chodzi mi o nawoływanie, by Krasowski SLD-owców potępił, by miast z Machiavellego (choćby i w radykalnie zrepublikalizowanej wersji) zaczął czerpać inspirację z Václava Havla. Chciałbym tylko zauważyć, iż odrzucając etykę jako chociażby alternatywny trop poznawczy dla badania polityki, Krasowski jako absolutnie normalne traktuje raczej niejasne sposoby zdobywania politycznej przez takie figury, jak Jan Kulczyk czy Adam Michnik. Przyjmuje korupcyjne zachodzenie na siebie świata polityki, mediów i biznesu pod rządami SLD za bazową strukturę, w którym dopiero nastąpią mniejsze lub większe przemodelowania.

Jednak pomimo tego, że hipoteza układu jest dla Krasowskiego „intelektualnym błędem”, jest również „błędem mającym racjonalne przyczyny”. Jakie? Przede wszystkim: obserwację sposobu przejęcia postpezetpeerowskiego majątku przez SdRP, a następnie SLD. „Mechanizm bogacenia był prosty, ponieważ w tamtej epoce nikt nie miał pieniędzy, decydowały znajomości, sieć kolegów, którzy zachowali pozycję w państwie. (…) Rodzący się kapitalizm zyskał odcień wyraźnie czerwony”. Krasowski nie powiela łatwej, dominującej i w konserwatywnej, i lewicowej publicystyce ostatnich lat opinii o niekompatybilności kapitalizmu i demokracji liberalnej. Zauważa za to, iż polska lewica tamtej epoki w zwolenników kapitalizmu nie obfitowała, ale potraktowała go jako dopust boży – czy, jak kto woli, historyczną konieczność.

Polska polityka ówczesnych lat, jaka wyłania się z opisu Krasowskiego, jest chaotyczna. Problem w tym, że chaotyczny jest także jej opis. Przy zarzuceniu hipotezy układu – układu, która nie przejawiałby się we w pełni świadomym i kontrolowanym pociąganiu za sznurki politycznych marionetek, ale na Kojèviańskim wcieleniu się ducha Historii w politycznych graczy – niemożliwe staje się użycie tego modelu opisu polityki, jaki Krasowski wypracował w „Po południu”. Jaki to model? Jakkolwiek można argumentować, że pierwszy tom historii III RP był historią wielu bohaterów, dla każdego czytelnika eseju byłego naczelnego „Dziennika” jest jasne, że tak naprawdę bohater był tylko jeden – Lech Wałęsa. (Krasowski zresztą nigdy nie krył fascynacji jego osobą, czemu dał wyraz zarówno w swej poprzedniej książce, jak i w publicystycznym cyklu na łamach „Polityki”). W „Czasie gniewu” bohaterów jest co najmniej kilku – także dlatego, że o działaczach SLD „niełatwo pisać, poczucie osaczenia sprawiło, że z życia wewnętrznego partii nic nie wychodziło na zewnątrz”. Są nimi Miller i Kwaśniewski oraz Balcerowicz, a przede wszystkim – Jerzy Hausner z jego polską odmianą doktryny Trzeciej Drogi. Lecz prawdziwym bohaterem, który mógłby stać się Wałęsą „Czasu gniewu”, jest ktoś zupełnie inny, kto u władzy w latach 1996-2005 nigdy nie był (prócz krótkiego okresu zasiadania w fotelu wicemarszałka Sejmu) –Andrzej Lepper.

Lepper to postać w „Czasie gniewu” z jednej strony najwnikliwiej, a z drugiej – najbardziej pobieżnie opisana. Podobieństwo politycznego temperamentu Leppera i Wałęsy jest ogromne: obydwaj, wedle słów z „Po południu”, nie zostali dotknięci szlachecko-inteligenckim stylem uprawiania władzy, który polską politykę zepsuł. Lepper jest jedyną postacią „Czasu gniewu”, co do której Krasowski zastanawia się, czy nie użyć w jego opisie kategorii nie-nowożytnych w rozumieniu Leo Straussa, a zatem nie pomyśleć o lepperiadzie w kategoriach cnoty, akceptując „fakt, że polityka na co dzień musi być wyrachowana, cyniczna i egoistyczna, ale właśnie dlatego, że taka musi być na co dzień, czasem może być inna”. Ucieka jednak od tego pomysłu, bo jakkolwiek Leppera przychodzi po lekturze „Czasu gniewu” uznać za najważniejszą figurę epoki, to nie z racji takich akcji Samoobrony jak wysypywanie zboża czy wożenie burmistrza pewnego miasteczka taczką po rynku, to jest działań urastających do rangi synekdochy gangsterskiego sposobu uprawiania polityki w Polsce.

Nie, Lepper dla Krasowskiego jest istotny nie z powodu swoich działań, ale przez zaniechania. Po pierwsze, zaniechanie własne, czyli odmowę wejścia w jakąkolwiek koalicję, co uniemożliwiłoby mu budowanie politycznego kapitału na populistycznym haśle „My jeszcze nie rządziliśmy”. Po drugie, zaniechanie cudze, a więc przyzwolenie na istnienie Samoobrony w polskiej sferze publicznej przez tych, którym było  ono  na rękę, a więc Millerowi, Tuskowi czy Suchockiej. To podwójne zaniechanie sprawia, że Leppera, jako wyraziciela społecznego gniewu z powodu rozwarstwienia ekonomicznego końca lat 90., właściwie opisać się nie da. Po władzę i realne polityczne działanie szef Samoobrony zdecyduje się sięgnąć dopiero w 2006 r., popełniając największy błąd w swojej politycznej karierze. Jest więc dla Krasowskiego Lepper wielkim nieobecnym, a lepperiada w drugiej połowie lat 90. – przykładem na niemożliwość pojawienia się ludowego bohatera, jakim w poprzedniej epoce był Lech Wałęsa.

Mimo tych zarzutów, pozostaje „Czas gniewu” pracą naprawdę imponującą, jako analiza historii najnowszej porównywalną właściwie tylko z wywiadami z cyklu „Anatomie…” przeprowadzonymi przez samego Krasowskiego i dziejami III RP w rozmowach Andrzeja W. Nowaka. Choć należycie ostatnią książkę Krasowskiego będzie można ocenić dopiero po ukazaniu się trzeciego tomu eseistycznego cyklu, poświęconego epoce ponownych rządów prawicy, a zatem tych rządów, które umożliwił quasi-moralistyczny dyskurs proponowany przez Andrzeja Leppera.

Książka:

Robert Krasowski „Czas gniewu. Rozkwit i upadek imperium SLD”, Czerwone i Czarne, Warszawa 2014.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 277

(17/2014)
29 kwietnia 2014

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj