Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Hrabia Potocki, czyli...

Hrabia Potocki, czyli książę fikcji. O nowym tłumaczeniu „Rękopisu znalezionego w Saragossie”

Tomasz Wiśniewski

Odnalezienie manuskryptów „Rękopisu znalezionego w Saragossie” uruchomiło łańcuch filologicznych sensacji. Nowy przekład oddaje lekkość i prostotę pióra hrabiego Potockiego, zapewnia lekturze językową nowoczesność i zachęca do odczytania tekstu na nowo.

Potocki_Rekopis_okladka

Można sobie tylko mgliście wyobrażać skalę badawczej ekscytacji, która w 2002 r. stała się udziałem Francuza Dominique’a Triaire, kiedy odkrył w poznańskim Archiwum Państwowym manuskrypty i kopie jednego z najbardziej tajemniczych tekstów europejskiej literatury ostatnich stuleci, czyli „Rękopisu znalezionego w Saragossie”, wraz z odręcznymi korektami genialnego autora. Ta rewelacja stała się pierwszym ogniwem łańcucha filologicznych sensacji.

Triaire i współpracujący z nim François Rosset sformułowali następującą teorię: istnieją dwie główne wersje powieści Potockiego: jedna z 1804 r., druga z 1810 r. Ostatecznie żadna nie została wydana za życia hrabiego, lecz traktuje się je jako równoprawne. Jeśli polski czytelnik przeczytał „Rękopis…” w – jedynym jak do tej pory – przekładzie Edmunda Chojeckiego, opublikowanym po raz pierwszy w 1846 r., to przeczytał apokryf. Jeśli porównamy którąkolwiek z wersji zrekonstruowanych przez Francuzów do wersji Chojeckiego, to dostrzeżemy kompilacyjny charakter tej ostatniej, liczne nieuprawnione ingerencje w tekst oryginału oraz zdecydowaną niewierność stylistyczną tłumacza. Nic pewnego zresztą nie wiemy o francuskim oryginale, z którego miał korzystać. Anna Wasilewska wysnuwa nawet hipotezę, iż Chojecki jedynie udzielił nazwiska prawdziwemu tłumaczowi, który pozostał incognito. Historia dzieła Potockiego dostarcza zagadek mogących być materiałem na jeszcze niejedną karierę akademicką. Lecz czy historia książki o losach Alphonse’a van Wordena, młodego oficera gwardii walońskiej budzącego się tylekroć między wisielcami, mogła być inna?

PHOTO: EAST NEWS/MUZEUM W LANCUCIE Portret Jana Potockiego. Autorem portretu jest Jan Chrzciciel Lampi (obraz nie jest sygnowany, ale autorstwo podawane jest jeszcze w przedwojennych inwentarzach). Obraz znajduje sie w zbiorach Muzeum w Lancucie. PORTRAIT OF JAN POTOCKI, WRITER AND ADVENTURER

Jan Chrzciciel Lampi, „Jan Potocki z piramidami” (1804)

Nowe wydanie „Rękopisu…”, które ukazało się miesiąc temu nakładem Wydawnictwa Literackiego w znakomitym opracowaniu wspomnianych wyżej francuskich specjalistów i w nowym tłumaczeniu Wasilewskiej, to późniejsza wersja z 1810 r. W warstwie fabularnej różni ją od wersji Chojeckiego przede wszystkim brak wątku Żyda Wiecznego Tułacza i znaczne przesunięcie historii geometry Velasqueza (pojawia się ona dopiero w czterdziestym piątym dniu). Niemniej odpowiedź na pytanie, co te zmiany oznaczają i jak wpływają na wymowę całej powieści, pozostawmy umysłom bardziej spekulatywnym. Wydaje się zresztą, że zmiany te, podobnie jak i wyniki badań historyków literatury, nie powinny przesłonić czytelnikom tego, co najbardziej istotne w nowej edycji „Rękopisu…”. Publikacja ta, wraz z towarzyszącym jej szumem medialnym, powinna nie tylko przypominać nam o porywającej, niemal baśniowej i nieskończenie stymulującej postaci hrabiego, latającego balonem erudyty i bywalca postępowych salonów francuskich, lecz także uchodzić za święto literatury pojętej jako sztuka opowieści i być pretekstem do refleksji nad tym, jakie możliwości tkwią w literaturze i w ogóle w ludzkiej wyobraźni.

Przekład Wasilewskiej, pozbawiony egzaltowanych i barokowych ozdobników znanych z wersji Chojeckiego, oddając lekkość i prostotę pióra hrabiego, zapewnia lekturze językową nowoczesność. Tylko elegancja zapisu zdradza, że mamy do czynienia z dziełem niedzisiejszym. Nazwisko Wasilewskiej, uznanej tłumaczki i rzeczniczki mistrzów eksperymentalnej prozy włoskiej i francuskiej – od Itala Calvina i Umberta Eco po Georges’a Pereca i Raymonda Queneau – powinno także obudzić naszą czujność i stać się sygnałem, że nie mamy do czynienia ze wznowieniem martwego klasyka i muzealnego reliktu epoki, który został pozbawiony przez czas artystycznej ostrości.

Wersja „Rękopisu…” z 1810 r., pomimo ujednoliconej fabuły w stosunku do przekładu Chojeckiego, pozostaje nadal w swojej konstrukcji tym, co Borges uczynił jednym z symboli współczesnej literatury – labiryntem (mimo że na koniec znajdujemy z niego wyjście). Rozmaitość opowieści, fantastyczny kalejdoskop postaci i nieprawdopodobnych historii, łatwość, z którą Potocki sięga po właściwie każdy z gatunków – od powiastki fantastycznej lub grozy po opowieść łotrzykowską czy romans – i z którą je przeplata, imponują i onieśmielają. Hrabia potrafi jednocześnie sprawić coś, co cechuje tylko prawdziwych magów literatury: czytelnik, choć wessany w wir fabuły, ani na chwilę nie zapomina, że obcuje z fikcją. Postaci „Rękopisu…” to istoty z papieru, parodie i kukły w teatrze marionetek, pociągane za sznurki przez genialnego kuglarza. Stąd m.in. silne wrażenie pankomizmu, które płynie z każdej strony powieści. Na przykład kabalistka Rebeka po wysłuchaniu opowieści naczelnika Cyganów o hrabim Rovellasie, historii, która urywa się w momencie, gdy poturbowany przez byka hrabia leży na ziemi, wyraża zmartwienie o jego los: jeśli do jutra naczelnik Cyganów nie dopowie historii Rovellasa, to czy ten przeżyje?

Kadr z filmu Wojciecha Hasa

Kadr z filmu Wojciecha Jerzego Hasa

Trzeba przyznać, że trudno o większego kosmopolitę w polskiej literaturze. Potocki nie zna żadnych ograniczeń tematycznych. Hierarchie bliskowschodnich istot demonicznych, muzułmańskie legendy o śpiących w jaskini, podbój Nowego Meksyku, walki byków czy XVII-wieczny spór pomiędzy medycyną jatrofizyczną a jatrochemiczną – pod jego piórem wszystko to może stać się tworzywem porywającej i zaskakującej opowieści. Podobnie jest z geografią: hrabia przekonująco umiejscawia akcję w niemal każdym zakątku Europy, nawet jeśli podaje zmyślone nazwy własne, a także z historią: Potocki tworzy arcyciekawe, skomplikowane, długie genealogie bohaterów, choć przeinacza historię powszechną. Nawet gdy zostaje przyłapany na błędzie, to nigdy nie jest jasne, czy nie popełnił go celowo. Gdy obcujemy z „Rękopisem…”, wrażenie przemyślnie wplecionych szyfrów i zakodowanych treści jest nieustanne. Przywołajmy chociażby dwa imiona bohaterów: Alphonse van Worden i Avadoro-Pandesowna – i przyjrzyjmy się im bliżej. Te kombinacje liter tworzą anagram.

Potocki wydaje się również jednym z wielkich mistrzów zawsze aktualnego absurdalnego humoru, chociaż – nie licząc wyróżnienia, którym był podziw Luisa Buñuela dla „Rękopisu…” – chyba nigdy nie jest jako taki wymieniany. Poprzestańmy na dwóch krótkich, wybornych przykładach. W „Historii wdzięcznej Gołąbki z zamku Sombre” czytamy o uwięzionej kobiecie Orlandynie, od dzieciństwa izolowanej od społeczeństwa na żądanie brodatego pana, który chciał światu dowieść, iż czystość i wierność przyszłej połowicy jest jednak możliwa. Oprócz Orlandyny w zamku Sombre mieszkała głucha guwernantka i służąca jąkała, jąkająca się tak mocno, iż uchodziła niemal za niemą, oraz ślepy odźwierny. Oddajmy głos Orlandynie: „Wprawdzie głucha guwernantka często wykrzykiwała mi do ucha jakieś nauki moralne, ale rozumiałam z nich równie mało, jak gdybym sama była głucha, gdyż mówiła o obowiązkach małżeńskich, nie tłumacząc przy tym nigdy, czym jest małżeństwo […] Często też moja służąca próbowała, jąkając się, opowiedzieć mi jakąś zabawną historię, ale nigdy nie mogła dojść do drugiego zdania, więc musiała poniechać dalszych wysiłków i odchodziła, jąkając usprawiedliwienia, które szły nie lepiej niż opowieść” (s. 158). Jak możemy z tego fragmentu odgadnąć, brodaty pan poniesie fiasko i niczego światu nie dowiedzie.

Drugi przykład to opis codziennych czynności, które przez lata powtarzał z doskonałą precyzją metodyczny Don Felipe, ojciec Pandesowny, naczelnika Cyganów: po przebudzeniu otwierał balkon wychodzący na ulicę Toledo; przez kwadrans oddychał świeżym powietrzem; następnie otwierał kolejne okno, które wychodziło na inną uliczkę, i jeśli spostrzegł kogoś, pozdrawiał go i zamykał okno; potem wychodził na msze do teatynów. „Po powrocie zastawał pokój wysprzątany przez służącą i starannie ustawiał meble na zwykłych miejscach. Przykładał do tego szczególną wagę i odkrywał zawsze najmniejsze źdźbło słomy lub pyłek kurzu, które umknęły przed miotłą służącej. Kiedy ojciec był już zadowolony z porządku w pokoju, brał cyrkiel i nożyczki, wycinał dwadzieścia cztery kawałki papieru jednakowej wielkości, napełniał je tytoniem brazylijskim i zwijał dwadzieścia cztery cygara tak równo, tak wybornie, że można je było uznać za najdoskonalsze cygara w całej Hiszpanii. Wypalał sześć tych arcydzieł, licząc dachówki pałacu książąt Alby, i następnych sześć, licząc ludzi przechodzących przez bramę Toledo, aż do chwili, gdy przynoszono obiad. Po obiedzie wypalał pozostałych dwanaście cygar, a potem wpatrywał się w zegar, dopóki nie wybiła godzina spektaklu […]” (s. 179–180). Tak mógłby wyglądać opis dnia profesora Kiena, gdyby napisał go Boris Vian.

Nowe tłumaczenie „Rękopisu…” daje nam szansę, aby ponownie spotkać się z arcydziełem Potockiego i złamać ciążące na nim przekleństwo utworu klasycznego, czyli takiego, którego nikt nie czyta.

 

Książka:

Jan Potocki, „Rękopis znaleziony w Saragossie”, przeł. Anna Wasilewska, Wydawnictwo Literackie, 2015.

SKOMENTUJ

Nr 362

(50/2015)
15 grudnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail