Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > Kończmy tę wojnę

Kończmy tę wojnę

Tomasz Sawczuk

„Kończmy tę wojnę, doprowadźmy do tego, by język, którym się posługujemy, był językiem normalnej dyskusji”, mówił w sejmie w dniu exposé Beaty Szydło Jarosław Kaczyński.

Chodziło o solidarność społeczną. Zyskać mieli wykluczeni. 500 złotych na dziecko, podatek od banków, wcześniejszy wiek emerytalny – cokolwiek myśleć o tych projektach, miały one służyć budowie wspólnoty, która wykracza poza chwilowy układ interesów. Tym żyliśmy w kampanii wyborczej.

Wszyscy mówią: kocham demokrację

W praktyce wyszło inaczej. Nawet projekty ustaw, które miały służyć budowaniu solidarności społecznej, stały się źródłem fundamentalnych podziałów politycznych. „Wspólnota skonsolidowana poprzez solidarność” z sejmowego przemówienia Jarosława Kaczyńskiego gdzieś wyparowała. Okazała się też niemożliwa do osiągnięcia bez otwartego podporządkowania jak największej liczby instytucji państwa, najwyraźniej zewnętrznych wobec owej wspólnoty.

PiS deklaruje, że nie jest wrogiem demokracji, a jego legitymacją jest wygrana w wyborach. Jak wynika z wypowiedzi polityków tej partii, wierzą oni jedynie, że odziedziczony po poprzednich rządach układ instytucji uniemożliwia przeprowadzenie realizowanego w imię demokracji programu. Partii tej bliskie jest sprowadzanie „demokracji” do jej dosłownego znaczenia: „rządów ludu”, przy czym poprzednie rządy na ogół nie wyrażały woli ludu, lecz raczej wolę elit.

Opozycja niemal całkowicie pomija ten wątek autentycznego sprzeciwu wobec dotychczasowego porządku symbolicznego III RP – czym w oczach PiS-u tylko potwierdza jego diagnozę. Skupia się za to na krytyce naruszania procedur, bez których przestrzegania demokracja stanie się jej zdaniem fasadą. Tymczasem w oczach PiS-u demokracja kierująca się procedurami, lecz służąca głównie elitom, to żadna demokracja.

Powrót anarchii. Z czego chcemy być dumni?

Gra nie toczy się więc o to, czy w Polsce dalej będzie demokracja, ale o to, na czym polegać będzie w następnych latach duma z przynależności do naszej wspólnoty politycznej. Jeżeli dotychczasowe paliwo polityczne się wyczerpało – a zmiany na scenie partyjnej i porażka staroświeckiej retoryki Bronisława Komorowskiego są tego dobrymi dowodami – jakie paliwo powinno je zastąpić? Oto pytanie do obecnej władzy.

Czy może temu służyć osłabienie kolejnych instytucji i uzależnienie ich od rządu? Podporządkowanie sobie Trybunału Konstytucyjnego lub likwidacja służby cywilnej, zapewniającej trwałość działania administracji? Czy rzeczywiście PiS może uznać to za trwałe dziedzictwo, z którego dumni powinni być Polacy?

Opozycja niemal całkowicie pomija wątek autentycznego sprzeciwu wobec dotychczasowego porządku symbolicznego III RP.

Tomasz Sawczuk

PiS może trafnie dostrzegać rozmaite problemy trawiące III RP i nie cofać się przed definiowaniem ich językiem polityki. Działania tej partii wskazują przykładowo, że nie uznaje ona możliwości istnienia instytucji niepolitycznych, włącznie z sądownictwem. W optyce rządu przekonanie o niepolityczności pewnych instytucji służy w praktyce skrywaniu realnych konfliktów społecznych i politycznych, na których zyskują określone uprzywilejowane grupy. Także samo stosowanie prawa nie jest czynnością automatyczną i bezstronną, lecz ma aspekt polityczny. W konsekwencji należałoby ujawnić polityczne fundamenty struktur III RP i stojące za nimi interesy.

Nie jest to teza, którą można by po prostu zdezawuować – wsparłoby ją wielu XX-wiecznych filozofów polityki, którym poglądami bardzo daleko do prawicy.

Obraz taki mógłby sprzyjać reformie państwa i budowie bardziej sprawiedliwych stosunków społecznych. Jednak nawet jeśli przyjąć polityczny wymiar wszelkich instytucji oraz interpretacji prawa, kontrola nad nimi nie powinna być kumulowana w jednym ośrodku decyzyjnym, lecz zostać rozproszona w imię postulatu podziału i równowagi władz. Tymczasem PiS wiele mówi o wrogich siłach „uniemożliwiających” mu sprawowanie władzy, ale bardzo niewiele o receptach na diagnozowane problemy.

W konsekwencji mamy rząd, który demontuje państwo i nie proponuje wiele w zamian, i opozycję radośnie zarzucającą mu wszystko co najgorsze – oto obrazek rodem z najlepszych polskich tradycji szlacheckiego anarchizmu. Walcząc z instytucjonalną słabością Polski, PiS w praktyce nieco mimowolnie produkuje system słaby, skarlały, niepewny i niestabilny. Przejęcie instytucji przez rząd niczego nie naprawi, nie będzie bowiem przejęciem ich przez partię Jarosława Kaczyńskiego, ale także przez każdą następną władzę.

To zatem ironia losu, jak wiele nowy rząd mówi o wielkich celach, o konieczności całościowego przekształcenia III RP, a jak słabo radzi sobie równocześnie z perspektywą systemową.

Zamiast happy endu

W miejsce większej solidarności narasta konflikt społeczny. Państwo nie jest odnawiane, lecz staje się coraz słabsze. Starych ludzi zastąpią ludzie nowi, ale instytucje coraz rzadziej kierować się będą regułami merytokracji, a lojalność nowo wybranych kadr także stoi pod znakiem zapytania. Będzie też coraz mniej powodów, by ufać zarówno państwu, jak i sobie nawzajem. Efekty okazują się przeciwne do zamierzonych – i to nie tylko na arenie wewnętrznej, ale i zewnętrznej, o czym pisał ostatnio w „Rzeczpospolitej” Jarosław Kuisz.

To wielka szkoda, że zamiast pójść krok dalej niż dotąd i aspirować do współtworzenia awangardy wyobraźni polityczno-instytucjonalnej świata zachodniego, znów musimy tracić siły i czas na to, by chuchać i dmuchać na samo liberalne minimum. A kolejnych punktów spornych będzie wiele. Jednym z nich stanie się zapewne zmiana ordynacji wyborczej, którą zapowiadał już PiS.

Walcząc z instytucjonalną słabością Polski, PiS w praktyce nieco mimowolnie produkuje system słaby, skarlały, niepewny i niestabilny.

Tomasz Sawczuk

Z pewnością warto unikać demonizowania politycznych przeciwników – po obu stronach stoją zazwyczaj zwykli ludzie, którzy mają dobre intencje. Tym bardziej trudno zaakceptować, aby kolejne cztery lata rządów PiS-u miały upłynąć pod znakiem wzajemnej pogardy. Polska nie stanie się od tego lepsza.

Podział przebiega jednak bardzo głęboko. Co mogliby uczynić tacy „oligarchowie” jak sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, aby przestać być w oczach PiS-u oligarchami i równocześnie dalej współtworzyć polską demokrację? Jakie mogłoby być wyjście?

„Kończmy tę wojnę, doprowadźmy do tego, by język, którym się posługujemy, był językiem normalnej dyskusji. To apel do wszystkich klubów, także mojego, ja to wiem, ale apeluję, by z tym skończyć”, mówił w sejmie w dniu exposé Beaty Szydło Jarosław Kaczyński.

Apel pozostał bez odzewu. Zapomniał o nim chyba także sam lider PiS-u.

SKOMENTUJ

Nr 362

(50/2015)
18 grudnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj