Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Wielkie odkurzanie, czyli...

Wielkie odkurzanie, czyli subiektywne zestawienie niesłusznie zapomnianych książek

Redaktorzy „Kultury Liberalnej”

Kosiński, Dygat, Płatonow, Kawabata… To tylko niektóre z nazwisk pisarzy, których książki przypominamy w naszym corocznym zestawieniu. Wydane przed laty, nieco zakurzone, z lekko powycieranymi okładkami, wciąż zaskakują i zmuszają do myślenia.

„Trzynaście fajek” Ilii Erenburga, czyli tytoniowy rytuał

 

Erenburg_13_fajek

Papieros to… tylko papieros. Jego palenie trwa raptem kilka minut. Zdaniem niektórych wyjątkowo brzydko pachnie i pozostawia nieprzyjemny posmak w ustach. To tylko Ersatz, mały pretekst do krótkotrwałej ucieczki od codziennych obowiązków. Cygaro to z kolei trochę zbyt długotrwała rozrywka. Porządne cygaro jest smaczne, ale drogie, i żeby je spalić, potrzeba dużo czasu i doświadczenia. Dobre cygaro lubi wejść w mariaż z dobrym posiłkiem i dobrym alkoholem. Przez jego rozmiary i dławiący dym trudno jest jednak robić przy nim cokolwiek innego poza paleniem, nie wspominając już o przebywaniu w towarzystwie osób niepalących. Cygaro jest więc dobre na szczególne okazje, dłuższą chwilę relaksu, od święta.

Fajka, proszę Czytelnika, to zupełnie inna historia. Rytuał zwykłego palenia trwa kilkanaście, góra trzydzieści minut (akurat tyle, żeby się zrelaksować, ale nie poświęcić temu pół wieczoru). Tytonie fajkowe są często przyprawiane, ładnie pachną podczas palenia i rzeczywiście mogą smakować. Ale przede wszystkim fajka to przedmiot, z którym nie rozstajemy się po jednym wypaleniu. Zostaje z nami na dłużej. Trzeba ją czyścić, pielęgnować. Możemy palić fajkę w domu, ale możemy zabrać ją też na spacer, usiąść z nią nad wodą… W złotych czasach naszej cywilizacji fajkę można było też palić w restauracji czy w kinie. Fajka towarzyszy palaczowi w ważnych momentach jego życia, jest smacznym dopełnieniem dobrych chwil, a czasem nawet deską ratunku, która pomaga przezwyciężyć złe chwile. Palacza z fajką łączy to, co buduje najmocniejsze więzi między przyjaciółmi czy członkami rodziny – wspólnota doświadczeń.

Tytułowych trzynaście fajek, które trafiają jedna po drugiej do rąk narratora krótkiego zbioru opowiadań Erenburga, wydanego po raz pierwszy w 1923 r., to wspólne dla wszystkich bohaterów rekwizyty. W dziełku rosyjskiego pisarza stanowią pretekst do opowiedzenia historii ich poprzednich właścicieli. Fajka jest towarzyszem komunarda na paryskich barykadach i młodego aktora, który nie cofnie się przed niczym, żeby zrobić karierę w raczkującym jeszcze Hollywood; jest świadkiem grzechu popełnionego przez surowego, protestanckiego farmera i nieszczęśliwej miłości kapitana żeglugi morskiej. Ilia Erenburg (1891–1967) przeszedł do historii literatury głównie dzięki powieści „Odwilż” (1956), od której tytułu wzięła się nazwa całego okresu w historii ZSRR i innych demoludów. Ale to właśnie te wczesne opowiadania o koronkowej konstrukcji są świadectwem wielkiego kunsztu literackiego autora, a przede wszystkim hołdem dla fajki i jej czarodziejskiego rytuału, który towarzyszy ludziom w historiach wielkich i małych, słodkich i gorzkich.

Hubert Czyżewski

Książka:

Ilia Erenburg, „Trzynaście fajek”, przeł. Jerzy Pański, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1966. (Pierwsze polskie wydanie: Ilja Erenburg, „Trzynaście fajek”, z upoważnienia aut. przeł. Aleksander Wat, Towarzystwo Wydawnicze „Rój”, Warszawa 1927).

 


 

„Randka w ciemno” Jerzego Kosińskiego, czyli wystarczy udawać

 

Kosinski_Randka_w_ciemno

Nie ma chyba głupszego klucza do czytania literatury aniżeli biografia jej autora. Co nas właściwie obchodzi, że Céline był skończoną szują? Co nas obchodzą ruletkowe słabości Dostojewskiego? Co podniecającego jest w tym żukowatym urzędniku z Pragi, który wieczorami pisał „Proces”? Nawet jeśli w zdarzeniu z życia twórcy znajduje się prefiguracja danej sceny czy postaci, jest ona tylko prefiguracją – bladą i wiotką w porównaniu z literaturą.

W przypadku Jerzego Kosińskiego jest inaczej. On nie tyle był szują. Był – jeśli wierzyć niechętnym biografom – beztalenciem i oszustem. Niechętnym biografom wierzę, ale nie mogę zrozumieć, dlaczego nie widzą oni w tym, co rzutuje na twórczość Kosińskiego, w jego zmyślonym lub prawdziwym życiu, gigantycznego charme, któremu trudno się oprzeć. Żydowski chłopiec, który przeżył Szoa; emigrant, który w świecie angielszczyzny znalazł się o wiele później niż Conrad, a mimo wszystko zgarnął National Book Award; bywalec klubów sado-maso; człowiek, który w Nowym Jorku „znał wszystkich, których trzeba znać” (cyt. za Wojciechem Fibakiem); wreszcie oszust, który łudził się, że nikt w USA nie zauważy fabuły „Wystarczy być” zerżniętej z Dołęgi-Mostowicza.

Chyba największa tragedią Kosińskiego było to, że literatura nie jest mimo wszystko tak dobrym biznesem jak film. Gdyby było inaczej, zapewne dziś fetowano by go jak Romana Polańskiego. Twórcę „Lokatora” przywołuję tu nieprzypadkowo. Osobą cudem ocalałą z morderstwa, podobnego do tego, w którym zginęła Sharon Tate, ma być główny bohater najlepszej chyba powieści Dżerziego, „Randki w ciemno”. George Levanter to postać tajemnicza, Rosjanin, który przedarł się przez żelazną kurtynę i dziś jest biznesmenem, podróżującym w nieokreślonych interesach po całym świecie i trafiającym na tak dziwaczne imprezy, jak zjazd amerykańskich karłów. Gdzie tylko się znajdzie (Stany, Europa, w szczególności Szwajcaria), uwodzi wszystkie napotkane kobiety oraz transseksualistów. Kiedyś uwiódł nawet własną matkę. Ciągnie się za nim niechlubna przeszłość. Jako nastolatek na obozie młodzieżowym w ZSRR zgwałcił swoją koleżankę (plastyczny, pachnący morzem, sosnowym igliwiem i Milanem Kunderą opis obozu zasługuje na szczególną uwagę). Levanter to człowiek traktujący swoje życie jak grę, jak tytułową randkę w ciemno, która – jeśli dobrze się obstawi osobę – może mieć rozkoszne zakończenie.

Czy Levanter jest Kosińskim? Oczywiście, że jest. Nie podejrzewam prozaika o talencie tak miernym, że nominowanie go do Nobla wzbudza zażenowanie pomieszane z rozbawieniem, o umiejętność robienia własnej literatury z czegoś poza inną literaturą, jarmarczną psychoanalizą albo własnym życiem. „Randka w ciemno” to powieść o tyle wyjątkowa, że Kosiński swoją biografię wzbogaca w niej o aspiracje, które mu w USA towarzyszyły. W osobie cynicznego Levantera widać człowieka, za którego Kosiński chciał uchodzić, ale nie starczyło mu na to sprytu i pieniędzy. (Kiedy sam ogłaszał, że prawie zginął w willi Polańskiego, skonsternowany reżyser wypomniał mu, że Sharon Tate go nie znosiła). Czyta się to świetnie. Bo choć Kosiński nie jest, jak kiedyś określił go któryś z amerykańskich krytyków, „skrzyżowaniem Geneta z Kafką i Dostojewskim”, to jest pisarzem, który stworzył wielkie guilty pleasures: czytadła świetnie udające, że nie są czytadłami. Tak jak on udawał, że jest wielkim pisarzem.

Wojciech Engelking

Książka:

Jerzy Kosiński, „Randka w ciemno”, przeł. Tomasz Mirkowicz, Da Capo, Warszawa 1992.

 


 

„Pół wieku” Jerzego Putramenta, czyli o systemie od środka

Putrament_Pol wieku

Jeśli miałbym wskazać polskiego pisarza, którego twórczość uległa kompletnemu zapomnieniu, jednym z oczywistych kandydatów wydaje się Jerzy Putrament. Zasłona milczenia, jaka spowiła pisarza, nie dotyczy jednak jego samego. O Putramencie się zasadniczo pamięta, jest to jednak pamięć jednoznacznie negatywna. Z tym, że na pisarza patrzymy prawie wyłącznie obcymi oczami – głównie znaczenie wybitniejszych kolegów (np. Czesława Miłosza) oraz nielicznych autorów monografii.

Czy słusznie widzimy w Putramencie wyłącznie aparatczyka, który nie napisał nic godnego uwagi? Historyk musi przyznać, że pisarz nie był największą kanalią. W czasach Polski Ludowej znaleźliby się znacznie gorsi. W obliczu tych, którzy twierdzą, że słusznie wyleciał z naszej pamięci, bo zabrakło mu po prostu talentu, też warto zabawić się w „adwokata diabła”, bo totalnym beztalenciom, takim jak chociażby Jan Maria Gisges, nie przytrafiały się książki porządne, a taką ma na swoim koncie bohater niniejszego tekstu. Mowa o „Bołdynie”, która jest jedną z lepszych analiz wojennego partyzanckiego obłąkania (gdzieniegdzie zbliżoną nawet do klasycznego Różewiczowskiego „Do piachu”).

Przede wszystkim jednak Putrament pozostawił nam jedno dzieło – dość monumentalny cykl pamiętnikarski. „Pół wieku” powstawało przez blisko trzy dekady i przez mniej więcej podobny okres było – tom po tomie – wydawane. Gdy ukazywała się jego pierwsza część, poświęcona Putramentowemu dzieciństwu, autor był jeszcze kandydatem na pisarza ze szkolnych wypisów. Gdy wyszedł tom ostatni, pisarz leżał od roku w grobie i nawet mniej odważni twórcy snobowali się już na nielubienie Putramenta.

Dlaczego do „Pół wieku” należy sięgnąć? Na pewno nie dla walorów literackich, bo mamy jednak do wyboru znacznie lepszą memuarystykę. Sam Putrament przez dziewięć tomów regularnie się do swoich pisarskich ograniczeń przyznaje i nie wciska nam na siłę swoich dzieł. Osobistych rozterek literackich jest w pamiętnikach niewiele, a jeśli już się zdarzają, to oblane są sosem sarkazmu i ironii. Mamy za to ciekawą trwającą pół wieku ewolucję człowieka – od przynależności do kresowej rodziny, przez młodzieńczy związek z ruchem narodowym, autentyczną wiarę w komunizm, powolne wsiąkanie w system w czasie wojny i znacznie głębsze uwikłanie po jej zakończeniu, a także masę spraw o których niewiele wiemy (choćby najlepsze w polskiej literaturze – głównie z uwagi na historyczne wyczucie autora i zdolność pokazania zarówno wielkiej polityki i jej aktorów, jak i codziennych spraw – spojrzenie na stosunki polsko-francuskie bezpośrednio po zakończeniu drugiej wojny światowej).

Oczywiście Putrament łże. Pokażmy jednak światu w pełni zgodnego z prawdą memuarystę. Kłamie, gdy pisze o sytuacji na wojennym Wołyniu, kłamie, opisując sytuację Polaków w ZSRR, kłamie, gdy wspomina o AK w Wilnie, i kłamie, gdy mówi o PRL, ale też nie twierdzi, że PRL była rajem, nie przemilcza zesłań, czystek i wielu prześladowań. Czy było mu wolno więcej, czy też po prostu próbował się rehabilitować poprzez pisanie prawdy? Tego nigdy się nie dowiemy. Możemy się jedynie domyślać, że część kłamstw wymusiła na nim cenzura, a część wynikła z autentycznego przekonania Putramenta o słuszności postępowania jego i jego współwyznawców. Zresztą ludzie ważni – a takim Putrament był – potrafią łgać z myślą o historii, a ściślej o swoim w niej miejscu.

Pełną analizę źródła pozostawmy jednak historykom, którzy znają swój fach. Jedno będzie dla nich pewne: by poznać system, jaki panował w Polsce przed 1989 r., trzeba czytać również spuściznę ludzi, którzy go tworzyli. „Pół wieku” jest w tej grupie jednym z wybitniejszych dzieł. Choć pisarskiej wielkości Putramenta nie potwierdza, robi mu miejsce w gronie osób tworzących historię.

Łukasz Jasina

Książka:

Jerzy Putrament, „Pół wieku”, t. I–IX, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1961–1987.

 


 

„Poradnik życiowy” Zbigniewa Lengrena, czyli jak być szczęśliwym

 

Lengren_Poradnik zyciowy

W czasach, kiedy pytanie o to, jak żyć, rzadko schodzi nam z ust, polecam powrót do niezwykle cennego dzieła autorstwa Zbigniewa Lengrena. Rekomenduję książkę osobiście sprawdzoną, bo wśród licznych poradników, które znaleźć możemy bez trudu na półkach księgarń i w zakamarkach bibliotek, łatwo jest się zagubić, czego skutki mogą być katastrofalne. Wyobraźmy sobie na przykład sytuację, gdy podczas ważnych negocjacji zamiast zasad prowadzenia rozmów biznesowych, zdenerwowani zastosujemy porady z publikacji „Bez paniki, to tylko randka”, na dodatek z rozdziału o tym, jak uciekać przez okno w łazience, jeśli potencjalny partner okaże się psychopatycznym mordercą. Albo wpadniemy w pułapkę Bridget Jones i po lekturze dwustu różnych poradników nie będziemy pewni, czy mężczyźni są z Marsa, czy też może raczej z Tindera, i co właściwie należy robić podczas trzeciego spotkania z potencjalnym narzeczonym. Przed tego rodzaju porażkami ustrzec można się tylko w jeden sposób: poprzez wybranie sobie poradnika, który poprowadzi nas przez życie bezpiecznie, na każde nasze pytanie odpowiadając w sposób kompetentny i rzeczowy. Po tym jak przez czasy dzieciństwa przeszłam prawie wyłącznie dzięki wsparciu dzieła pt. „Trzeba umieć sobie radzić” (A. Braun, E. Nell), w dorosłość wkroczyłam w miarę bezkolizyjnie właśnie dzięki wyjątkowemu „Poradnikowi życiowemu” Lengrena.

Książka ta budzi zaufanie od pierwszych stron, kiedy autor wyciąga do czytelnika pomocną dłoń (w skali 1:4). I choć nie znajdziemy tu informacji o tym, jak lansować się w internecie – co jest całkowicie usprawiedliwione datą wydania – dowiemy się, jak podróżować koleją czy jak jeździć na nartach. Nie brak tu również cennych wskazówek dotyczących złożonych relacji męsko-damskich. Dość powiedzieć, że rozdziały „Jak zdobywać względy kobiet” oraz „Jak usidlać mężczyzn” nigdy mnie nie zawiodły. W czasach, kiedy dbałość o wizerunek jest ważniejsza niż kiedykolwiek, warto przeczytać porady dotyczące tego, jak stać się interesującym (kluczową umiejętnością jest zadawanie właściwych pytań), jak się fotografować oraz jak podkreślać urodę. Jeśli już opanujemy te trudne umiejętności, a zastanawiamy się akurat nad wyborem drogi życiowej, powinniśmy zaczerpnąć z krynicy mądrości bijącej z rozdziałów poświęconych temu, jak zostać malarzem lub pisarzem (podobno łatwiej pisać dla dzieci, ponieważ nie potrafią one czytać). Bez zapoznania się z zasadami wygłaszania porywających przemówień, nie wyobrażam sobie kariery w polityce. Jeżeli nie zastosujemy się do żadnych porad profesjonalnych, zawsze pozostaje nam garść użytecznych informacji zawartych w rozdziale „Jak żebrać”.

Lengren_Poradnik zyciowy_il

Równoprawne wobec tekstu są w poradniku Lengrena oczywiście ilustracje: charakterystyczna elegancka kreska autora cotygodniowych graficznych opowieści (jakoś nie mogę nazwać ich po prostu komiksami) o profesorze Filutku i jego psie niejednokrotnie lepiej niż słowo tłumaczy czytelnikowi, jak powinien się zachowywać, czego unikać i na co zwracać uwagę. Jeśli macie państwo wątpliwości, czy książka ta może się przydać, przytoczę fragment z mojego ulubionego rozdziału „Jak podróżować koleją”: „Praktyka wskazuje, że nawet połowa tego, co zamierzaliśmy zabrać, nie mieści się z reguły w walizce. Dlatego nie radzę łamać sobie głowy nad metodycznym zagospodarowaniem wnętrza walizki. Raczej wrzucać wszystko «jak leci» i szybko, naciskając wieko kolanem, zamknąć cały bałagan i nie wracać więcej do tego zagadnienia. Jeżeli po zamknięciu wystają jakieś szmatki, obciąć je starannie nożyczkami, co później, po przyjeździe na miejsce dostarczy nam moc śmiechu przy ubieraniu się”. Od lat z powodzeniem stosuję tę metodę i z satysfakcją obserwuję, że nie przestaje mnie ona bawić.

Właściwie poradnik Lengrena ma tylko jedną wadę: został wydany dawno temu i w zbyt małym nakładzie. Jestem przekonana, że gdyby książka ta znajdowała się w każdym domu, a na jej podstawie opracowano by chociażby krótkie, lecz obowiązkowe kursy savoir-vivre’u, nasza rzeczywistość byłaby co najmniej o kilka klas lepsza, a ludzie nie przywiązywaliby wagi do problemów niegodnych wzruszenia ramion.

Katarzyna Kasia

Książka:

Zbigniew Lengren, „Poradnik życiowy”, Wydawnictwo Artystyczno-Graficzne, Warszawa 1964.

 


 

„Szczęśliwa Moskwa” Andrieja Płatonowa, czyli kiszki sowieckiego człowieka

 

 Platonow_Szczesliwa_Moskwa

Habent sua fata libelli. „Szczęśliwa Moskwa” Andrieja Płatonowa jest tego najlepszym przykładem. Pierwsze wzmianki o tym utworze pojawiły się na początku 1934 r. To właśnie wtedy 35-letni pisarz wspomniał w informacji dla radzieckiego Stowarzyszenia Pisarzy o nowej książce, nad którą właśnie pracuje. Lata jednak mijały, a „Szczęśliwa Moskwa” wciąż pozostawała dziełem niedokończonym. W 1951 r. Płatonow zmarł. Maszynopis powieści przeleżał w domowym archiwum autora aż do 1991 r., kiedy to córka pisarza przekazała go do druku miesięcznikowi „Nowyj Mir”. Dla pokaźnego grona miłośników Płatonowa dzieło stało się objawieniem i nie bez przyczyny Wiktor Jerofiejew nazwał je później „najważniejszym wydarzeniem literackim w Rosji w latach 1991–1992”. Na polskie tłumaczenie musieliśmy poczekać jednak jeszcze pół dekady. W końcu w 1997 r. „Szczęśliwa Moskwa”, wraz z utworami „Spor” i „Powieść techniczna”, ukazała się w przekładzie Henryka Chłystowskiego w znanej serii Nike.

Nie oszukujmy się. W Polsce powieść Płatonowa wśród szerszych kręgów czytelników przeszła prawie niezauważona. Przyczyny tego stanu rzeczy mogły być co najmniej dwie. Po pierwsze, autor zbyt mocno kojarzył się z radziecką produkcją literacką okresu stalinowskiego. Po drugie, na wskroś modernistyczny i jednocześnie zupełnie osobny język Płatonowowskiej prozy był zbyt hermetyczny, by mógł uwieść nieprzygotowanego odbiorcę.

Paradoksalnie to właśnie obie te okoliczności sprawiają dziś, że lektura twórczości Płatonowa jest tak pasjonująca. Przede wszystkim dlatego, że pisarz, choć zafascynowany maszynami i siłą technicznej myśli, która jest w stanie ujarzmić naturę, nie był zwykłym autorem sowieckich produkcyjniaków. Oskarżany o nihilizm i kontrrewolucyjne wątki w swojej prozie co najmniej od początku lat 30., Płatonow uparcie tworzył swoje własne, literackie imaginarium. Tak jak w nieukończonej „Szczęśliwej Moskwie”, w której w alegoryczny sposób opisuje nieziszczalność komunistycznej utopii.

Bohaterką tej przedziwnej powieści jest tytułowa Moskwa Iwanowna Czestnowa, sierota, która trafia do szkoły lotniczej i zostaje spadochroniarką. Wskutek nieszczęśliwego wypadku (podczas skoku jej spadochron zajmuje się ogniem od papierosa, którego nasza komsomołka beztrosko zapala) Czestnowa zostaje wydalona z lotnictwa, by dzięki protekcji trafić następnie do pracy przy budowie moskiewskiego metra, gdzie wpada pod wagon i traci nogę. Tyle fabuły. U Płatonowa ważniejsze są jednak postacie. Sama Czestnowa, która jest alegorią kolejno radzieckiej stolicy (Moskwa), bezimiennego tłumu sowieckich obywateli (Iwanowna, od najpopularniejszego rosyjskiego imienia) oraz komunistycznej idei (Czestnowa, od słowa czest’ – „cześć, uczciwość, cnota”), i jej kochankowie, czyli radzieccy ludzie: zafascynowany esperanto geometra Bożko, „człowiek rozpoczęty i niezakończony” Komiagin, wynalazca Sartorius i chirurg poszukujący sposobu na nieśmiertelność Sambikin. Wszyscy oni są produktami bolszewickiego wychowania i wszyscy pragną zbudować komunistyczną utopię zgodną z sowieckim wzorcem. Wszyscy są jednocześnie życiowymi bankrutami, których dopada, o czym przypomina w posłowiu tłumacz, płatonowowska skuka – „nuda, udręka, beznadzieja, smutek i nieokreślona tęsknota”. Innymi słowy – pustka, którą Sambikin odkrywa w kiszkach martwej kobiety gdzieś między pokarmem a kałem i tak opisuje swojemu przyjacielowi Sartoriusowi: „Ta pustka w kiszkach wsysa w siebie całe człowieczeństwo i napędza historię świata. To dusza – powąchaj!”.

Jeśli do tego wszystkiego dodać modernistyczną z ducha językową brawurę i stylistyczne nowatorstwo Płatonowa, przyprawiające wszystkich jego tłumaczy o ból głowy, nie dziwi reakcja wielkiego językoznawcy Stalina, który jedną z powieści pisarza zaopiniował krótko: „Kanalia!”. Dla współczesnego czytelnika nie może być lepszej rekomendacji.

Piotr Kieżun

Książka:

Andriej Płatonow, „Szczęśliwa Moskwa. Spor. Powieść techniczna”, przeł. Henryk Chłystowski, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1997. (Pierwodruk fragmentów przekładu „Szczęśliwej Moskwy” ukazał się w „Literaturze na świecie” nr 7/1996).

 


 

„Pożegnania” Stanisława Dygata, czyli schematom wbrew

 

Dygat_Pozegnania

Żeby zmusić Stanisława Dygata do napisania drugiej książki, znajoma miała zamknąć go na klucz w pokoju pensjonatu w Kudowie. W ten sposób w 1948 r. powstały „Pożegnania”, kameralna powieść o odchodzącym w przeszłość przedwojennym świecie i o młodzieńczym buncie wobec zastanych form, która dobrze mogła się wpisać w ówczesne rozrachunki z sanacyjną Polską. Jednak autorowi balansującemu pomiędzy sentymentalizmem a groteską udało się tego uniknąć tak dobrze, że wkrótce zarzucono mu estetyzm i nie dość krytyczny stosunek do burżuazyjnego kapitalizmu. Konsekwencja Dygata w budowaniu własnego stylu i nawiązanie do klimatu stworzonego w „Jeziorze Bodeńskim” świadczyły o „jego pisarskiej uczciwości wobec samego siebie”, jak zauważył Stefan Kisielewski. Potwierdziło się to zresztą w kolejnych latach. Do 1958 r. Dygat nie opublikował żadnej powieści, a na pytanie, dlaczego nie napisał nic socrealistycznego, miał odpowiedzieć: „Chciałem, ale nie potrafiłem”. Uchodził za dżentelmena, który przeniósł zasady dwudziestolecia międzywojennego przez okupację.

„Pożegnania” można właśnie tak czytać – przez pryzmat skomplikowanej powojennej rzeczywistości, jako rozliczenie z przeszłością i „dokument pewnej epoki psychicznej”. Dla historyka to gratka. Byłaby to jednak interpretacja nader ograniczona i krzywdząca wobec tej skrzącej się ironią i humorem książki. Znajdziemy tam bowiem i obserwowaną z krytycznym dystansem młodzieńczą ucieczkę od masek i konwenansów, i subtelną analizę relacji damsko-męskiej, i odbite w krzywym zwierciadle polski patos i martyrologię. Wszystko zanurzone a to w dusznej atmosferze Warszawy i Paryża lat 30., a to w dekadenckim klimacie końca wojny. I żadnych łatwych odpowiedzi.

Mnie w „Pożegnaniach” najbardziej urzekły dialogi, szczególnie te między dwójką głównych bohaterów – Lidką i Pawłem, fordanserką i chłopcem z dobrego domu, których wojna stawia w zupełnie nowych rolach. W ich rozmowach zamknięte jest napięcie i wzajemne zainteresowanie, do którego żadne z nich nie chcę się przyznać i które przykrywają kpiną z obowiązujących zasad. Grają przed sobą, a jednocześnie potrafią ocenić swoje postępowanie z bezwzględną szczerością, jak Paweł, który mówi: „Ja nie miałem żadnych gotowych treści, z którymi mógłbym zapoznać zahaczających mnie współtowarzyszy życia, musiałem zmyślać i podawać im najtypowsze, schematyczne, łatwe do strawienia”.

Wszystko to sprawia, że „Pożegnania” czytane dziś wcale nie trącą myszką. Przynoszą świeże spojrzenie zarówno na pewną epokę, którą ostatnio przyzwyczailiśmy się oglądać w biało-czarnych barwach, jak i na ludzkie zachowania, które – tak dawniej, jak i obecnie – mogą być wtłoczone w obowiązujące społeczne formy i bogoojczyźniane schematy. Dlatego trudno zgodzić się z opinią, przytoczoną przez Joannę Olczak-Ronikier we wspomnieniowej książce „Wtedy. O powojennym Krakowie”, że Dygat to pisarz, który „nie ma nam dzisiaj nic do powiedzenia”. Choć z przykrością trzeba przyznać, że obecnie rzadko bywa czytany.

Iza Mrzygłód

Książka:

Stanisław Dygat, „Pożegnania”, Spółdzielnia Wydawnicza „Czytelnik”, Warszawa 1948. (Najnowsze wydanie: Stanisław Dygat, „Pożegnania”, Prószyński Media, Warszawa 2011).

 


 

„Śpiące piękności” Yasunariego Kawabaty, czyli obnażanie japońskości

 

Kawabata_Tysiac_zurawi

W 1968 r. literacką Nagrodę Nobla dostał pierwszy Japończyk w historii, Yasunari Kawabata. Zachodni świat ogromnie się wtedy zdziwił, że wyróżniony został twórca tak często wykorzystujący nieprzetłumaczalne osobliwości japońszczyzny, autor takich powieści, jak „Kraina śniegu”, w której dwoje głównych bohaterów na przemian mówi do siebie językiem męskim i kobiecym, pełnym słów i zwrotów specyficznych dla każdej z płci.

Bariera kulturowa nie jest jednak przeszkodą nie do przeskoczenia. Można się o tym przekonać, kiedy sięgnie się po „Śpiące piękności”, doskonałą ilustrację prozatorsko-poetyckiego kunsztu Kawabaty. Opowiadają one historię 67-letniego starca Eguchiego, który odwiedza szczególny dom schadzek, gdzie młode dziewice usypia się proszkami nasennymi. Robi się to jedynie po to, by starzy mężczyźni, również po zażyciu środków usypiających, mogli położyć się obok 14- czy 18-letnich dziewcząt i wszystkimi zmysłami chłonąć ich młodość. Prowadzeni przez Eguchiego, czujemy pod palcami gładkość skóry dziewczyny, widzimy „tę samą ciepłą czerwień w małżowinie uszu, co w koniuszkach palców”, wąchamy unoszącą się wokół „mleczną woń niemowlęcia ssącego pokarm z piersi” i słyszymy napływającą od ciała śpiącej, „przepełnioną miłością (…) muzykę rozpraszającą dręczące go [Eguchiego – A.O.] dotąd poczucie winy”. Przy tym od dłoni dziewicy przepływa na powieki starca „strumień życia, jego melodia”, a Eguchi leży, śni i kontempluje.

Zapis nieprzyzwoitych myśli staruszka okazuje się jednak czymś więcej niż apoteozą ciała pięknej kobiety. Kawabata przekształca go w poetycki traktat o starzeniu się, śmierci i miłości, w którym nie ma ani wulgarnej dosłowności, ani opisów seksualnych zbliżeń. Zamiast nich są zmysłowość i zaskakujący detal. Wszystko dzięki temu, że Eguchi skupia się na analizie wielu mało znaczących szczegółów, jak wspomniana małżowina ucha dziewczyny albo jej „ładnie zakrzywiony ząb”, a od nich przechodzi do namysłu nad własną brzydotą i minionym życiem. Po zastanowieniu się nad odważnymi wyborami miłosnymi swojej młodej córki czy swoją dziecięcą relacją z matką jako pierwszą kobietą dochodzi do wniosku, że podczas gdy sensem młodości jest miłość, jedynym sensem starości pozostaje śmierć. W domu schadzek miłość jednak nie istnieje, a wraz z pojawieniem się wątku kryminalnego triumfuje śmierć, która zabiera jedną z nastoletnich dziewic i jednego ze starców.

Ta niezwyczajna opowieść stanowi punkt wyjścia do zgłębiania istoty piękna, któremu Kawabata przez całe życie był bez reszty oddany. Uważał przy tym, że zachwyt ma sens o tyle, o ile pomaga człowiekowi odszukać istotę rzeczy i ułatwia zjednoczenie z przyrodą. Jeśli ludzie są co do tego zgodni, zachwyt służy im także do wzmacniania więzi społecznych. Inaczej niż w przypadku bohatera „Śpiących piękności”, świadomego, że leżenie starca obok nastolatki, w dodatku za każdym razem innej, „to nie są stosunki międzyludzkie”.

Kawabata bardzo zręcznie łączy estetykę z etyką. Przy tym jego historie są zwarte, nie ma w nich zbędnych słów, a dialogi są żywe i krótkie. Niestety, bywa że podczas lektury musimy się męczyć ze swoją europejskością, która odgradza nas od azjatyckiej kultury wysokim murem niezrozumienia. Kawabatę warto jednak czytać dla tych kilku zachwytów, kiedy odkrywa się przed nami orientalny, uwodzicielski świat – kuszący sensualizmem, odważną, choć powściągliwą erotyką i dziwacznym humorem.

Anna Olmińska

Książka:

Yasunari Kawabata, „Tysiąc żurawi. Śpiące piękności”, przeł. Mikołaj Melanowicz, PIW, Warszawa 1987.

 


 

„Kroniki abisyńskie” Mosesa Isegawy, czyli na krawędzi otchłani

 

Isegawa_Kroniki abisynskie

Niepoprawność polityczna w stylu Salmana Rushdiego oraz wyobraźnia literacka przywodząca na myśl „Sto lat samotności” Gabriela Garcíi Márqueza – takie jest właśnie pisarstwo Mosesa Isegawy. Twórca ten funkcjonuje na granicy dwóch światów – afrykańskiego i europejskiego. Urodzony na ugandyjskiej prowincji, wykształcony w elitarnym Makerere University, w wieku 27 lat wyemigrował za chlebem do Amsterdamu, gdzie zyskał pisarską sławę i skąd wrócił do Kampali po niespełna dwóch dekadach. Jego biografia literacka naznaczona została walką z wykluczeniem oraz nieustannym balansowaniem między tradycją a nowoczesnością.

Najważniejszą powieścią w dorobku Isegawy są „Kroniki abisyńskie”. Książka ta, będąca debiutem Ugandyjczyka, zyskała status bestsellera w Beneluksie oraz kilku krajach Wspólnoty Narodów. Ta nakreślona z ogromnym rozmachem saga to utwór częściowo autobiograficzny, w którym intymne dzieje rodzinnych peregrynacji na linii interior–miasto i Afryka–Europa splatają się z burzliwymi losami postkolonialnego świata. Miejscem akcji jest głównie Uganda, państwo, które większości Polaków kojarzy się egzotycznie: albo z Josephem Konym, liderem złożonej z dzieci Bożej Armii Oporu, albo z charyzmatycznym kaznodzieją Johnem Baptistą Bashoborą, chętnie odwiedzającym Stadion Narodowy w Warszawie.

Na kilkuset stronach „Kronik abisyńskich” autor dokonuje błyskotliwej dekonstrukcji subsaharyjskich utopii i podsumowuje kilka postkolonialnych dekad. Jest to czas destrukcyjnej działalności misjonarzy, technokratów, proroków przemysłu pomocowego, lokalnych despotów i krwawych watażków. Galeria szaleńców, ukazana w „Kronikach”, oraz opis roztaczanych przez nich wizji przytłaczają czytelnika psychicznie. Celem Isegawy nie jest jednak wzbudzenie współczucia u odbiorcy, a wprost przeciwnie. Skrajnie naturalistyczna narracja Ugandyjczyka z holenderskim paszportem podszyta jest brutalną ironią, która wielokrotnie przeistacza się w jawną, antyzachodnią prowokację. Autor uparcie twierdzi: to wy, Europejczycy – czyli pierwsi czytelnicy moich książek – przeszczepiliście do Afryki przemoc, która stała się immanentną cechą nas samych. Przemoc ta zniszczy nas i was i zepchnie wszystkich w otchłań, czyli przeniesie do tytułowej Abisynii.

W końcowej części książki Isegawa zdaje się sygnalizować, że wkrótce los Afryki się odmieni. Przeczuciu rychłego renesansu etnicznych kultur globalnego Południa towarzyszy tu zniechęcenie zanurzonym w konsumeryzmie Starym Światem. Powrót Isegawy do Kampali, na który ostatecznie zdecydował się blisko dekadę po publikacji „Kronik abisyńskich”, stał się manifestacją wyjątkowości dziedzictwa Czarnego Lądu.

Błażej Popławski

Książka:

Moses Isegawa, „Kroniki abisyńskie”, przeł. Alicja Dehue-Oczko, Albatros, Warszawa 2000.

SKOMENTUJ

Nr 363

(51/2015)
22 grudnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj