Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > Jak „Newsweek” pomaga...

Jak „Newsweek” pomaga PiS-owi

Łukasz Pawłowski

Największy problem z tymi polskimi dziennikarzami, którzy przyznają sobie rolę liderów antyrządowej krucjaty, polega na tym, że – choć deklarują się jako najtwardsi przeciwnicy PiS-u – w rzeczywistości nie chcą z nim wygrać.

Pierwszym krokiem do wygranej powinna być bowiem przynajmniej próba analizy rzeczywistości politycznej i społecznej. Analizy pozwalającej zrozumieć, dlaczego niemal 38 procent wyborców oddało głos właśnie na partię rządzącą. Dopiero wtedy – rozumiejąc motywację – będzie można zaproponować im alternatywę, która na te odkryte potrzeby odpowie, a jednocześnie nie będzie się wiązała z demolowaniem Konstytucji, kuriozalnymi decyzjami w polityce zagranicznej, podważaniem niezależności sądownictwa czy arbitralnym uznawaniem, który Polak jest „prawdziwy”, a który to zdrajca. Proste? Niekoniecznie.

„Pranie opinii społecznej”

Wśród antyrządowych jastrzębi dominuje logika odwrotna – najpierw należy ludziom powiedzieć, co tak „naprawdę” się stało i wciąż się dzieje, a następnie nieprzekonanych do tej wersji rzeczywistości na siłę przekonać. Dobrze oddała to w niedawnym wywiadzie dla portalu Jagielloński24 prof. Anna Giza-Poleszczuk, opisując mechanizm „prania opinii społecznych”.

„Polega na tym, że sami kreujemy dyskurs publiczny, narzucając określone etykiety, by potem wmówić ludziom, że tak właśnie myślą. Analizowaliśmy to z grupą współpracowników dla roku 2009, gdy obchodziliśmy 20. rocznicę okrągłego stołu. W mediach jedna strona mówiła wówczas o «umowie społecznej», druga o «zmowie elit». W samym środku tej medialnej burzy CBOS zadał pytanie obywatelom: «Czy Pani/Pana zadaniem okrągły stół był: (a) umową społeczną; (b) zmową elit?”. To nazywam mechanizmem «prania opinii społecznej». Najpierw kreujemy narrację, potem ją nagłaśniamy, a potem wmawiamy ludziom, że to są ich własne opinie”.

Tu potrzebne jest jednak pewne dopowiedzenie, ponieważ ten fragment rozmowy dotyczył pracy socjologów, a nie polityków i publicystów. Oczywiście nie jest tak, że w społeczeństwie panują jakieś trwałe, niezmienne opinie, które ludzie „mają”, a zadaniem na przykład polityka jest ich bierne odczytywanie i reagowanie na nie. To proces wielostronny. Nastroje i opinie społeczne ucierają się w nieustannej wymianie zdań między politykami, mediami czy właśnie szeroko rozumianymi elitami – muzykami, pisarzami, intelektualistami – a społeczeństwem. I trudno niekiedy stwierdzić, czy na przykład polityk dobrze odczytał opinię społeczną w danej sprawie, ukształtował ją, czy też – jak twierdzi Giza-Poleszczuk – „wyprał”.

Przykład? Polska liberalna i Polska solidarna, czyli słynny podział, który pomógł PiS-owi w wyborczym zwycięstwie przed trzynastoma laty. Tworząc tę dychotomię, politycy PiS-u dobrze uchwycili nastroje panujące w części społeczeństwa, ale jednocześnie wmówili społeczeństwu, że dzieli się na właśnie takie grupy. Inną formą takiego dzielenia były słynne „mohery” Donalda Tuska, którym były premier w domyśle przeciwstawiał Polaków otwartych, proeuropejskich i nowoczesnych.

Nie możemy więc powiedzieć, że zadaniem elit – w tym elit politycznych – jest jedynie badanie społecznego tętna, a następnie dostosowywanie przekazu do uzyskanego wyniku. Elity mogą również na owo tętno wpływać. I często to robią. Kłopot zaczyna się wtedy, gdy przekaz idący – umownie – „z góry”, jest tak oderwany od opinii społecznych, że albo zostaje zignorowany, albo wywołuje skutek odwrotny od zamierzonego. A jeśli już do kogoś trafia, to wyłącznie do grupy już przekonanych.

Contrasi, neutralsi, symetryści

I właśnie tak jest w przypadku wielu antyrządowych jastrzębi. Ikoną tej grupy jest bezapelacyjnie Tomasz Lis, który nieustannie tropi odchylenia od jedynie słusznego nurtu w antyrządowym froncie, zgodnie z którym dziś Polacy dzielą się wyłącznie na dwie grupy: tych, którzy chcą rząd PiS-u obalić, i tych, którzy go popierają. W żadnej z tych grup nie ma miejsca na jakiekolwiek zróżnicowanie. Dotyczy to przede wszystkim osób wobec partii rządzącej krytycznych.

I tak, przed dwoma laty, Lis dzielił tych Polaków na „contrasów” i „neutralsów”. Ta pierwsza grupa bezwzględnie krytykuje wszelkie działania władzy. Grupa druga, nawet jeśli PiS-u nie popiera, to znajduje zrozumienie dla niektórych działań partii i przyczyn jej popularności. Zdaniem Lisa członkowie tej grupy robią to jednak nie z autentycznej chęci zrozumienia, ale we własnym interesie, po to, by władza dała im „immunitet od propagandowego pałowania”.

Dwa lata później – po sondażowych sukcesach i porażkach PiS-u, po implozji Nowoczesnej, po mniej i bardziej udanych protestach społecznych, po przetasowaniach w rządzie, po konfliktach w samym PiS-ie i na linii partia–prezydent, wreszcie po stopniowym odrodzeniu SLD – diagnoza naczelnego „Newsweeka”… nie zmieniła się ani na jotę. Jedyna różnica polega na tym, że dziś miejsce „neutralsów” i „contrasów” zajęli „symetryści” i „antysymetryści”. Ci pierwsi to użyteczni idioci PiS-u z tego prostego względu, że krytycznie odnoszą się nie tylko do propozycji partii, ale i opozycji. I – co najgorsze – dostrzegają, że niektóre działania rządu cieszą się autentycznym społecznym poparciem lub nawet oceniają je pozytywnie.

Zdaniem Lisa to niedopuszczalne, bo to, co PiS zrobiło z Konstytucją i sądownictwem dyskwalifikuje tę partię „absolutnie i ostatecznie”. Przecież nawet „Hitler, zachowując wszystkie proporcje, zabił wprawdzie miliony ludzi, ale zlikwidował bezrobocie i poradził sobie z inflacją”. Czy to znaczy, że można go usprawiedliwiać? Lis zaznacza oczywiście, że Kaczyńskiego do Hitlera nie porównuje, ale z jakichś względów właśnie tego porównania musiał użyć.

Dalej porównuje zresztą swoich wyimaginowanych „symetrystów” do członków PAX-u i PRON-u w czasach PRL, a następnie tłumaczy, że – jak niegdysiejsi „neutralsi” – „symetryści” są, jacy są, ze względów koniunkturalnych: bronią swoich programów telewizyjnych, radiowych czy szeroko rozumianych interesów, które inaczej władza by ukróciła. Żadnych przykładów tego, w jakim konkretnie przypadku takie qui pro quo zachodzi, autor niestety nie podaje. To zresztą cecha charakterystyczna publicystyki naczelnego „Newsweeka”. Jak pisał w recenzji zbioru felietonów Lisa Tomasz Sawczuk, jego „teksty są ubogie w fakty, oparte głównie na ogólnych odczuciach, nierzadko niechlujnie napisane, nie widać w nich starannej pracy ani wysiłku analitycznego. […] Chociaż Lis poświęca prezesowi PiS-u tak wiele miejsca, z jego książki nie dowiemy się, dlaczego właściwie partia Kaczyńskiego przejęła władzę, ani w ogóle nie dowiemy się, co z tą Polską”. Najnowszy wstępniak Lisa nie odbiega od tej normy.

Tym gorzej dla faktów…

Tomasz Lis może oczywiście wierzyć, w co chce. Problem jednak w tym, że naczelny „Newsweeka” rzekomo pisze swoje felietony nie dla czystej przyjemności, ale po to, by odsunąć PiS od władzy. Tymczasem każdy, kto w serwowane przez Lisa diagnozy uwierzy, na osiągnięcie tego celu szanse ma niewielkie. I to właśnie próbują tłumaczyć tak demonizowani „symetryści”. Nie chodzi o to, by twierdzić, że PiS i PO to „jedno zło”, ale by pokazać, że na samym krytykowaniu PiS-u i to jeszcze w formie tak topornej, jak robi to Lis, daleko się nie zajedzie.

Co ciekawe, ta teza – w odróżnieniu od opinii naczelnego „Newsweeka” – ma oparcie w danych. W niedawnym sondażu CBOS zapytał Polaków o to, dlaczego głosują na poszczególne ugrupowania. Wyborcy PiS-u swoje poparcie dla tej partii motywowali tym, że „dobrze i sprawiedliwie rządzi”, „dba o los zwykłych obywateli” i „wyprowadza Polskę z biedy”. „Wartości katolickie”, „prawicowość” czy „zmiany w sądach” miały dla tych ludzi znaczenie marginalne. Trudno uwierzyć, by porównania Kaczyńskiego do Hitlera – nawet zawoalowane – przekonały ich do zmiany zdania.

Jeszcze ciekawsze wyniki sondaż CBOS-u przynosi jednak wśród wyborców Platformy Obywatelskiej. Tu głównym czynnikiem jednoczącym jest nie program (ledwie 4 procent wskazań), ale chęć odsunięcia PiS-u od władzy (22 procent wskazań). Dlaczego to źle? Po pierwsze, wyborca, który chce przede wszystkim odsunięcia PiS-u od władzy, nie musi być lojalny wobec PO. Jeśli za jakiś czas największe szanse na pokonanie partii Kaczyńskiego będzie miała nie Platforma, ale jakakolwiek inna partia, to właśnie tam powędruje . Po drugie, jeśli czynnikiem jednoczącym wyborców danego ugrupowania jest niechęć do PiS-u i jej lidera, to staje się ono od PiS-u całkowicie zależne. Każde ocieplenie wizerunku rządu, zmiana personalna czy decyzja łagodząca napięcia społeczne może wywołać spadek motywacji do głosowania przeciwko obecnej władzy.

A właśnie motywacja jest tu kluczowa – Jarosław Kaczyński jako jeden z pierwszych w polskiej polityce zrozumiał, że wyborów nie wygrywa się głosami większości społeczeństwa, ale głosami najbardziej zmobilizowanej mniejszości. Nawet jednak w przypadku PiS-u ta mniejszość nie składała się wyłącznie z przeciwników „układu” czy sympatyków Antoniego Macierewicza i jego teorii. Aby wygrać, Prawo i Sprawiedliwość musiało przyciągnąć część wyborców innych partii. Ale dziś, przy poparciu na poziomie 35 procent, nie musi specjalnie poszerzać swojej bazy wyborczej – wystarczy, że zmniejszy liczbę tych, którzy chcą zagłosować na inne duże partie.

Platforma skoncentrowana jedynie na krytyce rządu i ludzie tacy jak Tomasz Lis, pilnujący czy owa krytyka jest dostatecznie krytyczna, bardzo PiS-owi pomagają. Sprawiają bowiem, że rywalizacja z partią rządzącą staje się wojną na przeczekanie, trwaniem w nadziei na to, że Prawo i Sprawiedliwość w końcu wywróci się samo lub pojawi się nowa partia, która – wbrew zaleceniom Lisa – zaproponuje wyborcom coś więcej niż porównania Kaczyńskiego do Hitlera i zatriumfuje w sondażach. Co wtedy zrobi Tomasz Lis? Poprze ów projekt, przekonując, że to skutek niezłomnej postawy jego i jemu podobnych publicystów.

Jednego Tomaszowi Lisowi nie można odmówić – walczy. Kłopot jednak w tym, że nie na tym froncie co trzeba i nie z tym co trzeba przeciwnikiem.

 

Fot. P. Tracz, Kancelaria Premiera, Uroczystość zaprzysiężenia rządu.

Skoro tu jesteś...

...mamy do Ciebie małą prośbę. Żyjemy w dobie poważnych zagrożeń dla pluralizmu polskich mediów. W Kulturze Liberalnej jesteśmy przekonani, że każdy zasługuje na bezpłatny dostęp do najwyższej jakości dziennikarstwa

Każdy i każda z nas ma prawo do dobrych mediów. Warto na nie wydać nawet drobną kwotę. Nawet jeśli przeznaczysz na naszą działalność 10 złotych miesięcznie, to jeśli podobnie zrobią inni, wspólnie zapewnimy działanie portalowi, który broni wolności, praworządności i różnorodności.

Prosimy Cię, abyś tworzył lub tworzyła Kulturę Liberalną z nami. Dołącz do grona naszych Darczyńców!

SKOMENTUJ

Nr 490

(22/2018)
29 maja 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj