Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Czy można zbudować...

Czy można zbudować jeden model pamięci o PRL? Na marginesie książki „My, reakcja” Piotra Semki

Łukasz Jasina

Istnieją dwie wizje Polski Ludowej. Jedni widzą w niej totalitaryzm, drudzy – zalążki dobrej zmiany. Czy zbudowanie wspólnej narracji o tym okresie bez opowiedzenia się po którejś ze stron jest możliwe? Lektura książki Semki utwierdza mnie w przekonaniu, że nie.

Semka_My_reakcja

W filmie „Domek z kart” (1954), kinematograficznej wpadce reżyserskiej samego Erwina Axera, zrealizowanej na podstawie nieudanej i nieukończonej powieści Emila Zegadłowicza, przedstawiono dość szyderczy obraz przedwrześniowej Polski oraz klęski kampanii wrześniowej. II RP to w filmie kraj pełen prześladowań, rządzony przez zidiociałą władzę. Chyba tylko w legendarnym „Heimkehr” (1941) Gustava Ucicky’ego przedstawiono Polskę gorzej. Polska Ludowa inwestowała bardzo wiele, by zniszczyć dobre wspomnienie o II RP, ale mimo tego walka z pamięcią o sukcesach poprzedniczki kompletnie się jej nie udała. Nie pomogło nawet mimowolne wsparcie wielu porządnych inteligentów, słusznie wypominających demokratyczne wpadki Polski sanacyjnej, niedostatki socjalne czy problem z mniejszościami. PRL okazała się państwem tak katastrofalnym, że z kreowanym przez nią modelem pamięci o przedwojennej Polsce wygrał model podkreślający pozytywy– scalenie zaborów, Gdynię i COP, wysoki poziom klasy politycznej czy sukcesy w kreowaniu społecznej elity.

Czego kontynuacją jest III RP?

II Rzeczpospolita była też paradoksalnie silniejsza od swojej następczyni w uprawianiu szeroko pojętej polityki historycznej. Po 1918 r. nie rozliczano za współpracę z zaborcami, ale twardo eliminowano próbę rozmywania jednolitej narracji, w której rację mieli Polacy, a nie ich kaci, miejsce na pomnikach zajmowali Piotr Wysocki i Józef Sowiński, a nie Drucki-Lubecki (choć zdarzały się wyjątki – pomnika doczekał się chociażby Staszic). Ta wersja historii 123 lat rozbiorów utrzymała się do dziś i nie umniejsza jej znaczenia to, że odkrywamy dziś dobre strony rządów carskich, pruskich czy habsburskich. Upamiętnienie Sokratesa Starynkiewicza czy Lindleya oraz przypomnienie miejskiej historii Warszawy nie zmienia tego, że odzyskanie niepodległości przez Polskę było więcej warte niż osiągnięcia gospodarcze stolicy i Kongresówki, powiązane z gospodarczym rozwojem Imperium Rosyjskiego.

Polska niepodległa – nazywana nie bez kozery III Rzeczpospolitą – także musiała odpowiedzieć sobie na pytanie, do jakiej tradycji historycznej powinna się odwołać, a więc jaki fragment polskiej przeszłości winien być legitymacją jej działań. W 1990 r. zapadła w tej sprawie salomonowa decyzja polityczna. Z jednej strony zmieniono nazwę państwa z Polska Rzeczpospolita Ludowa na Rzeczpospolita Polska, z drugiej – pozostawiono obowiązujący w PRL system prawny, a także utrącono wszelkie próby formalnej restytucji II RP. Pomimo to używanie nazwy „III RP” oraz przejęcie insygniów władzy z rąk Ryszarda Kaczorowskiego przez Lecha Wałęsę wskazywało, że w sferze symbolicznej odwołujemy się do innej tradycji niż tradycja peerelowska.

W historycznej dyskusji na temat dziedzictwa II RP i PRL mamy z grubsza do czynienia z dwoma poglądami. Pierwszy mówi o tym, że PRL była państwem, które powstało na ruinach Polski zniszczonej w czasie II wojny światowej i którego upadek był rzeczą słuszną i pożądaną (oczywiście z licznymi półcieniami po drodze). W związku z tym tradycją, do której należy się odwoływać po 1989 r., jest nie tradycja PRL, lecz II RP. Do tej koncepcji odwoływało się wielu intelektualistów – głównie historyków i historyków prawa – do których zaliczyć można choćby Jana Ciechanowskiego, Władysława Rostockiego czy Tomasza Strzembosza. Według drugiego poglądu powstanie PRL było uznawane za fakt w gruncie rzeczy pozytywny. Jego najlepszymi wyrazicielami w publicystyce byli Jacek Kuroń i Jacek Żakowski, którzy bronili go w książce „PRL dla początkujących”.

Z grubsza rzecz biorąc, bój toczył się o to, czy III RP jest kontynuacją PRL, czy też II RP. Najważniejszym zadaniem było określenie roli czterdziestu pięciu lat Polski Ludowej dla przyszłych pokoleń. Czy była ona takim samym rodzajem polskiej państwowości jak II lub III Rzeczpospolita? A może była państwowością niedoskonałą, „Rzeczpospolitą II i pół” (by przypomnieć tytuł programu telewizyjnego Jerzego Diatłowickiego), a w najlepszym razie XX-wieczną wersją Królestwa Kongresowego, której z uwagi na lepszy układ stosunków międzynarodowych udało się wybić na niepodległość?

Totalitaryzm czy pozytywna zmiana?

Książka Piotra Semki „My, reakcja. Historia emocji antykomunistów w latach 1944–1956” opowiada o założycielskiej dekadzie Polski Ludowej – okresie najważniejszym, bo to właśnie w czasach stalinizmu nadano państwu polskiemu kształt, który potem jedynie modyfikowano. To wtedy konsumowano wojenne zmiany demograficzne, zadecydowano, jak ma wyglądać Warszawa i Ziemie Odzyskane, wyeliminowano prywatny handel, zniszczono mieszczaństwo, ziemiaństwo oraz zanegowano dotychczasowe zasady społecznego współżycia, których nie wykorzeniły nawet hitlerowskie rzezie.

W przeciwieństwie do książki Andrzeja Ledera wydanej kilka lat temu Semka skupia się na emocjach znacznie szerszej grupy społecznej – kilku milionów Polaków, którzy zostali uznani za „reakcję”. Przetrwali oni hekatombę wojny, ale w nowej Polsce odcierpieli swoje w katowniach niejednokrotnie gorszych niż gestapowskie. Semka opowiada historię niszczenia potencjalnej elity narodu, likwidacji entuzjazmu i miliardów przegranych szans. Opisuje on okres stalinizmu zupełnie odwrotnie niż Jacek Kuroń, który we wspomnianej już książce „PRL dla początkujących” widział w okresie rządów Bieruta przede wszystkim wielką pozytywną zmianę, choć niepozbawioną licznych błędów, zbrodni i wypaczeń. Semka widzi w stalinowskiej Polsce przede wszystkim zło i totalitaryzm, a dopiero później parę pozytywów, które można było znaleźć nawet w totalitarnym państwie. I trzeba przyznać mu rację. Kilka pozytywnych, społecznych przemian nie zmieni totalitaryzmu w „ludzki reżim”. Hitler również budował autostrady i zwiększał socjal.

„Ludzie wyklęci”

Bohaterem książki Semki jest grupa ludzi określanych przez komunistyczną propagandę jako „reakcja”. Są to ci, którzy w ustroju narzuconym w 1945 r., widzieli nie wyzwolenie, ale kolejną odsłonę końca ich świata. „My, reakcja” to także opowieść o tych, którzy nawet jeśli dostrzegali dobre zmiany lub też po prostu uważali, że da się w nowym państwie normalnie egzystować, zostali bardzo szybko wyprowadzeni z błędu.

Temat żołnierzy wyklętych, jednej z ważniejszych debat polskiej historiografii, to tylko czubek góry lodowej. Takich „wyklętych”, wypchniętych poza system ludzi było znacznie więcej. Całe grupy społeczne i ich potomkowie miały ulec może niekoniecznie likwidacji, ale przynajmniej społecznej marginalizacji – miały być pozbawione wiodącej, społecznej roli, którą do tej pory odgrywały. Dalsze wyniszczanie tych grup w kraju, który najpierw z trudem stworzył, a potem w wyniku wojny w dużej mierze utracił swoje elity, było zbrodnią. Na szczęście straszliwego projektu inżynierii społecznej nie udało się doprowadzić do końca.

„Ludzie wyklęci” to grupa niezwykle różnorodna. Składali się na nią przedstawiciele różnych generacji i środowisk: byli oficerowie, sanacyjni politycy, prawdziwi socjaliści z PPS, ludowcy, działacze kółek rolniczych, bohaterowie podziemia, ofiary ZMP-owskich nagonek i wielu innych, którzy czasem mieli po prostu pecha. Zdeklasowani generałowie i zwykli chłopi spod Równego czy Nowogródka połączyli się wspólnym losem. Książka Semki opisuje ich dzieje i stawia kolejne pytania. Jak było naprawdę z odbudową – podstawowym pozytywnym mitem PRL? Lata 40. i 50. to także dokładne niszczenie tego, co się po wojnie udało z wielkim trudem przywrócić do życia – począwszy od egzekucji oficerów odnowionego wojska, aż po tak z pozoru trywialną rzecz, jak niszczenie prywatnego rzemiosła, sklepów czy polskiej gastronomii.

Semka udowadnia nam, jak bardzo narracja uzależniona jest od subiektywnego punktu widzenia. Dla „ludzi wyklętych” z jego książki Polska po 1945 r. nie jest już ich krajem. Wspomnienia tych, którzy zajęli ich miejsce będą oczywiście zupełnie inne. Nasz stosunek do określonych elementów przeszłości zależy od tego, za jaką tradycją się opowiedzieliśmy, i należy porzucić mrzonki o pełnym zachowaniu obiektywizmu. Osobie wywodzącej się z tradycji przywołanej przez Semkę, nigdy nie przyjdzie do głowy próba idealizacji Bolesława Bieruta czy Julii Brystygierowej oraz skupianie się na ich emocjach. No cóż, jeżeli uznajemy, że ofiary totalitaryzmu miały rację, nie zastanawiamy się nad tym, czy mogli ją mieć również ich kaci. Co najwyżej widzimy w nich ciekawe obiekty do snucia biograficznej narracji i próbujemy zrozumieć, dlaczego znaleźli się po stronie zła.

Pozostaje pytanie, czy zbudowanie wspólnej narracji o historii II RP i Polski Ludowej bez opowiedzenia się po którejś ze stron jest możliwe? Jestem coraz bardziej przekonany, a dzieło Semki tylko mnie w tym upewnia, że nie. Zło musi zostać nazwane złem. PRL nie da się uznać za takie samo państwo, jak II RP, albo – co gorsza – za zdecydowanie lepsze. Wybór samej II RP, która odrzuciła polityczną rehabilitację okresu zaborów, winien być dla nas przykładem. Oczywiście nie oznacza to potępiania wszystkiego, co przytrafiło się w Polsce między 1944 a 1989 r. ani braku krytycznej refleksji wobec wcześniejszej epoki. Tu jednak przykładem znów może być stosunek do okresu zaborów – cieszy nas twórczość Prusa i warszawskie wodociągi, ale nie stawiamy jakoś pomników Mikołajowi I i Paskiewiczowi.

 

Książka:

Piotr Semka, „My, reakcja. Historia emocji antykomunistów w latach 1944–1956”, Wydawnictwo Zysk i Spółka, Poznań 2015.

SKOMENTUJ

Nr 369

(5/2016)
2 lutego 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj