Wesprzyj Kulturę Liberalną
Przyszłość naszego tygodnika zależy od Darczyńców. Wesprzyj Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Felietony > Raport z Miastka,...

Raport z Miastka, czyli symptom upadku

Kacper Szulecki

Głośny raport zespołu Macieja Gduli pokazuje skalę upadku. Ale bynajmniej nie Polski powiatowej, tylko opozycji i roli użytkowych badań społecznych w polityce.

Fascynujący obraz Polski wyłania się nie z raportu, ale z jego odbioru – tego, jak wielkie poruszenie wywołał. Na łamach portalu Gazeta.pl Grzegorz Sroczyński szumnie ogłasza: „wyborcy PiS przemówili. Dzięki badaniom socjologa Macieja Gduli w Miastku dowiedzieliśmy się, jacy są, jak żyją, co myślą”. Rozumiem, że cykl wywiadów trzeba dobrze sprzedać, ale jeśli rzeczywiście wycieczka grupki socjologów do niedużego miasta potrafi przemeblować lewicową narrację na temat Polski powiatowej, to świadczy to bardzo źle o lewicy i jej narracjach.

Sroczyński niestety nie poprzestaje na tym: „okazuje się, że wiele publicystycznych tez na ich [wyborców PiS-u] temat było niewarte funta kłaków. Na przykład ta, że wyborcy PiS to głównie przegrani polskiej transformacji albo że Kaczyńskiego najbardziej bezkrytycznie popierają ludzie słabiej wykształceni”. W ten sposób, chcąc za jednym zamachem dopiec telewizyjnym gadającym głowom, wysysającym dane i hipotezy na temat stanu polskiego społeczeństwa z palca, jak i zawodowym badaczom, kompromituje się przede wszystkim sam. To, że PiS wygrywa wśród ludzi z niższym wykształceniem, znaczy tyle, że spośród ludzi z takim wykształceniem najwięcej głosuje na PiS, a nie, że wśród wyborców PiS-u jest ich najwięcej. Poza tym to jest akurat wynik badań, a nie „publicystyczna teza”.

Według Sroczyńskiego, wyborcy PiS-u głosują na PiS „z innych powodów, niż sądziliśmy” – i dopiero raport z Miastka otwiera nam oczy na te wcześniej nieodkryte powody. Znów, nie wiem, kim są owi „my” z tego zdania, ale jeśli lektura raportu doprowadziła kogoś do radykalnego olśnienia, to znaczy, że wcześniej miał bardzo ograniczony kontakt z polską rzeczywistością.

Tak naprawdę każdy, kto choć trochę słucha ludzi i nie boi się kontaktu z odmiennie myślącymi, kto ma rodzinę w małym mieście lub na wsi, kto zapuszcza się czasem w rejony internetu, gdzie nie docierają memy partii Razem – choć raz słyszał lub czytał każdą przytoczoną w raporcie tezę.

Ktoś może oczywiście powiedzieć, że takie zasłyszane opinie oraz intuicyjne oceny nastrojów społecznych to tylko „anegdoty”. To prawda. Zapewne takim osobom potrzebny był raport, który całkowicie anegdotyczne dane z bardzo wąskiej próby przedstawia w elegancki i sformalizowany sposób.

Wyjaśnię jednak od razu – raport „Dobra zmiana w Miastku” Gduli et al. to kawał dobrej socjologicznej pracy, sam w sobie bez zarzutu. Trzeba go jednak odbierać jako to, czym w rzeczywistości jest – sprawozdaniem z niedużego badania empirycznego w jednym miasteczku. Badania tak skromnego, że raport powinien kończyć się rytualnym naukowym „potrzeba więcej badań w tym kierunku”. Najciekawsze są w nim zebrane opinie respondentów, teoretyczna otoczka już mniej.

Czytelnicy o mniej marksowskim niż autorzy usposobieniu mogą dziwić się arbitralnemu dzieleniu ludzi na klasę średnią i „ludową” – dwie kompletnie rozłączne i nieprzemakalne kategorie, narzucone przez autorów i wpływające na interpretację wyników. Drugim problemem jest pojęcie „neoautorytaryzmu”, które Gdula ukuł, a środowisko „Krytyki Politycznej” lansuje na cztery strony świata. Pojęcie, które więcej zaciemnia, niż wyjaśnia. Po lekturze samego raportu bardzo trudno zrozumieć, czym ów neoautorytaryzm jest. Pojawia się jako narzędzie krytyki dużo lepiej opracowanego pojęcia populizmu, które krytykuje, używając przez siebie wymyślonej parodiowej definicji, po to tylko by zdefiniować neoautorytaryzm typowymi cechami populizmu. To nie świadczy najlepiej o autorze. Akademicki clickbait, który, jak mniemam, ma skłonić innych badaczy polskiej polityki do powoływania się na nowe, rewolucyjne pojęcie i zakup powstałej na bazie wyprawy do Miastka książki.

Jednak nie o sam raport tak naprawdę tu chodzi. Symptomem prawdziwej tragedii jest to, jak wielki szum wywołał w szeregach opozycji. „Fascynujące!”, „petarda!”, „kopalnia wiedzy o wyborcach” – oto tylko kilka cytatów.

To naprawdę załamujące. Jeśli na opozycji, na przykład na Rafale Trzaskowskim i PO, cytaty z bohaterów badania zrobiły aż takie wrażenie, to jest to kolejny dowód na dramatyczny stan opozycji parlamentarnej. Oderwanie zawodowych polityków w Warszawie od wyborców w małych miastach, w dodatku takich, którzy głosują na ich politycznych przeciwników, można jeszcze zrozumieć. Ale przecież taką „kopalnię wiedzy o wyborcach” posłanki i posłowie PO i Nowoczesnej powinni byli sami sobie zamówić na miesiąc czy dwa po przegranych wyborach. Ten raport powinien był powstać na początku 2016 r. na zlecenie jednej z partii, które mają na takie cele setki tysięcy złotych. Dyskutujemy o nim dwa lata później, a lekcję odrobili niezależni badacze – grupka socjologów wybrała się do Sochaczewa i zmieniła obraz świata posła Trzaskowskiego.

To jednak nie jest przypadek, że raport, który powinni napisać być może ci sami badacze – pewnie za lepsze pieniądze i na zlecenie – powstaje niezależnie i tak późno. To symptom kolejnej tragedii – absolutnego braku szacunku dla wiedzy, empirycznych badań i evidence-based policy (polityki opartej na dowodach) w Polsce. Tu można zgodzić się z prztyczkami Sroczyńskiego – zbyt wielka część polskiej debaty publicznej toczy się w oparciu o nieuprawnione generalizacje, zmyślone dane, przysłowiową „etnografię taksówkarzy” (jechałem z lotniska i rozmawiałem z kierowcą, więc wiem, co myśli lud) albo kompletne bzdury. Jest tak w każdej dziedzinie, a tracą na tym badacze społeczni – wypchnięci na uniwersytety, zarażeni „grantozą” albo opracowujący kolejne bezproduktywne wyniki telefonicznych sondaży poparcia dla partii.

W tym kontekście uderza pełna świadomość autorów raportu oraz ich środowiska, którzy chyba zdawali sobie sprawę, że to nie jest ot takie badanie, bo takich badań po prostu nie ma. Na bezrybiu i rak ryba, a opowieść o Miastku to wręcz coś, co ma przestawić dyskurs polityczny na nowe tory. Widać to w dyskusji oraz interpretacji wyników, często ledwo lub wcale nieuprawnionych na podstawie tak wąskiego i wybiórczego badania. Świadczy o tym lansowanie zbędnego i nieczytelnego, ale chwytliwego pojęcia neoautorytaryzmu. A reakcja opozycji pokazuje tylko, że badacze i publicyści lewicy mieli rację.

Polska debata na pewno jest dzięki raportowi bogatsza i lepiej skalibrowana. Ale myśl o tym, gdzie moglibyśmy być z pracowitą opozycją szanującą wiedzę i z tuzinem takich jak ten raportów, bardzo smuci.

 

Fot. wykorzystana jako ikona wpisu: mohamed_hassan, pixabay.com, CC0 Creative Commons.

SKOMENTUJ

Nr 477

(9/2018)
5 marca 2018

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE

PODOBNE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj