Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Patrząc > Powrót zza grobu...

Powrót zza grobu albo co wy wiecie o Indianach? Recenzja filmu „Zjawa” Alejandro Gonzáleza Iñárritu

Tomasz Basiuk

„Zjawa” Alejandro Gonzáleza Iñárritu to nie tylko opowieść o niesłychanej sile przetrwania kierowanej pragnieniem zemsty. To przede wszystkim obraz, w którym ścierają się uprzedzenia o charakterze rasowym i etnicznym, fundamentalne konflikty współczesnej Ameryki.

Tekst zawiera spoilery – informacja dla czytelników, którzy nie widzieli filmu

Akcja najnowszego filmu Meksykanina Alejandro Gonzáleza Iñárritu rozgrywa się na pograniczu Stanów Zjednoczonych i Kanady, ale nakręcono go w Argentynie, Kanadzie, Meksyku i Stanach Zjednoczonych. Ten panamerykański rozmach ma bezpośredni związek z tematyką obrazu przedstawiającego wycinek wielosetletniej historii kontaktów między pierwszymi Amerykanami, których potocznie – i mylnie – nazywa się Indianami, a ludnością napływową z Europy.

Liczbę pierwszych Amerykanów w obu Amerykach pod koniec epoki prekolumbijskiej szacuje się nawet na sto milionów, chociaż precyzyjna liczba nie jest znana. Nie wiadomo też dokładnie, ilu Indian mieszka dziś w obu Amerykach, choć jasne jest, że ich populacja zmniejszyła się wielokrotnie, głównie z powodu epidemii wywołanych przybyciem Europejczyków oraz długotrwałych prześladowań. W Stanach Zjednoczonych pierwsi Amerykanie stanowią dziś około 2 proc. populacji (oficjalnie zarejestrowanych jest około dwóch milionów, dodatkowo ponad drugie tyle określa się mianem rdzennych Amerykanów w spisie ludności), co piąty mieszka w rezerwacie. Te liczby nie mają bezpośredniego związku z filmem, ale dają wyobrażenie o skali problemu, którego dotyka.

zjawa (1)

Indianie jako przeżytek

Skoro mowa o Indianach zacznijmy od terminologii. „Zjawa” to nazwa trochę myląca. Oryginalny angielski tytuł filmu brzmi „The Revenant” i oznacza kogoś powracającego zza grobu, zwykle jako wampir albo zombie. Mimo że zjawa też powraca z zaświatów, to etymologicznie przypomina apparition – upiora lub ducha pojawiającego się niespodziewanie. Słowo revenant ma jednak bardziej cielesne konotacje, a jego etymologia podkreśla kategorię powrotu.

Revenant to wyraz potoczny. Za tym tytułem, niczym kolejne widziadło, majaczy słowo survivance, ukuty przez kulturoznawcę Geralda Vizenora neologizm, będący zbitką rzeczowników odczasownikowych survivalresistance albo survivalendurance, pochodzących od słów ‘przeżyć, stawiać opór, przetrzymać’. Survivance jest ortograficznie tożsame z francuskim terminem oznaczającym pozostałość albo przeżytek (pojawiającym się między innymi u Jacques’a Derridy). To coś zawieszonego pomiędzy życiem a śmiercią. Vizenor posłużył się tym słowem do opisania współczesnego stanu kultury pierwszych Amerykanów, których jest potomkiem (Vizenor jest z pochodzenia Anishinaabe, czyli Algonquinem).

Tytuł głośnej książki Vizenora „Manifest Manners: Narratives of Postindian Survivance” z 1994 r. odwołuje się do sformułowanej w latach 40. XIX w. ideologii „Manifest Destiny” (boskiego lub, dosłownie, czytelnego przeznaczenia), głoszącej ekspansję Stanów Zjednoczonych aż po zachodnie krańce kontynentu. U Vizenora manifest manners (‘czytelne maniery’) odnoszą się do eurocentryzmu rozumianego jako domyślny sposób wartościowania, niedoceniający innych kultur i okazujący im lekceważenie. Tytuł przywołuje niewygasłe po dziś dzień uprzedzenia o charakterze rasowym lub etnicznym i wynikające z nich praktyki. Zaznaczone w podtytule postindian survivance nawiązuje z kolei do sposobu trwania pierwszych kultur Ameryki, które padły ofiarą tych uprzedzeń.

Podobnie jak tytułowa zjawa (revenant) u Iñárritu, kultury te są zawieszone pomiędzy życiem a śmiercią i funkcjonują w sposób widmowy o tyle, że pozostają szerzej nieznane, a w dodatku znajdują się w zaniku. Jednocześnie podlegają nieustannemu zawłaszczaniu przez kulturę popularną. Stereotypowe wyobrażenia o Indianach to fantazmatyczne projekcje nacechowane nostalgią za pradawną świetnością pierwszych narodów Ameryki. Są one pewnego rodzaju formą wyparcia, ponieważ całkowicie wymazują historię systematycznego wyniszczania Indian przez europejskich przybyszów i ich potomków. Pozostają ślepe na własną przeszłość – na to, że za sprawą białego człowieka Indianie stali się przeżytkiem.

Akt zemsty czy sprawiedliwości?

Akcja filmu rozgrywa się we wczesnych latach 20. XIX w., kiedy uprzedzenia rasowe wobec Indian nabierały systemowego charakteru, a jednocześnie nadal toczyły się lokalne wojny pomiędzy ludnością napływową a tubylczą. Kilka lat wcześniej rząd zainicjował projekt „cywilizacyjny”, zmierzający do asymilacji Indian między innymi za pomocą obowiązkowego szkolnictwa dzieci. W 1830 r. ustanowiono prawo o wysiedleniach, które dotknęły głównie pierwszych Amerykanów mieszkających na południowym wschodzie (na wschód od Missisipi) i trwały do połowy XIX w. Przybrały one formę wyniszczających, przymusowych marszy, nazywanych marszami śmierci i określanych także mianem Szlaku Łez (Trail of Tears). Przemarsze te obejmowały nawet po kilkanaście tysięcy osób, z których więcej niż co dziesiąta zmarła po drodze. W połowie XIX w. ostatecznie odebrano Indianom ziemie i nakazano osiedlanie się w rezerwatach. Do tego momentu jednym z ich głównych źródeł utrzymania był handel futrami, którego początki sięgają XVI w., co stanowi kanwę filmowej opowieści.

zjawa (4)

Bohaterem filmu jest Hugh Glass (Leonardo DiCaprio), awanturnik i odkrywca, postać historyczna uwieczniona w literaturze i we wcześniejszych filmach (postać Glassa zainspirowała twórców telewizyjnej produkcji „Hugh Glass Meets the Bear” z 1966 r. oraz pełnometrażowych filmów „Man in the Wilderness” z 1971 r. i „Apache Blood” z 1975 r.). Scenariusz „The Revenant”, napisany przez reżysera Marka L. Smitha, jest częściowo oparty na faktograficznej powieści amerykańskiego dyplomaty Michaela Punkego z 2002 r. Podczas ekspedycji związanej z handlem futrami Glass zostaje ugodzony strzałą w nogę w trakcie krwawego starcia z bojownikami Arikara, w którym ginie większość traperów. Następnie zostaje niemalże śmiertelnie raniony przez niedźwiedzicę grizzly, którą w końcu udaje mu się zabić. Nierówny pojedynek ze zwierzęciem zapowiada opowieść mrożącą krew w żyłach. Dowódca wyznacza Glassowi opiekunów, którzy wkrótce porzucą go w przekonaniu, że i tak nie przeżyje. Skłamią, że pochowali Glassa zgodnie z rozkazem. Glass jednak powraca, by ścigać jednego z nich, Johna Fitzgeralda (Tom Hardy), wybaczy natomiast młodszemu Jimowi Bridgerowi (Will Poulter). W filmie i w powieści motywacją do pościgu jest chęć zemsty, co Punke zapowiada w podtytule powieści („A Novel of Revenge”).

Raz po raz powraca motyw zwierzęcego oka, które – niczym koń w opowiadaniu Lwa Tołstoja – wydaje się przyglądać ludziom ze zdziwieniem.

Tomasz Basiuk

W rzeczywistości Glass oszczędził obu swych niedoszłych zabójców, może dlatego że obawiał się konsekwencji zabicia żołnierza. Fitzgeraldowi odebrał jedynie strzelbę, którą ten mu ukradł. W fikcyjnej wersji wydarzeń oglądanej na ekranie Glassowi początkowo towarzyszy syn Hawk (Forrest Goodluck), który jest Indianinem (w rolach Indian Iñárritu konsekwentnie obsadza rdzennych Amerykanów). Glass wyjaśnia synowi, na czym polegają rasistowskie uprzedzenia: biali nigdy nie zechcą słuchać tego, co ma do powiedzenia Indianin. Dlatego ojciec ma mówić za niego. Glass zostaje jednak pozbawiony mowy przez niedźwiedzicę, a następnie opieki i godnego pochówku przez swych białych kompanów. W decydującym momencie Hawk wstawia się za ojcem, co kończy się tragicznie, Glassowi zaś dostarcza dodatkowej motywacji do zemsty na Fitzgeraldzie. Równolegle toczy się pościg za traperami, którzy uprowadzili młodą Powaqę (Melaw Nakehk’o) z plemienia Ree (czyli Arikara). Pościgiem dowodzi jej ojciec, Elk Dog (Duane Howard, który także, wbrew anglosaskiemu imieniu i nazwisku, jest rdzennym Amerykaninem). Poszukiwania zbiegają się w zakończeniu filmu i nadają mu polityczną wymowę, ponieważ przedstawiają niepisane przymierze zawarte między białym a czerwonoskórym ojcem, mszczącymi swoje indiańskie dzieci na białym oprawcy.

„Zjawa” jako projekcja „białych”

Mimo zakończenia wskazującego na możliwość międzyrasowego i międzykulturowego aliansu w imię sprawiedliwej zemsty film wielokrotnie kwestionuje nie tylko możliwość porozumienia między „czerwonoskórymi” a „białymi”, ale i przekonanie, że „biali” są w stanie zrozumieć Indian. Konwencja thrillera zmieszanego z filmem przygodowym jest nieco irytująca, ale jej sens polega właśnie na pokazaniu, jak sztampowe są filmy z Indianami. Nie mogąc od tej sztampy uciec, Iñárritu doprowadza ją do granicy absurdu.

Zanim dopadnie Fitzgeralda, Glass osamotniony, ciężko ranny, pozbawiony broni i zapasów żywności w środku zimy, przewędruje ponad 300 km w 6 tygodni (w rzeczywistości wędrówka Glassa miała miejsce latem). Jego filmowa odyseja kojarzy się z wyczynami Jamesa Bonda, przeniesionymi w zapierające dech w piersi zimowe plenery i bez współczesnych gadżetów. Oprócz łutu szczęścia przysłużą mu się techniki survivalowe znane z wyprawy Napoleona na Rosję i fortele kojarzące się z westernami.

Spotkanie z „dobrym Indianinem” to kolejny sztampowy zabieg, który Iñárritu wykorzystuje do zakwestionowania moralnych pretensji „białego” człowieka. Na początku wędrówki życie Glassa ratuje przypadkiem napotkany Pawnee o imieniu Hikuc (Arhtur RedCloud), wkrótce pojmany i przykładnie powieszony przez frankofońskich traperów, którzy na szyi umieszczają mu tabliczkę z napisem „On est tous des sauvages” (‘to wszystko dzicy’). Obraz ten niesie czytelną symbolikę chrześcijańską, jednak w roli ukrzyżowanego Chrystusa występuje Indianin, a jego oprawcami są domniemani chrześcijanie. Przed śmiercią Hikuc mówi Glassowi, że zemsta jest w rękach Boga. Glass powtarza te słowa w zakończeniu filmu, gdy zbiegiem okoliczności może pozwolić Elk Dogowi, by ten dobił Fitzgeralda. Trudno oprzeć się wrażeniu, że interakcja Glassa z Hikucem polega na prostym odwróceniu stereotypów, a nie na autentycznym spotkaniu z „innym”. Czy pozwalając, by Elk Dog dokończył dzieła zemsty, Glass wsłuchuje się w słowa Hikuca, czy wypełnia je własną treścią?

Nie-ludzkie spojrzenie

Film obfituje w długie ujęcia, zachęcające do kontemplacji zimowych krajobrazów, co wydaje się przybliżać widza do perspektywy filmowych Indian, traktujących ziemię z czcią. Jednak w zdjęciach autorstwa Emmanuela Lubezkiego Morgensterna (Meksykanina po raz kolejny współpracującego z Iñárritu) ponownie doszukiwałbym się motywu survivance – ziemia nabiera tu duchowego wymiaru, tak jak w kulturach indiańskich, ale skuta lodem wydaje się nieomal martwa. Przyroda ożywiona jest albo wroga, albo musi zostać zniszczona. Warto zaznaczyć, że w filmowej opowieści nie wykorzystano zastosowanego przez historycznego Glassa sposobu oczyszczania ran przez okładanie ich larwami much. Pozostają tu za to atakująca go niedźwiedzica, wyławiane z rzeki ryby i inne zwierzęta pożerane zwykle na surowo. Konie znajdują się między przyrodą a cywilizacją. Raz po raz powraca motyw zwierzęcego oka, które – niczym koń w opowiadaniu Lwa Tołstoja przywołanym przez Wiktora Szkłowskiego – wydaje się przyglądać ludziom ze zdziwieniem. Iñárritu zachęca w ten sposób widza do nie-ludzkiego spojrzenia, które w filmie trudno oddzielić od spojrzenia nie-białego. Tym bardziej, że filmowi Indianie nie dopraszają się u widza o litość czy choćby sympatię. Nawet gwałcona przez traperów Powaqa nie zostaje przedstawiona wyłącznie jako ofiara, ponieważ w decydującym momencie brutalnie i bez chwili wahania obraca się przeciwko oprawcy.

zjawa (5)

Iñárritu i DiCaprio odebrali już Złote Globy za najlepszy film i najlepszą rolę. „Zjawa” otrzymała także dwanaście nominacji do Oscarów. Jak pisze w recenzji filmu Marek Kuprowski, „Leonardo DiCaprio naprawdę ekstremalnie czołga się po nagrody” [1]. Niewątpliwie Iñárritu próbuje połączyć dwa nieomal wykluczające się projekty. Wciąga nas w survivalową opowieść okraszoną wątkiem zemsty i ocierającą się o thriller. Jednocześnie alegorycznie przedstawia to, co Vizenor nazywał określeniem survivance – pierwsze narody Ameryki znajdujące się na skraju unicestwienia są przeżytkiem, który uparcie powraca. Pozostaje pytanie, czy blada twarz Leonardo DiCaprio jest najwłaściwsza dla figury dobrego i dzielnego ojca, który (obok Elk Doga) pomści ich krzywdy? A z drugiej strony, czy „biali” widzowie poświęciliby choć chwilę uwagi bohaterowi – Indianinowi?

Tu kryje się niejednoznaczne przesłanie filmu, kierowane do „białej” publiczności. Po haniebnym dziele prawie całkowitego unicestwienia Indian przyszedł czas na odwet, do którego „biali” przyłączą się w ambiwalentnym geście solidarności, pokuty oraz… kolejnego zawłaszczenia tożsamości pierwszych Amerykanów. Iñárritu daje do zrozumienia, że o Indianach nie wiemy zupełnie nic. Nie umiemy nawet rozpoznać, czy przewodni w „Zjawie” motyw zemsty to tylko kolejna „biała” projekcja.

Przypis:

[1] Marek Kuprowski, „Widzieliśmy już «Zjawę». Alejandro Gonzaleza Iñárritu i Leonardo DiCaprio mają apetyty na Oscary! Słusznie?”, Gazeta.pl [dostęp: 21 stycznia 2016].

 

Film:

„Zjawa”, reż. Alejandro González Iñárritu, USA 2015.

 

Trailer:

SKOMENTUJ

Nr 369

(5/2016)
2 lutego 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj
pobierz jako pdf / wyślij e-mail