Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Zwyczajna wrażliwość. Recenzja...

Zwyczajna wrażliwość. Recenzja filmu „Mów mi Marianna” Karoliny Bielawskiej

Mateusz Góra

„Mów mi Marianna” to pierwszy polski film poświęcony transseksualnej bohaterce. Otwiera tym samym w naszym kinie debatę o grupie społecznie niewidzianej i odrzuconej. Reżyserka nie skupia się jednak na mechanizmach wykluczenia, ale na jednostkowej historii, w której marzeniem jest zwyczajność.

Pusta teatralna scena, z deskami wytartymi od setek przedstawień i kurtyną zwiastującą nieuchronny koniec, to przestrzeń, którą wybrała Karolina Bielawska, żeby rozpocząć opowieść o Mariannie. Ta inicjalna wizja, przywołująca symbolikę „teatru życia” (cieszącą się popularnością wśród twórców filmowych podejmujących wątki transgenderowe), stanowi równocześnie jasną deklarację struktury samego dokumentu. Za pomocą ujęć przedstawiających Mariannę, która tłumaczy aktorom, jak żył kiedyś „on” – bohater sztuki, ale przede wszystkim mężczyzna, w którego ciele była uwięziona – Bielawska podkreśla wewnętrzne rozdarcie swojej bohaterki. I nieustannie stawia pytanie o to, jaka jest cena bycia sobą i czy właściwie możemy być tak naprawdę sobą. Może tylko wymieniamy maski, za którymi kryje się Gombrowiczowskie wielkie „nic”?

Więźniowie roli

 Marianna w swoich scenicznych zwierzeniach, objaśniających scenariusz powstającego w rzeczywistości spektaklu opartego na jej losach, szczegółowo opowiada o kolejnych trudnych decyzjach, które podejmowała, gdy była jeszcze „nim”. Obecnie jest niewyróżniającą się z tłumu kobietą w średnim wieku. W codziennym życiu, które stanowi drugą, bardziej rozbudowaną oś narracyjną dokumentu Bielawskiej, Marianna prawie nigdy nie wspomina wprost swojej historii. W tych retrospektywnych względem przygotowań do spektaklu ujęciach jest całkowicie skoncentrowana na tym, żeby stać się kobietą. Tytułowa prośba powraca jak mantra wyznaczająca jej główny cel: osiągnięcie stanu, w którym nikt na ulicy „się nie domyśli”. Ceną przemiany jest konieczność bezwzględnego podążania wybraną ścieżką. Marianna nie może sobie pozwolić nawet na odrobinę wahania po tym, jak była zmuszona odejść od rodziny, mieszkać przez jakiś czas w samochodzie, budować swoje życie zupełnie od nowa. Słowa Andrzeja Wajdy (wykorzystane w zwiastunie), który stwierdził, że jest to film pokazujący „wolność jako największą wartość”, rzeczywiście dobrze opisują ten obraz, ale warto spojrzeć na to głębiej. Rodzące się u widzów współczucie i przekonanie o słuszności decyzji Marianny są nieustannie poddawane przez Bielawską próbie. Czy bohaterka postępuje właściwie, kiedy sugeruje swojej przyjaciółce, która czuje się mężczyzną, że po operacji w końcu będą mogły ucinać sobie babskie pogawędki? Czy potrafi z empatią spojrzeć na kogoś w podobnej sytuacji, chociaż sama tyle wycierpiała?

Marianna_still_03

Historia Marianny nie opowiada wyłącznie o życiu transseksualnej kobiety, ale także o tym, że rzeczywistość nigdy nie jest tak prosta, jak w powstających ostatnio coraz częściej hollywoodzkich biografiach osób LGBT, jak np. „Gra tajemnic” Mortena Tylduma czy „Dziewczyna z portretu” Toma Hoopera. Spojrzenie Bielawskiej charakteryzuje się o wiele większą wnikliwością. Jej bohaterka, podążając za swoim pragnieniem, staje się bowiem postacią nie tylko tragiczną, opuszczoną, lecz także zmuszoną do walki, do egoizmu i wyuczenia się mechanicznego odpowiadania na kolejne ciosy. Nie chce stanąć na piedestale ani być symbolem społecznego postępu, nie widzi siebie w roli działaczki, ma konserwatywne poglądy i w żadnym momencie nie podważa binarnego podziału na płcie. Wręcz przeciwnie – stara się być kobieca bardziej niż większość kobiet. Nie ma w tym jednak nic ironicznego (jak w kampowej postawie drag queen) ani tym bardziej żałosnego (jak pewnie wielu mogłoby sądzić). W jej postaci odbija się za to bardzo ludzka potrzeba bycia szczęśliwym.

Wydaje się, że bohaterka postrzega wiele sytuacji w naiwny sposób i często ucieka w świat uproszczonych wyobrażeń. Choć pragnienie, by wybrać się ze swoim partnerem Andrzejem do kościoła, wydaje się zupełnie odrealnione w jej sytuacji, można je przecież interpretować jako prawdziwie transgresyjne. Marianna bez zbędnej egzaltacji pomału burzy kolejne mury społecznych podziałów, wskazując, że nie chodzi tu o lewicowe i prawicowe poglądy, o liberalny i konserwatywny światopogląd, o esencjalne i antyesencjalne spojrzenie na tożsamość płciową i orientację seksualną, ale o możliwość bycia sobą. To właśnie uświadamia widzom bohaterka, chociaż sama nie może zrezygnować z ekstremalnie kobiecej roli, w którą weszła. W jej przypadku idealnie wypełnia się myśl Ervinga Goffmana z klasycznej już książki o teatrze życia codziennego, mówiąca o tym, że nigdy nie możemy pozbyć się do końca którejś z masek przyjmowanych w życiu społecznym. Marianna powiela więc wszelkie stereotypy dotyczące kobiecości i stara się udowodnić swoją pełną przynależność do tej właśnie płci. Jej sytuacja w najbardziej jaskrawy sposób obrazuje egzystencjalne położenie każdego z nas, uwikłanego w różne ideologie, przed którymi nie ma ucieczki – jak powiedziałby zapewne Louis Althusser – innej niż tylko w kolejną.

We własnym imieniu 

Bielawska była świadoma, że pokazanie złożoności sytuacji, w której znalazła się Marianna, wymaga całkowitego oddania jej głosu, także na poziomie formy. Reżyserka w wywiadach wspomina, że zaskoczyło ją, jak bardzo nietolerancyjna okazuje się dla jej bohaterki Polska i jak często Marianna musi upominać się o swoją godność. Ostatecznie wydaje się jednak, że Bielawska postanowiła nie zarysowywać tak mocno kontekstu społecznego, przenosząc się po części do świata, który stworzyła sobie Marianna, żeby znieść nieustanne trudności. To świat, w którym szczególnie widoczne stają się klisze dotyczące kobiecości, np. beztroska jazda na lodowisku i swobodny bieg po plaży w rytm romantycznej muzyki. Bielawska nie stara się tonować ani kontrapunktować idealistycznego, nieco melodramatycznego i momentami kiczowatego rejestru swojego filmu. Pozwala on jeszcze silniej zrozumieć sytuację bohaterki, jej marzenia i cele, które rozmywają się jednak w scenach próby stolikowej w teatrze, spotkania z byłą żoną albo telefonu do rodziców. Te chwilowe zderzenia z przeszłością i poczuciem odrzucenia ze strony najbliższych pozwalają widzowi na zajęcie krytycznego stanowiska wobec idyllicznej wizji własnego życia, w którą czasem ucieka bohaterka.

Marianna_still_06

Tym samym „Mów mi Marianna” staje się pomostem między dokumentem Marcusa Lindeena „Rozczarowani” (2010) a filmem Franka Piersona „Dziewczyna żołnierza” (2003), czyli dwoma różnymi od siebie sposobami opowiadania o transseksualizmie. „Rozczarowani” to dokument, którego dwaj bohaterowie także spotykają się na scenie, żeby opowiedzieć historię swojej korekty płci i późniejszej decyzji o powrocie do bycia mężczyzną. Ta skomplikowana podwójna zmiana jest dla Lindeena okazją do zderzenia ze sobą światopoglądów. Jeden z bohaterów przyjmuje queerowe założenie, że jego płeć jest płynna, podczas gdy drugi – podobnie jak Marianna – opowiada się za jasnym podziałem na etap bycia kobietą i mężczyzną. „Dziewczyna żołnierza” to z kolei oparta na faktach opowieść o transseksualnej dziewczynie i jej tragicznym w skutkach romansie z wojskowym. Dokument Bielawskiej łączy z filmem Piersona przedstawienie kobiecości jako zespołu pewnych odniesień kulturowych i oczekiwań społecznych, którym muszą sprostać bohaterki. Obie dążą równocześnie do tego, żeby postrzegano je jako atrakcyjne i, co dla nich najważniejsze, mieszczące się w ramach norm społecznych (co ostatecznie okazuje się niewyobrażalnie trudne).

Empatyczne spojrzenie

Karolina Bielawska spojrzała na swoją bohaterkę bez jakichkolwiek uprzedzeń i założeń. Nie próbuje szokować ani wybić się za sprawą kontrowersyjnego tematu, nie kieruje ostrza krytyki wprost na społeczeństwo. Historia transseksualnej Marianny ma charakter niezwykle jednostkowy, wręcz intymny, ale mimo to zmusza do zastanowienia się, dlaczego musiała tyle wycierpieć. Jej postać stanowi soczewkę, w której skupiają się wady naszego społeczeństwa – zamknięcie na inność i brak akceptacji. Z drugiej strony to po prostu wzruszająca historia. Nic dziwnego, że nie tylko zdobyła wiele nagród na festiwalach, lecz także w końcu udało jej się trafić do dystrybucji kinowej, co wciąż jest rzadką praktyką w przypadku dokumentów, niecieszących się wystarczającą popularnością wśród widowni. Można się sprzeczać, czy widzowie mający zupełnie odmienną perspektywę zdolni będą do tak daleko posuniętej empatii, żeby poczuć dokładnie to, co przeżyła Marianna. Nagrody publiczności, które film otrzymał w Ińsku i Krakowie, pozwalają wierzyć, że to możliwe, zapewne dzięki ludzkiemu, humanistycznemu spojrzeniu Bielawskiej, które przedstawia Mariannę nie jako intelektualistkę i wojowniczkę o prawa osób LGBT ani jako osobę chorą czy nieszczęśliwą, ale po prostu jako człowieka, z wadami i zaletami.

 

Film:

„Mów mi Marianna”, reż. Karolina Bielawska, Polska 2015.

 

Marianna_still_02

 

 

Trailer:

SKOMENTUJ

Nr 369

(5/2016)
2 lutego 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj