Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Słysząc > Nie tylko dla...

Nie tylko dla wtajemniczonych. VI Festiwal Ambientalny

Karol Aurewicz

Niespodzianek nie było. Na VI Międzynarodowy Festiwal Ambientalny złożyło się osiem wymagających, acz dających wiele w zamian koncertów.

Za szumną nazwą kryje się mikrofestiwal, który w tym roku zmieścił się w niewielkim, acz zasłużonym dla wrocławskiego życia kulturalnego Ośrodku Działań Artystycznych Firlej. Jego nazwa trafnie oddaje charakter wydarzenia. Poświęcone jest przede wszystkim ambientowi: muzyce pozbawionej wyraźnej struktury, często nawet rytmu, a budującej nastrój za pomocą dowolnych środków, głównie barwy dźwięku. Gdyby kierować się etymologią, można by określić ją jako muzykę tła lub otoczenia, nigdy jednak nie ograniczała się do takiego wykorzystania. Gatunek ten najlepiej podsumowuje wizualizacja, którą podczas swojego koncertu wyświetlał kanadyjski muzyk Loscil. Za jego plecami pojawiał się na zmianę pulsujący czarny lub biały okrąg różnej wielkości na tle spokojnej tafli wody ledwo poruszanej przez fale.

Ze względu na brak odgórnie określonej struktury i instrumentarium granice ambientu są rozmyte. Gładko przechodzi on w sąsiadujące gatunki, co oddaje nazwa Festiwalu Ambientalnego i dobór artystów. Wystąpili nie tylko twórcy ambientowi, lecz także wykonawcy gatunków pokrewnych. Niezależnie zatem od używanych środków ambientalni wykonawcy zachęcali słuchaczy do zwolnienia, wyciszenia i skupienia na dźwięku. Bo choć nazwa przewodniego gatunku sugeruje muzykę nieangażującą, budowanie tła dla innych czynności nie musi być jej jedyną funkcją. Zwłaszcza gdy świadomie ustawiamy ją na pierwszym planie percepcji, uznając za główną gwiazdę festiwalu. Wtedy też stawia odbiorcy wyższe wymagania.

Osiem twarzy skupienia

Na tegorocznej edycji wystąpiło ośmioro artystów i choć wszyscy należeli do wąskiego wycinka muzycznego spektrum, sytuowali się w jego różnych punktach. Organizatorzy potrafili postawić na jednej scenie artystów dwudziestoletnich obok tych, którzy już dwadzieścia lat parają się muzyką. Wykonawcy zostali dobrani według jednej myśli przewodniej, ale postawiono na różnorodność. Każdy mówił więc coś innego na ten sam temat.

baker official

Aidan Baker

Niestety różnie bywało z jakością wypowiedzi. Występy otwierające oba dni festiwalu, choć stylistycznie tak różne, połączyła niespójność. Obydwaj polscy soliści – Odmieniec i Lights Dim – czerpią inspiracje z wielu źródeł, nie potrafią ich jednak połączyć w całość. W efekcie dostajemy koncertowy przekładaniec: Odmieniec gra na zmianę drone i post-rocka, a Lights Dim ambient i współczesną muzykę klasyczną. Jest to granie miłe dla ucha, jeśli ktoś jest fanem tych gatunków, nie wychodzi jednak poza powtarzanie ustalonych standardów.

Jak przekonująco łączyć ambient i muzykę neoklasyczną, pokazał Hior Chronik. I choć również nie pozwolił sobie na odejście od gatunkowych wyznaczników, delikatność jego występu każe uznać go za udany. Grecki muzyk zbudował bowiem na czas swojego koncertu ulotną atmosferę, czym spełnił zadanie stawiane przed artystą ambientowym. Ta sztuka nie udała się z kolei Cétieu. Polka sprawiała wrażenie, jakby nie potrafiła zdecydować, w którą stronę skierować nastrój publiczności. Uraczyła nas więc plamami raz cieplejszego, raz zimniejszego dźwięku bez pomysłu i myśli przewodniej. Dokładnie tak wyobrażają sobie ten gatunek ludzie doń zrażeni.

Jak zachęcić do ambientu, wie za to wspomniany już Loscil – kto chce poznać nowoczesną odsłonę gatunku, powinien posłuchać jego świetnego zeszłorocznego albumu „Sea Island”. Na żywo zaprezentował trochę niższy poziom niż na ostatniej płycie – występ był „tylko” dobry. Może to kwestia rozbudzonych oczekiwań, może zmęczenia kolejną godziną spokojnego grania, nie potrafiłem jednak dostroić się do jego muzyki tak dobrze, jak przy słuchaniu albumów w domu. Niemniej jednak bezdyskusyjnymi zaletami Loscila na żywo były dźwięk – jednocześnie delikatny i chłodny – i autorskie wizualizacje. Dzięki nim był to dla mnie niemal najlepszy występ na festiwalu.

Palma pierwszeństwa przysługuje bowiem bezdyskusyjnie Aidanowi Bakerowi. Jeszcze kilka lat temu najsławniejszy bibliotekarz Kanady, a od 2009 r. pełnoetatowy muzyk na pewno jest jednym ze źródeł inspiracji chociażby dla polskiego Odmieńca. A jest się na czym wzorować, ponieważ 12 grudnia Baker wydał, według moich obliczeń, 101. solowy album. Na części z nich idzie bardziej w stronę ambientu, a w duecie z żoną, z którą występują pod nazwą Nadja, tworzy cięższą gitarową muzykę, jednak zawsze przyświeca mu jeden cel – skupienie. Ponieważ jest on zbieżny z przewodnią ideą festiwalu, nie dziwi wybór Bakera na jedną z gwiazd tegorocznej edycji. Okazał się strzałem w dziesiątkę, pozostawiając resztę wykonawców daleko w tyle.

Dopiero obejrzenie jego występu pozwala zrozumieć, jakim cudem udało mu się nagrać tyle płyt. W zasadzie każdy swój koncert mógłby wydać jako nowy album, gdyż i w studio, i na scenie jego podstawową techniką twórczą jest gitarowa improwizacja. Poza gitarą, efektami, kostką i smyczkiem nie potrzebuje wiele. Przede wszystkim uderza swoboda i lekkość, z jaką snuje dźwiękową opowieść. Kiedy skończył, miałem wrażenie, że mógłby tak całą noc, a godzinny przydział był arbitralnym ograniczeniem dźwięku płynącego bez początku i końca.

Gwiazda gwieździe nierówna

Niestety trudno o podobny entuzjazm przy ocenie głównych gwiazd festiwalu. Ulrich Schnauss już kilkanaście lat temu wypracował wyrazisty styl, który wciąż rozwija. Nie spoczął więc na laurach, a na żywo nie odtwarza szlagierów z najpopularniejszego albumu, lecz częściowo improwizuje, składając muzykę od nowa z fragmentów utworów. Dzięki temu zaprezentował się od innej strony niż na nagraniach studyjnych. Wszystkie te zalety nieznośnie ogranicza jednak podstawowe założenie jego twórczości: muzyczne primum non nocere. Schnauss ewidentnie chce tworzyć muzykę ładną – na tyle ładną, by nikogo nie zrazić. Taki też był jego wrocławski występ. Wątpię więc, by znalazł się ktoś, komu całkowicie nie przypadł on do gustu. Ale też na pewno nikogo nie olśnił.

W opozycji do Schnaussa można umieścić zamykający festiwal występ Arovane. Niemiecki muzyk nie bał się eksperymentować – i tymi eksperymentami kompletnie się pogrążył. Wygląda na to, że na swoim pierwszym występie w Polsce chciał zaprezentować przekrój całej swojej dwudziestoletniej kariery. W tym czasie ewoluował stopniowo od spokojniejszej odmiany IDM-u (intelligent dance music) do „czystego” ambientu, który prezentuje chociażby na tegorocznym albumie nagranym we współpracy z Hior Chronikiem. W godzinny koncert upchnął więc kolejno: sporo ambientu, trochę IDM-u opartego na prostym rytmie i finałową improwizację na klawiszach. Kiedy już udało mu się stworzyć atmosferę, zniszczył ją kompletnie niepasującym do niej rytmem. Zniknął on po jakimś czasie równie gwałtownie, jak się pojawił, ustępując miejsca najgorszej improwizacji, jaką miałem nieprzyjemność w życiu usłyszeć. Żonglując stylami i kapryśnie zmieniając nastrój, Arovane zachowywał się tak, jakby nie pojmował podstawowych zasad grania na żywo.

Poszczególne koncerty wypadły więc na różnym poziomie. Mimo to VI Festiwal Ambientalny zasługuje na pochwały. Przede wszystkim dlatego że istnieje – od ostatniej edycji minęły trzy lata, co sugerowało, że pomysł został porzucony na dobre. A byłaby to wielka strata, bo jest jednym z niewielu festiwali o takim profilu. Miejmy więc nadzieję, że będzie organizowany co roku. Na dłuższą metę od wrażeń z koncertów ważniejsze jest bowiem, że w ogóle doszedł on do skutku. Bez wysiłków organizatorów Ambientalnego części omawianych powyżej artystów prawdopodobnie nie zobaczylibyśmy w Polsce nigdy.

 

Festiwal:

VI Międzynarodowy Festiwal Ambientalny
Wrocław, 27–28.11.2015 r.

SKOMENTUJ

Nr 362

(50/2015)
15 grudnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail