Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > „Doktryna szoku”, czyli...

„Doktryna szoku”, czyli konserwatyzm Jarosława Gowina

Katarzyna Kasia

Najbardziej adekwatnym komentarzem do wywiadu z wicepremierem Jarosławem Gowinem jest pamiętne hasło wykrzyczane przed laty przez Jarosława Kaczyńskiego: „I żadne płacze, i żadne krzyki nie przekonają nas, że białe jest białe a czarne jest czarne!”.

Te słowa powracały do mnie w trakcie lektury tego wywiadu kilkukrotnie, gdy czytałam, że konserwatyzm nie jest konserwatywny, a najlepszą strategią budowania jest burzenie. Szukając konotacji filozoficznych, nie znalazłam w nim myśli Burke’a czy Monteskiusza, chociaż zostali wymienieni z imienia. Znalazłam natomiast echa totalitarnej koncepcji platońskiego „Państwa” oraz karykaturalną i karłowatą zarazem wersję heglowskiej odysei Ducha, gdzie postęp dziejowy może zostać usprawiedliwiony jedynie pod warunkiem, że w istocie będzie regresem. I nikt nie będzie nam wmawiał, że kompromis to kompromis. Jest w tym zresztą jakaś gryząca ironia i poczucie zawodu, bo zbyt rzadko polscy politycy sięgają do klasyki filozofii. Więc dlaczego, kiedy to się dzieje, musi zostać wykrzywione, umniejszone, niezrozumiane?

Ilustracja: Paulina Wyciechowska

Z drugiej strony, w polityce – co wicepremier często podkreśla – najważniejsze jest samo działanie, pragmatyczne i praktyczne. W przypadku rządów Zjednoczonej Prawicy często pojawia się określenie „konserwatywna rewolucja”. Może być ono bardzo różnie interpretowane. Z jednej strony, jako podjęcie próby nie tyle przywrócenia, ile raczej budowy w państwie porządku opartego na tradycyjnych wartościach, z drugiej zaś, jako strategia zachowawcza, niechętna jakimkolwiek zmianom. Przyglądając się naszej politycznej rzeczywistości, drugą ewentualność należałoby zdecydowanie odrzucić: na przykład konsekwentne niszczenie struktur wymiaru sprawiedliwości, będące burzeniem fundamentów trójpodziału władzy, z całą pewnością nie mieści się w tych ramach. Z drugiej strony, jeśli przeniesiemy się na poziom aksjologiczny, to znaczy poziom wartości, okaże się, że dosyć trudno ustalić, jakie one właściwie są, skoro najważniejsza wartość, leżąca u podstaw liberalnej demokracji, czyli wolność, zostaje zepchnięta w niechętną niepamięć.

Konserwatyzm oznaczałby w praktyce raczej rodzaj dążenia do retrotopii – podróży do przeszłości, która była lepsza, zaś Platon określał ją mianem „złotego wieku”. Żeby takie marzenia urzeczywistnić, wystarczy tylko wszystko zburzyć i odtworzyć doskonały wzorzec, samą ideę państwa, na którego czele stanie kilku sprawiedliwych. Nie chcąc wypaść blado wobec bogactwa erudycyjnych odniesień, zaproponowałabym dla tej koncepcji nazwę „konserwatyzmu Noego”: kiedy wody potopu opadną i nikt nie będzie już mógł protestować, stworzymy wreszcie naszą wymarzoną IV RP. Potop pochłonie liberalną demokrację, bo przecież idea sprawiedliwości może być realizowana również w innym ustroju, na przykład w monarchii lub tyranii. Pochłonie konstytucję z 1997 roku, gdyż, jak mówi wicepremier: „okręty zostały spalone”, można więc jedynie „maszerować do przodu”. Co więcej, proponowany konserwatyzm ma być połączony z fetyszyzowanym przez Jarosława Gowina wolnym rynkiem i deregulacją. Jest to dla mnie, przyznaję, projekt intelektualny o dość przerażającym rozmachu: pójdziemy do przodu, by powrócić do tradycyjnych wartości, ale jednocześnie musimy mieć świadomość, że przetrwają najsilniejsi pod rządami świadomych.

Dla koncepcji Jarosława Gowina zaproponowałabym nazwę „konserwatyzmu Noego”: kiedy wody potopu opadną i nikt nie będzie już mógł protestować, stworzymy wreszcie naszą wymarzoną IV RP.

Katarzyna Kasia

Być może zrozumienie tej koncepcji odnaleźć można w sztandarowym, przekuwanym właśnie w czyn projekcie „Konstytucji dla Nauki”. I tu znowu nie czuję się właściwą komentatorką na właściwym miejscu, ponieważ trudno mi zwalczyć dysonans poznawczy. Słowa wicepremiera, ministra nauki i szkolnictwa wyższego pełne są oświeconej mocy, zaś z jego postulatami generalnie nie sposób się nie zgodzić: śmiało mogę napisać, że ja też chcę, żeby polskie uczelnie były lepsze. Jednakże, chociaż od kilku lat piastuję na uczelni funkcję administracyjną, a nawet kierowniczą, dogłębnie przeanalizowałam tekst ustawy w kilku wersjach, trzymałam rękę na pulsie poprawek, to cały czas nie mam pojęcia, w jaki sposób od 1 października to wszystko ma działać.

Z pewnością – o czym już wielokrotnie pisałam – ustawę Gowina różni od innych reform rządu Prawa i Sprawiedliwości fakt, że jej powstaniu towarzyszyły konsultacje. Pytanie, na ile wpłynęły one na jej ostateczny kształt, należałoby zadać ekspertom, którzy w nich uczestniczyli, na przykład wspomnianemu w wywiadzie profesorowi Hubertowi Izdebskiemu. Wiadomo również, że ostateczna wersja ustawy jest w kilku miejscach kompromisem, wychodzącym naprzeciw postulatom różnych grup interesów: doktorantów, profesorów, studentów, rektorów itd. W mocy pozostaje cały czas pytanie o to, co wicepremier nazywa „modernizacyjnym ostrzem” oraz o rzeczywiste cele i priorytety. W wywiadzie są one potraktowane dość zdawkowo i ogólnie, co mnie niepokoi, ponieważ jako praktyczka będę zmuszona implementować przyjętą strategię w ramach mojej uczelni, chociaż będzie to trudne, bo w połowie września Ministerstwo Nauki nie przedstawiło jeszcze lwiej części przepisów wykonawczych. Znamy więc zaledwie ogólny zarys, a studentów trzeba jakoś kształcić, przy jednoczesnej świadomości, że dydaktyka jest w pracy uczelni najmniej istotna, ponieważ ewaluacji podlega przede wszystkim dorobek naukowy.

Mój dysonans pogłębia również ten fragment wywiadu, w którym wicepremier wspomina o konieczności zmiany algorytmu finansowania uczelni, tak żeby pieniądze „nie szły za studentem”. Znowu: w teorii tak zwane „działania projakościowe” mają głęboki sens. Problem pojawia się jednak tam, gdzie ma nastąpić odgórne zmniejszenie liczby studentów. Zgodnie z logiką ustawy dokona się ono bowiem poprzez doprowadzenie do (samo)likwidacji mniejszych, lokalnych ośrodków akademickich. Z drugiej strony, wobec uczelni, w których na nauczyciela akademickiego przypada bardzo mała liczba studentów, na przykład uczelni artystycznych, formułowane są zarzuty, dotyczące zbyt wysokich kosztów kształcenia. Nie wiadomo również, jak ma wyglądać sama organizacja nauczania, co wyniknie z proponowanych zmian i jakie mamy rzeczywiste szanse na podniesienie poziomu szkolnictwa wyższego, ponieważ istnieje ryzyko – uzasadnione doświadczeniami innych krajów, w których przeprowadzono podobnie „deregulujące” reformy – że uczeni skupią się głównie na podnoszeniu punktowej wydajności, niekoniecznie idącym w parze z jakością. Zwłaszcza z jakością dydaktyki. Jest to zresztą zgodne z zasadami „konserwatyzmu Noego”: czeka nas teraz potop i nikt nie wie, kiedy znowu ujrzymy wierzchołek góry Ararat.

W połowie września Ministerstwo Nauki nie przedstawiło jeszcze lwiej części przepisów wykonawczych. Znamy więc zaledwie ogólny zarys, a studentów trzeba jakoś kształcić, przy jednoczesnej świadomości, że dydaktyka jest w pracy uczelni najmniej istotna, ponieważ ewaluacji podlega przede wszystkim dorobek naukowy.

Katarzyna Kasia

Co ciekawe, to dążenie do burzenia jest przez Jarosława Gowina motywowane pragmatycznie: „Polityka to sztuka wyboru tego, co możliwe, a nie tego, co zawsze słuszne”. Czy takie zdanie nie oznacza przypadkiem, że poniosło się, jako wizjoner, druzgoczącą klęskę? Przecież „wizja”, „idea”, „wartości” to fundamenty działań podejmowanych przez wicepremiera. Jak w tym kontekście interpretować kompromis? Czy ma on twarz kogoś, kto głosuje za, ale nie klaszcze, kiedy ustawa zostanie uchwalona? A może ma twarz kogoś, kto łudzi się, że polityka „widziana z daleka, to rozumna troska o dobro wspólne”?

Zastanawiam się, jak daleko trzeba byłoby odlecieć, żeby spojrzeć w ten sposób na reformy przeprowadzane przez rząd Zjednoczonej Prawicy: na chaos w szkołach, niewydolność systemu ochrony zdrowia, nieudolną politykę zagraniczną, dezorganizację pracy służb mundurowych, anihilację armii, czy wreszcie – niszczenie wymiaru sprawiedliwości. Wizja konserwatyzmu jako „doktryny szoku” też nie jest przekonująca, zwłaszcza gdy doprowadza do sytuacji, w której wicepremier polskiego rządu może wypowiedzieć zdanie, od którego naprawdę zimny dreszcz przebiega po kręgosłupie: „Tam, gdzie bez skutku spierają się prawnicy, tam zaczyna się przestrzeń dla polityki”. Bo w takiej sytuacji, dyskusja o wyższości konserwatyzmu nad liberalizmem, demokracji nad monarchią czy lewicy nad prawicą, staje się rzeczywiście całkowicie bezprzedmiotowa. Zostaje nam autorytaryzm albo butelki z benzyną i kamienie.

SKOMENTUJ

Nr 505

(37/2018)
11 września 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

NAJPOPULARNIEJSZE

PODOBNE

Nie boję się autorytaryzmu



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj