Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Temat tygodnia > Słowa, słowa, słowa…

Słowa, słowa, słowa…

Jan Rokita

W Polsce słowa mało znaczą, a okresowe wybuchy politycznej histerii albo patriotycznego uniesienia są częścią narodowego obyczaju.

Nie o czym innym, jak tylko o tej właśnie śmiesznej polskiej cesze traktuje słynna „Teka Stańczyka” sprzed półtora wieku, a świetny historyk Michał Bobrzyński traktował ją jako jedno ze źródeł chwiejności i niekonsekwencji polskiej polityki.

***

Nie tak wiele się znowu zmieniło w polskim charakterze od tamtego czasu. Całkiem niedawno zdolny i lubiący nasz kraj niemiecki dziennikarz Klaus Bachmann nabijał się, że nie ma takiego drugiego państwa, w którym minister spraw wewnętrznych mógłby oskarżyć urzędującego premiera o szpiegostwo, w rezultacie czego „ani premier nie został osądzony, ani jego oskarżycielowi nic się nie stało”. Częścią tego narodowego kolorytu są niewątpliwie takie figury, jak redaktor naczelny wielkiej gazety, co parę lat z patosem wzywający naród do tworzenia frontu obrony demokracji, albo modny profesor prawa – celebryta – który ostatnio co parę dni aktualizuje w mediach dzienną datę „końca w Polsce państwa prawa” i nieodwołalnego nastania ery „totalitaryzmu”. Fakt, że co najmniej od czasu książek Arendt zwykło się na Zachodzie za „totalitaryzm” uważać system polityczny oparty o państwowy terror i przymus ideologicznego kłamstwa, nie ma ani dla owego modnego profesora, ani dla jego wielbicieli większego znaczenia. Cóż, chodzi przecież tylko o słowa…

W batalii o Trybunał Konstytucyjny, za sprawą której jesteśmy właśnie świadkami kolejnej fali zbiorowej egzaltacji, idzie o to, która z partii sprytniej potrafi opanować wakującą 1/3 stanowisk w tym organie. Od paru miesięcy PO i PiS używają w tym celu podstępnych trików prawnych, które mają dowieść większego sprytu każdej z nich. Najpierw PO uchwaliła specustawę stwierdzającą, że w 2015 r. wszystkie wakaty mają się dostać w jej ręce. Ośmielone takim zajazdem na Trybunał PiS postanowiło po wygranych wyborach użyć tej samej sztuczki w drugą stronę. Tyle tylko, że tym razem sztuczka okazała się nie dość sprytna, z uwagi na groźbę ekspresowego jej zakwestionowania przez Trybunał.

Rozsierdzone taką perspektywą Prawo i Sprawiedliwość wymyśliło więc trik bardziej zawiły: uznanie poprzednich wyborów do Trybunału za niebyłe i przeprowadzenie nowych (o ironio!) na podstawie uchwalonej przez PO specustawy. Widać jasno, że im dłużej konflikt trwa, tym kolejne triki prawne stają się bardziej wyrafinowane i absurdalne. To że obie bijące się o władzę strony mają (powiedzmy delikatnie) liberalne podejście do reguł konstytucyjnych, jest truizmem. Podobnie jak oczywisty jest fakt, iż partie przypomniały nam, że żyjemy (czy nam się to podoba, czy nie) w kraju o niskiej kulturze politycznej i ubóstwie zwyczajów konstytucyjnych, które w państwach bardziej cywilizowanych stanowią samą esencję ich ustroju politycznego.

Partyjna walka o Trybunał Konstytucyjny przypomniała nam, że żyjemy w kraju o niskiej kulturze politycznej i ubóstwie zwyczajów konstytucyjnych.

Jan Rokita

Koniecznie trzeba jednak pamiętać, że wszystko to dzieje się w Polsce niepodległej nie po raz pierwszy. W 2002 r. SLD specustawą likwidował UOP i tworzył nowe służby specjalne nie po co innego, jak po to, by wylać z nich ludzi „Solidarności”. W ogólności idea, że jeśli nie można po prostu wyrzucić ze stanowisk przeciwników politycznych, to trzeba przyjąć w tym celu jakąś nową ustawę, statut albo regulamin, jest bardzo silnie zakorzeniona w polskim systemie politycznym.

Z kolei prezydent Wałęsa parę lat wcześniej (1993–1994) powoływał na własną rękę (bez kontrasygnaty) członków KRRiT, a gdy ci przydzielili nie tak, jak chciał, koncesje na prywatne telewizje… odwoływał ich w trakcie kadencji, bez jakichkolwiek podstaw prawnych. Jego doradca prawny, prof. Lech Falandysz, zasłynął wtedy sformułowaniem komicznej zasady prawnej, w myśl której, ten kto ma prawo kogoś powołać, może go w dowolnej chwili także odwołać i to według własnego widzimisię. Oczywisty absurd prawny takiej reguły bynajmniej nie sprawił, iżby miała ona się okazać w tamtym czasie nieskuteczna. Liczyło się bowiem to, że „odwołani” w ten sposób urzędnicy pakowali się i szli do domu.

Podobieństwa z czasami dzisiejszymi są jeszcze bardziej zabawne. Kiedy bowiem Trybunał Konstytucyjny wyznaczył szybki termin dla kontroli decyzji Wałęsy, ten w pośpiechu…mianował nowego szefa KRRiT i fakty dokonane okazywały się być ważniejsze od faktów prawnych. Tu i ówdzie rozlegały się głosy potępienia, co prawda chyba mniej histeryczne niż dzisiaj. Ale co o wiele ważniejsze, odradzająca się wtedy w Polsce liberalna demokracja uważana była tak w Europie, jak i w USA za przykładową i wartą naśladowania przez inne kraje naszego regionu. Zaś w Polsce mówiono, owszem, o „falandyzacji” prawa, ale o „totalitaryzmie” pisali w tamtych latach jedynie historycy badający czasy hitleryzmu i stalinizmu.

***

Od niepamiętnych czasów ustrojowi wolności zagrażają zawsze dwie rzeczy: despotyzm albo tyrania. W „Polityce” Arystoteles objaśnia, że zalążki despotyzmu pojawiają się, gdy władza zaczyna traktować lud tak, jakby tworzyli go niewolnicy, a nie obywatele. Dzieje się tak wówczas, gdy władza stara się wymusić przymus zgody na wszystkie swoje posunięcia, a oponentów politycznych w taki czy inny sposób zaczyna represjonować. Albo wtedy, gdy sama sobie udziela przywilejów, tak jak czynili to (i czynią nadal) wschodni despoci, okazując tym lekceważenie dla polis, rozumianej jako „partnerstwo wolnych ludzi” („Polityka” III,7).

Ilu_2_Flis_i_Rokita (1)

Jest jeszcze inna, pokrewna i właściwa tylko ustrojom demokratycznym odmiana despotyzmu, którą odkrył i opisał Tocqueville. Polega ona na monopolizacji przez większość prawa do formułowania opinii w sprawach publicznych i napiętnowaniu przeciwników dominujących stereotypów. Sam Tocqueville (w pierwszej części „O demokracji w Ameryce”) wyrażał swoją niepewność co do sposobu nazwania tego nowego rodzaju demokratycznego despotyzmu. Ale współczesny język polityczny nadał mu po prostu miano „mainstreamu”.

Bardziej zniuansowane jest zagrożenie tyranią. Istotą tyranii jest bowiem takie zwichnięcie równowagi ustroju, które prowadzi do nazbyt daleko posuniętej dominacji jednostki, bardzo często jednostki wybitnej. Wiadomo, że z obawy przed tyranią narodził się ateński ostracyzm, a w arystokratycznej Wenecji posłano na ścięcie wybitnego i oddanego krajowi dożę Marino Faliero, którego wpływy wydały się jednak członkom Rady nazbyt wielkie. Tyrania rodzi się często przez nadużycia wyborcze; współcześnie jasno pokazują to przypadki Putina albo Łukaszenki.

Ale historia zna także doskonale wariant „miękkiej tyranii”, w której zachowane w pełni instytucje demokratyczne i samorządowe tracą swoje faktyczne znaczenie, gdyż wpadają w całkowitą zależność od „pierwszego obywatela”, bardzo często z akceptacją albo nawet zadowoleniem wyraźnej większości ludu. W świetnym dialogu Ksenofonta mędrzec Symonides naucza właśnie tyrana Syrakuz, Hierona, jak być tyranem „dobroczynnym”, który „ojczyznę traktuje tak, jakby była jego prywatną własnością” i tak też się o nią troszczy. Zapewne taka właśnie tyrania jest szczególnie niebezpieczna dla polis rozumianej jako „partnerstwo wolnych ludzi”; oznacza bowiem stopniowe przekształcanie republiki w pryncypat oraz atrofię wolności za zgodą rządzonych.

***

Każdy system polityczny zawiera w sobie jakieś ziarna despotyzmu i tyranii. Można nawet bez przesady twierdzić, że pewien stopień owych zagrożeń wpisuje się w istotę polityki, także tej demokratyczno-liberalnej, do której jakoś się przyzwyczailiśmy. Despotyzm w otwartej wersji represjonowania przeciwników politycznych, Bogu dzięki, w niepodległej Polsce dotąd nie wystąpił i nie wydaje się, by nasz kraj był nim realnie zagrożony. Ale już z przywilejami władzy, stanowiącymi wschodnio-despotyczną pozostałość w ustroju Polski, bywało różnie, a konstytucja 1997 r. jest w tej materii dość nihilistyczna (tzn. wolna od wszelkich norm i zasad). Natomiast despotyzm tocquevillowski, którego istotą jest monopolizacja opinii o sprawach publicznych przez obóz władzy i próba wykluczenia opozycji z debaty publicznej, był bodaj najbardziej charakterystyczną cechą rządów PO w ich pierwszym okresie.

Nieco podobnie rzecz ma się z zalążkami tyranii. O ile system wyborczy (mimo niebezpiecznej fazy, przez którą przeszedł w okresie wyborów samorządowych) wydaje się być mimo wszystko odporny na oszustwa, o tyle „miękka tyrania” czasów Tuska, bez którego choćby domniemanego przyzwolenia przez siedem lat nie działała żadna władza publiczna (z samorządami włącznie), był precedensem niebezpiecznym, który na pewno nie powinien się powtórzyć. Jest całkiem jasne, że dla zwycięskiego obecnie lidera PiS, Jarosława Kaczyńskiego, system ten jest wzorem, który będzie się starał odtworzyć. Dzisiejsze warunki polityczne dają mu po temu jednak znacznie mniejsze szanse.

Każdy system polityczny zawiera w sobie jakieś ziarna despotyzmu i tyranii. Pewien stopień owych zagrożeń wpisuje się w istotę polityki, także tej demokratyczno-liberalnej, do której jakoś się przyzwyczailiśmy.

Jan Rokita

W ciągu roku po odejściu Tuska polska polityka uległa bowiem zasadniczemu przeobrażeniu. Nastąpił silny nawrót tendencji do republikanizmu, niestety ze wszystkimi znanymi wadami tego faktu. Jak na razie przynajmniej, tendencje do łagodnych form despotyzmu albo tyranii wyraźnie osłabły, ale w ich miejsce wstąpiła za to klasycznie republikańska „czysta polityka”, oznaczająca przede wszystkim nieustanną partyjną przepychankę o to, kto komu i za pomocą jakiej pseudolegalnej sztuczki wyrwie jeszcze dalszy kawałek państwa. Wystarczy czytać dzieje najsławniejszych republik, choćby Liwiusza na temat Republiki Rzymskiej, albo Makiawela na temat Republiki Florenckiej, aby wiedzieć, że takie pasmo walk o kontrolę nad urzędami i instytucjami publicznymi należy do istoty republikańskiego pluralizmu partyjnego. W Polsce, gdzie standardy zarówno rządzenia, jak i rywalizacji partyjnej są niskie – oznaczać to będzie zapewne przewlekłą i nerwową awanturę, podsycaną histerycznymi nawoływaniami upartyjnionych dziennikarzy i intelektualistów (czyli tzw. „partyjnych mediantów” – wedle świetnego określenia prof. Krzysztofa Rutkowskiego).

Tak długo, jak rzecz będzie dotyczyć tylko tego, której partii uda się przechytrzyć inną i podbić kolejny fragment państwa, nie jest to niebezpieczne dla ładu liberalno-demokratycznego, choć może oznaczać perspektywę złego i nieudolnego rządzenia. Ale to już jest kompletnie odrębny problem.

...czy możemy poprosić Cię o jeszcze chwilę uwagi? Mamy dla Ciebie ważną wiadomość.

„Kultura Liberalna” jest magazynem wydawanym społecznie: to znaczy, że ukazuje się dzięki osobom takim jak Ty. Patrzymy na ręce politykom wszystkich opcji. Bronimy wartości demokratycznych i wolnościowych. Pracujemy nad wizjami Polski na przyszłość. W czasach postępującej radykalizacji i rosnących podziałów politycznych tworzymy pismo, które niezmiennie idzie własną drogą.

Wspólnie tworzymy demokratyczne media. Jeśli czytasz „Kulturę Liberalną” i popierasz to, co robimy, wesprzyj nas.

SKOMENTUJ

Nr 360

(48/2015)
1 grudnia 2015

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj