Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > PiS nie tworzy...

PiS nie tworzy nowej historii

Lech M. Nijakowski w rozmowie z Łukaszem Bertramem i Izą Mrzygłód

Polityka historyczna rządu Prawa i Sprawiedliwości budzi ostrą krytykę, a wręcz strach. Czy jednak działania obecnych władz faktycznie wnoszą nową jakość w polskie debaty o przeszłości? Może warto raczej spytać, czy marginalizacja, wykluczenie i arbitralność nie są już od lat ich stałymi elementami?

Izabela Mrzygłód: Wokół historii dużo się ostatnio dzieje. Przy okazji otwarcia Muzeum Polaków Ratujących Żydów w Markowej padały postulaty odkłamania dziejów stosunków polsko-żydowskich, do prokuratury wezwano Jana Tomasza Grossa, minister Piotr Gliński wyraził de facto zamiar likwidacji Muzeum II Wojny Światowej, a pogrzeb Zygmunta Szendzielarza „Łupaszki” odbył się z udziałem prezydenta. Zresztą Andrzej Duda już w listopadzie zainaugurował prace nad Strategią Polskiej Polityki Historycznej. Czy jednak rząd PiS-u faktycznie dysponuje siłą i narzędziami, które pozwolą mu zmienić świadomość historyczną Polaków?

Lech Nijakowski: W tym pytaniu kryje się wąskie rozumienie polityki historycznej – które zresztą dominuje w dyskursie publicznym – czyli intencjonalne działania organów władzy publicznej. Dla socjologa ważne jest natomiast to, iż politykę pamięci prowadzą wszyscy, nawet jeżeli nie są tego świadomi – kiedy ubierają się w taki, a nie inny, T-shirt albo publikują post na Facebooku. Oczywiście, trudno przebić wielką maszynerię szkolnictwa powszechnego, jednak coraz większe znaczenie ma „pamięć 2.0”, ruchy oddolne, sprzęgnięte z kulturą popularną. W tej perspektywie, gdy patrzymy na działania jakiegokolwiek rządu, rodzi się pytanie, na ile jego wizja wpisuje się w dominującą pamięć zbiorową, obejmującą postaci, wydarzenia, schematy narracyjne, wartościowania, emocje.

Te wszystkie posunięcia rządu mają na celu zakonserwowanie i rozpowszechnienie dobrze znanych narracji. Wpisują się w prostą i oczywistą opowieść podtrzymującą dumę narodową i potwierdzającą, że my, Polacy, byliśmy heroicznymi ofiarami II wojny światowej, w ogóle nie kolaborowaliśmy, ratowaliśmy Żydów, byliśmy niepokorni od pierwszego wystrzału do końca wojny, a nawet jeszcze dłużej, bo nas niecnie zdradzono. To nie są nowe treści. W tym sensie PiS nie wprowadza radykalnej zmiany i ma ułatwione zadanie, bo nie musi dokonać żadnej rewolucji pamięci. Oburzenie intelektualistów – jak w przypadku Muzeum II Wojny Światowej – ma w związku z tym mniejsze znaczenie.

IM: Co chyba jednak ważne, PiS przedstawia się jako siła walcząca o pamięć zdradzoną i wykorzystuje to w bieżącej walce politycznej.

Łukasz Bertram: Widać to przy okazji sprawy katastrofy smoleńskiej. Wrogiem politycznym są ci, którzy sprzeniewierzyli się pamięci ofiar.

Dyskurs polityczny z zasady musi wyznaczać i utrzymywać podziały. Natomiast sięgając głębiej w politykę pamięci, można dostrzec, iż nie ma aż tak dużej różnicy między PO a PiS-em. Nie pojawiła się zupełnie nowa wizja polskiej przeszłości. PiS przedstawia się jako odnowiciel pamięci, bo jest to znacznie atrakcyjniejsze niż mówienie o kontynuacji. Tymczasem mamy do czynienia właśnie z ciągłością, wspólną konserwatywną wizją przeszłości. Ktoś mógłby powiedzieć: „Ale przecież Gdańsk i Tusk. Albo Katowice i Kutz”, tylko że to jest napięcie innego rodzaju. Określiłbym je jako konflikt między pamięcią elit warszawskich, pamięcią Generalnego Gubernatorstwa a pamięcią regionalną bądź mniejszościową. W tej dominującej wizji „centralnej” nie ma miejsca choćby na historię ludności z ziem wcielonych w 1939 r. do Rzeszy (chodzi m.in. o Pojezierze Kaszubskie, Żuławy Wiślane, Ciechanów, Pułtusk i Ostrołękę, Wielkopolskę z „przyległościami” aż po Łódź, a także Górny Śląsk). Raczej mamy więc do czynienia z daleko idącym konsensusem, jeśli chodzi o wizję przeszłości, z wykluczaniem mniejszościowych wspólnot pamięci przez różne rządy w poprzednich latach, a nie z radykalną zmianą. Spójrzmy na inną część Polski – Śląsk. Tam można było dostrzec napięcie między regionalnymi ruchami a Platformą Obywatelską.

ŁB: W 2012 r. podczas sporu o powstające Muzeum Śląskie również niektórzy działacze SLD wypowiadali się w zaskakującym tonie, jak poseł Marek Balt, który pytał, czy zaraz do śląskich szkół nie trafi przypadkiem „Mein Kampf”.

To, co odróżnia PiS od innych formacji, to jego światopoglądowa zwartość, nawet jeśli brak mu rzeczywistego, przemyślanego programu w tym obszarze. Można to dostrzec, gdy politycy PiS-u, odnosząc się do różnych regionalnych społeczności i ich alternatywnych wizji przeszłości, używają podobnych strategii dyskursywnych. Nie są one typowo polskie. Naród jest w nich przedstawiany jako homogeniczny, podkreśla się jego obiektywny charakter (stąd „fałszywa świadomość narodowa”, o którą oskarżani są zwolennicy uznania Ślązaków za naród) oraz chlubną historię (od Piasta Kołodzieja). Katolicyzm ukazywany jest jako podstawowa składowa zbiorowej tożsamości. Zbrodnie Polaków albo są przemilczane, albo zrzucane na zdrajców ojczyzny, a więc tak naprawdę obcych. Nasze klęski zaś jawią się jako moralne zwycięstwa, zgodnie z narracją postromantyczną, w którą na poziomie lokalnym można włączyć przekaz bardzo różnych środowisk, np. kresowych.

IM: Co musi się więc wydarzyć, by tę jednolitą narrację jakoś nadkruszyć?

Moim zdaniem w Polsce za bardzo podkreśla się przy tym udramatyzowane cezury historii politycznej, a nie zauważa ciągłości, długiego trwania struktur pamięci. Są jednak oczywiście takie zdarzenia, które coś zmieniają radykalnie. Świetnym przykładem jest Jedwabne – eksplozja pamięci i społeczny szok. Dyskusja zapoczątkowana „Sąsiadami” zmieniła nasze społeczeństwo. Nie chodzi tylko o to, że ludzie poznali fakty i, jak pokazały badania z 2009 r., 70,7 proc. respondentów słyszało, co się tam zdarzyło (to ogromny odsetek, biorąc pod uwagę, ilu Polaków zwykle nie ma zdania, nie wie, nie pamięta, kiedy na analogiczne pytanie dotyczące „konfliktu pomiędzy Polakami a Ukraińcami w czasie II wojny światowej na Wołyniu i w Galicji Wschodniej” pozytywnie odpowiedziało tylko 56,6 proc. badanych) [1]. Rzecz w tym, że od tej pory nie była możliwa prosta strategia negacjonizmu, wedle której Polacy ratowali Żydów, nie kolaborowali, nie mordowali mniejszości. Trzeba było rozwijać inne strategie racjonalizacji, wskazywać na presję okoliczności, przenosić winę na kolaborantów, których jako takich wyklucza się z narodu. Jednak patrząc ogólnie na okres po II wojnie światowej, to te krytyczne narracje – choć eksplodują co jakiś czas – mają dość ograniczony wpływ na pamięć zbiorową.

ŁB: Ale przecież – i powiedzieliśmy to przed chwilą – właśnie nową politykę historyczną w obszarze stosunków polsko-żydowskich próbują wprowadzić obecne władze.

Czy na pewno aż tak nową? Polacy – Sprawiedliwi wśród Narodów Świata – od dawna są niezwykle ważnym toposem naszego dyskursu publicznego. Stanowią po trosze magiczne zaklęcie, które pozwala oddalać wszelkie oskarżenia o współudział Polaków w Zagładzie. Ich liczba („najwięcej polskich drzew w Yad Vashem”) zastępuje argumenty w szczegółowych sporach. Także konflikty o to, jak określać obozy, nie są nowe. Przypominam spór o to, pod jaką nazwą ma figurować były obóz Auschwitz-Birkenau na Liście Światowego Dziedzictwa UNESCO, czy konflikt o używanie określenia „polskie obozy koncentracyjne” przez działaczy śląskich. Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa od lat prowadzi politykę utrudniającą – zdaniem wielu liderów mniejszości narodowych – stawianie pomników upamiętniających alternatywną wizję historii (dziś najważniejszym spornym tematem są pomniki mniejszości ukraińskiej).

Nawet zaistnienie świadomości o zbrodniach tzw. żołnierzy wyklętych ma charakter sensacyjny, a nie przypomina odkrywania historycznego palimpsestu

 Lech M. Nijakowski

Podobnie delegitymizacja dziedzictwa związanego z kościuszkowcami czy socjalistycznymi działaczami niepodległościowymi nie jest nowa. Wystarczy przyjrzeć się polityce pamięci prowadzonej w miastach, w których współrządzą politycy Platformy Obywatelskiej. Konsekwentne działania rządu PiS-u na różnych polach prowadzą jednak do efektu skali, który może wywierać wrażenie, że prowadzona jest rewolucyjna zmiana.

ŁB: W publicznym dyskursie równie duże znaczenie, jak to, o czym się rozmawia, ma styl, w jakim się to robi. Badania Obserwatorium Debaty Publicznej Kultury Liberalnej wykazują, że radykalizacje i uproszczenia sięgające do historii to nasza codzienność.

Na dodatek polska sfera publiczna jest słaba, rządzi się mechanizmami „rytualnego chaosu” i oparta jest na konflikcie jako podstawowej sile napędowej. Wiele debat ogranicza się do poziomu tabloidowego; przykładem był słynny „dziadek z Wehrmachtu”. Nawet zaistnienie świadomości o zbrodniach tzw. żołnierzy wyklętych – Romualda Rajsa „Burego” na Białorusinach czy Józefa Kurasia „Ognia” na Słowakach – ma charakter sensacyjny, a nie przypomina odkrywania historycznego palimpsestu. Pewni aktorzy są w nim zaś w ogóle nieobecni, cały czas wyklucza się mniejszościowe wspólnoty pamięci (przykładem ubiegłoroczna setna rocznica bieżeństwa, czyli masowej i nierzadko tragicznej ewakuacji ludności, głównie prawosławnej, w głąb carskiej Rosji).

————————————————————————————————————————-

Czytaj także pozostałe teksty z Tematu Tygodnia:

Margaret MacMillan w rozmowie z Karoliną Wigurą i Jarosławem Kuiszem „Historia, do której rząd nie ma wstępu”

Magdalena Gawin w rozmowie z Łukaszem Pawłowskim „Polacy są spragnieni historii”

Iza Mrzygłód i Łukasz Bertram „Wilczy patriotyzm”

Michał Łuczewski w rozmowie z Julianem Kanią „Polityka historyczna w klinczu”

————————————————————————————————————————-

IM: Można jednak odnieść wrażenie, że wiedza o zbrodniach „Burego” przebiła się do opinii publicznej (prezydent nie objął swoim patronatem Hajnowskiego Marszu Żołnierzy Wyklętych). Jednolity mit został nieco podważony, podmyty…

To wciąż przypomina podmywanie przez morze wielkiego bunkra zbudowanego na brzegu. Nie oznacza to oczywiście, że nie widzę żadnych szans na przebicie się ze swoim przekazem mniejszościowych i wykluczonych wspólnot pamięci. Z pewnością upatrywałbym ich w rozwoju technologii komunikacyjnych, przede wszystkim internetu. W jakiejś mierze proces ten może wspierać również zmiana pokoleniowa. Wnuki, oddalone od brutalnych wydarzeń, których świadkami czy ofiarami byli ich dziadkowie, są bardziej skłonne do dopytywania, mają w sobie więcej gniewu za okrucieństwa wyrządzone ich przodkom i odwagi, by go wyartykułować publicznie.

ŁB: Mamy tu chyba do czynienia jeszcze z pewnym paradoksem. Równolegle do dominacji narracji centralnej odkrywanie małych ojczyzn staje się w wielu miejscach po prostu modne. Wystarczy sprawdzić, jakiego rodzaju inicjatywy otrzymują dziś granty. Tylko czy powstaje dzięki temu potencjał do powstania nowej wspólnoty – również ogólnonarodowej, ale bardziej polifonicznej, pluralistycznej?

IM: A może rodzi to raczej separatyzm pamięci? Każdy odkrywa coś swojego, ale nie przekłada się to na żadną sieć powiązań między tymi pamięciami.

Po pierwsze, bardzo często ci, którzy odkrywają przeszłość lokalną, używają strategii narracyjnych bardzo podobnych do tych, które charakteryzują dyskurs dominujący. Widać to np. wśród autonomistów śląskich, ich opowieść o śląskiej odmienności przeradza się niejednokrotnie w nacjonalistyczną opowieść o śląskiej wspólnocie. Po drugie, odkrycie pewnych faktów, opisanie ich na blogu, zeskanowanie archiwalnych zdjęć i wrzucenie do internetu nie wystarczają. Tak samo nie wystarczają wartościowe inicjatywy lokalnych muzealników. Język mówi nami, dyskurs publiczny mówi nami, i gdy następuje konflikt, wzmaga się napięcie, to poszczególne fakty włączane są w głęboko zakorzeniono struktury narracyjne. I wtedy może się nagle okazać, że nasza wiedza o zbrodniach Armii Czerwonej wymierzonych w ludność rodzimą, w Ślązaków czy Mazurów, doskonale wpisze się w martyrologiczną wizję hekatomby całego, jednolitego narodu polskiego z rąk Sowietów. Tym samym tragedia górnośląska, czyli mordowanie i zamykanie Ślązaków w obozach oraz wywiezienie w 1945 r. kilkudziesięciu tysięcy mieszkańców tego regionu do przymusowej pracy w ZSRR, przestaje być opowieścią o odrębności losu pewnej wspólnoty. Cierpienie Ślązaków zamienia się w cierpienie Polaków. Z opowieści znika odrębna, pograniczna tożsamość Ślązaków, ich szczególne wojenne losy, w tym służba w Wehrmachcie; to, że często polscy działacze w Niemczech byli po wojnie wyganiani ze swych gospodarstw i zamykani w obozach. Sprawcami tragedii górnośląskiej byli także Polacy. Nazywanie ich „komunistami”, choć jest skuteczną strategią dyskursywną, nie zmazuje winy.

To ciążenie historii bardzo trudno zmienić, szczególnie wobec – jak już wspominałem – tak słabej jakości debaty publicznej w Polsce. Czy ktokolwiek słyszał o jakimś programie w mediach, o dużym zasięgu, gdzie spokojnie spieraliby się o przeszłość historycy, społecznicy, muzealnicy?

IM: Profesor Włodzimierz Borodziej stwierdził niedawno w wywiadzie dla „Polityki”, że wiara we wspólnototwórczy wymiar polityki historycznej jest domeną prawicy. Czy faktycznie jest tak, że liberałowie i lewica przegrywają tę walkę o pamięć, nie mają pomysłu, jak ten obszar zagospodarować?

Na pewno reprezentanci prawej strony (trzymajmy się tej nieprecyzyjnej nazwy) częściej o tym mówią, piszą itd. Stworzyli pociągającą opowieść mityczną. Jak w hollywoodzkim scenariuszu filmowym, mamy wyrazistych bohaterów i antybohaterów, poboczne wątki zostały wycięte, a akcja toczy się wartko. To samo w sobie nie jest niczym negatywnym. Zwróćmy uwagę, że podobną opowieść o przeszłości narodu stworzyły elity władzy PRL-u. Pamiętajmy bowiem, że „komuniści” korzystali z nacjonalistycznej legitymizacji władzy, a internacjonalistyczne hasła były tylko mało znaczącym lukrem. Wystarczy obejrzeć sobie „defiladę tysiąclecia” z 1966 r.

Środowiska lewicowe i liberalne, snując opowieść wielowątkową, oddając głos różnym mniejszościowym wspólnotom pamięci, same skazują się na przegraną w polskich warunkach. Zapracowały zresztą na to, posługując się wcześniej neoliberalną utopią „drugiej Japonii”, która pozostawiała niewiele miejsca na wielką narrację o przeszłości. Warunkiem koniecznym zdrowej polityki pamięci jest wolna sfera publiczna – taka, o jakiej pisał choćby Jürgen Habermas. A kiedy ona w Polsce miała się narodzić?

ŁB: Problem chyba również w tym, że można odnieść wrażenie, iż spora część reprezentantów nieprawicy nie tylko nie ma na to pomysłu, lecz wykazuje brak zrozumienia, że posiadać go powinna.

Nie można sobie wyobrazić reprodukowania narodu polskiego, będącego – jak wszystkie inne – wspólnotą wyobrażoną, bez dyskursywnego konstruowania przeszłości. Przede wszystkim nie możemy rozpatrywać pamięci i historii w oderwaniu od innych zjawisk w sferze publicznej. Polityka pamięci to nie tylko dyskusja historyków na uniwersytetach, oprowadzanie wycieczek przez muzealników, kolejny konkurs dla młodzieży gimnazjalnej na wspomnienia rodzinne. Interpretacja przeszłości ma ogromne znaczenie polityczne, pozwala bowiem wykluczać pewnych aktorów, osłabiać ich reakcje, uzyskiwać przewagę, bo komuś „wolno mniej”, skoro stoi tam, gdzie stało ZOMO, a my – tam, gdzie była Solidarność. Albo – bo twój dziadek szedł na Stalingrad, a mój działał w konspiracji w Warszawie (a co w niej robił, to już inna bajka). Przeszłością można uderzyć, można się nią obronić przed ciosem, można użyć jej do przekonania wyborców do swojego programu (mimo że tak naprawdę nie ma on z nią nic wspólnego).

Mamy jako społeczeństwo przeszłość chłopską, której się wstydzimy. Słoma nam z butów wychodzi, ale twierdzimy, że to ochrona łagrowych butów od mrozu.

 Lech M. Nijakowski

ŁB: W odniesieniu do słabości lewicowych narracji można też zadać pytanie, dlaczego w młodych Polakach tak mocno rezonuje mit żołnierzy wyklętych, a takie fenomeny, jak pieśni chłopskiego buntu, które przypomniał zespół R.U.T.A, pozostają w wąskim obiegu inteligenckim.

Bo my wszyscy ze szlachty, my wszyscy z powstańców, prosta sprawa. Przecież w gruncie rzeczy mamy jako społeczeństwo przeszłość chłopską, której się wstydzimy. Słoma nam z butów wychodzi, ale twierdzimy że to ochrona łagrowych butów od mrozu. Pamięć o tradycjach socjalistycznych itd. wiąże się w Polsce z przypominaniem awansu społecznego. A kto chce być potomkiem praczki? Poszukujemy raczej zupełnie innych korzeni, o czym świadczy popularność różnych programów do badania genealogii. W kontekście psychoanalitycznym ten fenomen próbował zanalizować Andrzej Leder. Fenomen wypieranej pamięci społeczeństwa chłopskiego, przez skandalicznie długi czas de facto półniewolniczego. Nic więc dziwnego, że jednym ze źródeł atrakcyjności mitu żołnierzy wyklętych są ładne mundury i pistolety, co wygląda znacznie lepiej niż sukmany i kosy.

IM: Ale z oddolnym budowaniem polityki pamięci też są związane różne niebezpieczeństwa. Chcielibyśmy widzieć wielość różnych pamięci, które się ścierają i dopełniają, tylko może zdarzyć się, że nurty emancypacyjne, pluralistyczne nigdy nie dojdą do głosu, i to nie tylko z winy państwa. Przecież mit żołnierzy wyklętych, który – w obecnej swej formie – kłóci się w dużym stopniu z liberalnymi wartościami, bo ma duży potencjał wykluczający, zrodził się oddolnie, a teraz doskonale wpisuje się w narracje odgórne.

Oczywiście, można powiedzieć: wolny rynek pamięci, wolny rynek narracji, tyle że potem uderza niewidzialna pięść rynku i okazuje się, którą z nich naprawdę dopuszcza się do głosu. I druga kwestia – pamiętajmy, że w każdym przypadku mówimy nie tyle o przeszłości, co o jej mityzacjach. Czy wszystkie te narracje są równie dobre? Moim zdaniem nie, a to ze względu na przyszłość. Co w sobie niesie ta mityczna opowieść o żołnierzach wyklętych? Co się w niej tak naprawdę kryje? W jakich kontekstach jest przywoływana? Po pierwsze przysłania obraz okresu tuż po II wojnie światowej, kiedy to przecież nie toczyła się tylko walka Polacy kontra Sowieci, lecz prawdziwa wojna domowa w wielu wymiarach. Po drugie, to kolejna odsłona myślenia o wielkiej ofierze krwi, jak w „Kinderszenen” Jarosława Marka Rymkiewicza, odwieczne powstańcze mity. One dziś łączą się z projektami współczesnej obrony terytorialnej, której niektórzy zwolennicy, zamiast myśleć o realnej geopolityce, fantazjują na temat tego, jak to będą w Puszczy Białowieskiej walczyli z oddziałami współczesnego NKWD. Oczywiście przerysowuję, ale tego typu narracje, całkowicie uprawnione, jeżeli chodzi o przywrócenie pamięci o tych, których skazano na zapomnienie, stają się podstawą jakiejś wizji przyszłości. Wizji, w której nie ma żadnego impulsu modernizacyjnego.

 

Przypis:

[1] Szerzej w książce powstałej na podstawie tych badań: P.T. Kwiatkowski, L.M. Nijakowski, B. Szacka, A. Szpociński, „Między codziennością a wielką historią. Druga wojna światowa w pamięci zbiorowej społeczeństwa polskiego”, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Muzeum II Wojny Światowej, Warszawa–Gdańsk 2010.

*Ikona wpisu: autorka ilustracji: Magdalena Walkowiak-Skórska

SKOMENTUJ

Nr 382

(18/2016)
3 maja 2016

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj