0000398695
PRZEKAŻ
1%
PODATKU
Przekaż 1% podatku na demokratyczne media.
Podaj w rozliczeniu numer
KRS Kultury Liberalnej:
0000 398 695
Przekaż 1% podatku na Kulturę Liberalną
Z centrum widać najwięcej
  

KULTURA LIBERALNA > Czytając > Bułgaria, jakiej nie...

Bułgaria, jakiej nie znacie. O zbiorze reportaży „Złote piachy” Sylwii Siedleckiej

Piotr Kieżun

W książce Sylwii Siedleckiej nie ma ani czarnomorskich kurortów, ani postkomunistycznej martyrologii. Są przede wszystkim ludzie: partyjna działaczka wyznająca okultystyczny mistycyzm czy jasnowidzka, do której pielgrzymuje szef państwa. To dzięki nim Bułgaria pod piórem autorki staje się krainą niespodziewanych paradoksów, o których nie śniło się bywalcom nadmorskich klubów.

Pierwsze skojarzenie z Bułgarią? Końcówka lat 80. Letnie, leniwe popołudnie. Babcia z dziadkiem właśnie wrócili z wczasów spędzonych w Warnie nad Morzem Czarnym. To ich pierwszy i jedyny wspólny zagraniczny wyjazd. Opaleni, snują opowieść o kraju słońca, ciepłego morza i egzotycznych owoców. Jeden z nich ląduje na stole. Pierwszy raz widzę owoc granatu. Babcia każdemu wydziela jego porcję. Czerwone niczym rubiny osnówki nasion są kwaśne, ale to nic. Najważniejsze, że są inne niż wszystko, czego do tej pory próbowałem. Dla niespełna dziesięcioletniego smarkacza smakują jak zamorskie krainy, z których na dodatek otrzymuje na pamiątkę prawdziwy skarb – małą, miedzianą stotinkę z groźnym lwem na rewersie. Bułgaria staje się dla mnie wówczas synonimem wakacji i orientalnej przygody.

Po „Złote piachy” Sylwii Siedleckiej, zbiór reportaży o Bułgarii, sięgałem mimowolnie właśnie z takim wyobrażeniem o tym kraju. Pobieżny rzut oka na fotografię Anastasa Petkowa umieszczoną na okładce jeszcze je wzmocnił. Morze, nadbrzeżny taras z kobietą na pierwszym planie, która ewidentnie przyszła zażyć słonecznej kąpieli, i skaczące do wody chłopaki. Jednak każdy, kto przestudiuje to zdjęcie, szybko zauważy ironiczny koncept, który stoi za tą graficzną prezentacją. Taras jest stary i zniszczony. Chłopaki wyglądają jak znudzeni blokersi, którym nie pozostaje do roboty nic lepszego, niż popisywanie się swoją tężyzną. Patrząc na nich, rzeczywiście można pomyśleć o Złotych Piaskach – jednej z najbardziej znanych bułgarskich miejscowości wypoczynkowych – jako o złotych piachach, w których grzęźnie bułgarskie społeczeństwo.

Po pierwszym, kurortowym skrypcie z czasów dzieciństwa uruchamiam więc drugi. Bułgaria jako najbardziej wschodni (czytaj: biedny i zapóźniony) z krajów Unii Europejskiej. Najbardziej zależny od Rosji i przodujący w rankingach korupcji. Wiem już, co dostanę zamiast sielskich obrazków z czarnomorskich plaż. Opis komunistycznej smuty, potransformacyjną traumę, melancholijny tren o rozpadającym się świecie. Zamiast turystycznego wabika – opisy szarzyzny Bułgarskiej Republiki Ludowej i tego, co po niej zostało.

Partyjna okultystka

Książka Sylwii Siedleckiej jest jednak całkowitą niespodzianką. Nie ma w niej ani plaż, ani martyrologii. Są przede wszystkim ludzie i ich losy w przeróżny sposób splątane z bułgarską historią najnowszą. To dzięki opisom ich sylwetek Bułgaria pod piórem autorki staje się krainą niespodziewanych paradoksów, o których nie śniło się bywalcom nadmorskich klubów.

O jakie paradoksy chodzi? Weźmy przykład pierwszy z brzegu – z otwierającego cały zbiór tekstu o Ludmile Żiwkowej. Jej stosunkowo krótkie życie mogłoby stać się kanwą dobrej powieści sensacyjnej. Była córką wszechwładnego Todora Żiwkowa, najdłużej panującego komunistycznego satrapy w demoludach, nie licząc Envera Hoxhy. Żiwkow obejmuje stanowisko I Sekretarza Bułgarskiej Partii Komunistycznej w 1954 roku. Ustępuje pod przymusem dopiero jesienią 1989 roku, a więc pozostaje u sterów przez trzydzieści pięć lat. Rządzi twardą ręką. Gardzi inteligentami. Podkreśla swój prosty, chłopski rodowód i przywiązanie do bułgarskiej ziemi. Przywoływany przez Siedlecką niemiecki dziennikarz Thomas Ross napisze o Żiwkowie jako o „najbardziej nijakim ze wszystkich wschodnioeuropejskich przywódców, który jak wzorowy uczeń spełnia polecenia Związku Radzieckiego”. To nie przeszkodzi Żiwkowowi poczuć się prawdziwym ojcem narodu. Bułgarzy mówią o nim „tata”, tak jak jego rodziców nazywają „babcia Murca” i „dziadek Christo”. Rodzina jest ważna. Żiwkow o tym wie i szczególnie dba o swoją.

Ludmiła odegra w niej niebagatelną rolę. W 1970 roku ta dobrze wykształcona, znająca języki i zachodnią kulturę dwudziestoośmiolatka wejdzie w świat polityki. Z poparciem ojca zostaje główną specjalistką w Komitecie na rzecz Przyjaźni i Związków Kulturalnych z Zagranicą. Wkrótce zacznie przewodniczyć komitetowi, któremu podlegają wszystkie związki twórcze. Jej znaczenie rośnie. Jak pisze Siedlecka, „obecność Ludmiły w polityce ma wielką zaletę: córka stanowi przeciwieństwo ojca, prostego Tosza, jak nazywają Żiwkowa Bułgarzy. […] Dla mas Toszo – chwalący się, że jest prostym chłopem. […] A dla elit – światowa, dobrze ubrana i delikatna Ludmiła”.

Jesienią 1973 roku jej życie zmieni się niemal o sto osiemdziesiąt stopni. Ludmiła jednego dnia przeżyje dwa wypadki samochodowe. Zapada w śpiączkę, z której szczęśliwie się budzi. Na twarzy zostają jej jednak blizny. Poddaje się operacji plastycznej w najlepszej paryskiej klinice. To jednak nie fizyczne zmiany są najbardziej dostrzegalne. Ludmiła przechodzi duchową metamorfozę. „Rezygnuje z nocnego życia – pisze Siedlecka – rzuca palenie, alkohol, zostaje wegetarianką. […] Zaczyna codziennie ćwiczyć agni jogę, która jest mieszanką buddyzmu, okultyzmu i teozofii. Przestaje przyjmować leki […]. Nie dotyka pieniędzy – mówi, że mają złą energię”. Zaczyna otaczać się ekscentrycznymi postaciami. Nosi tylko białe ubrania i zawsze turban. Spotyka się z uzdrowicielem Petyrem Dimkowem, pielgrzymuje na Daleki Wschód, interesuje się Białym Bractwem, sektą założoną w latach 40. przez Petyra Dynowa, głoszącego wielką misję Słowian i odwołującego się do dziedzictwa średniowiecznej bułgarskiej sekty bogomiłów.

Największą niespodzianką jest to, że Żiwkowa swoje pasje łączy z aktywnym życiem politycznym. Lata 70., jak pisze Siedlecka, to będzie jej dekada: „Kiełkuje w niej przekonanie, że ma do spełnienia ważną misję, chce pokazać światu wielkość Bułgarii”. Przede wszystkim poprzez prezentację jej kultury, duchowego dziedzictwa, sięgającego trackich korzeni. Inicjuje inwestycje w szkoły, muzea, teatry. W Paryżu otwiera wielką wystawę bułgarskich ikon. Sprawia, że w centrum Sofii powstaje monumentalny Narodowy Pałac Kultury – „budynek mający cechy świątyni buddyjskiej, business center w Dubaju i swojskiego socrealizmu”. Jednocześnie pnie się po szczeblach partyjnej kariery. W 1979 roku zostaje członkinią Biura Politycznego przy Komitecie Centralnym, którego siedzibę wkrótce odwiedzą hinduscy szamani. Kulturą rządzi przy wsparciu swojego ojca – wszechpotężnego Żiwkowa. Ginie nagle latem 1981 roku. Jej martwe ciało zostaje znalezione w wannie pełnej wody.

Jasnowidzka na państwowym etacie

Ten szalony żywot niezwykłej, komunistycznej polityczki Siedlecka kreśli w sposób niezwykle barwny i szczegółowy, wplatając w niego uwagi o innych ważnych postaciach tamtych czasów. Jednak w jej tekście ważna jest nie tylko reporterska dociekliwość. Najważniejsza jest odpowiedź na pytanie, jak możliwy był w komunistycznym kraju fenomen, jakim była Ludmiła Żiwkowa – połączenie partyjnej działaczki z ezoteryczną mistyczką?

Jednej odpowiedzi Siedlecka udziela bezpośrednio w tekście poświęconym córce bułgarskiego genseka, odwołując się do wypowiedzi Grażyny Szwat-Gyłybowej: „Okres Ludowej Republiki Bułgarii nie sprzyjał prawosławiu, ale nie rugował alternatywnych form duchowości”. Tym bardziej, jeśli uwznioślały one wielkobułgarską misję, co było na rękę grającemu na narodowej nucie Żiwkowowi.

Bardziej pogłębioną analizę tego problemu czytelnik znajdzie niemal we wszystkich reportażach zamieszczonych w zbiorze. Tak jak w tekście poświęconym Wandze, prostej chłopce, która stała się najsłynniejszą jasnowidzką komunistycznej Bułgarii. Do jej domu we wsi Rupite pielgrzymowały setki zwykłych Bułgarów, ale z jej usług nie wahał się również korzystać Todor Żiwkow. Ba, dzięki niemu Wanga „dostała państwowy etat, samochód z kierowcą do dyspozycji i osobistą ochronę”. Jak pisze Siedlecka, nie powinno to dziwić. „Wyobraźnię małego Tosza od dzieciństwa kształtowały obrazy z ludowych pieśni i folkloru”, wypełnione „historiami o bułgarskim losie, na który człowiek nie ma wpływu”. Jego głęboko zakorzeniona chłopska wiara w to, że warto w takim razie skorzystać z niedających się do końca objąć rozumem sił, staje się jak najbardziej zrozumiała.

Państwo ludowością podszyte

Znaczenie folkloru, wciąż żywej ludowości w społeczeństwie wywodzącym się głównie z warstwy chłopskiej, w „Złotych piachach” wydaje się być zresztą jednym z głównych kluczy do zrozumienia specyfiki bułgarskiej sceny politycznej jako takiej – od czasów komunizmu do dziś. O sile starych, wiejskich tradycji, które przetrwały nawet komunistyczne upaństwowienie, Siedlecka pisze między innymi w znakomitych tekstach o tańcu choro oraz czałdze, rodzaju etnopopu czy raczej bułgarskiej muzyki chodnikowej, za pomocą której Bułgarzy na początku lat 90. opisywali rzeczywistość transformacji ustrojowej.

Ale owa siła przejawia się nie tylko w wąsko pojętej kulturze. Napędza również bułgarskie myślenie o władzy, roli elit i obowiązkach polityków wobec zwykłego, szarego wyborcy. Siedlecka wyraźnie pokazuje to w tekście poświęconym Bojko Borysowowi, byłemu milicjantowi i karatece oraz trzykrotnemu premierowi Bułgarii, któremu antyinteligencka i populistyczna z ducha postawa zjednała w kraju rzesze zwolenników. Jego odwołania do ludu, pogardliwy stosunek do warstw wykształconych przypominają nieco gesty Todora Żiwkowa. I są bardzo dobrze zakorzenione w bułgarskiej tradycji. „Zarzut oderwania inteligencji od spraw narodu-ludu (w języku bułgarskim słowo «narod» oznacza zarówno «naród», jak i «lud») powraca w różnych epokach, również po II wojnie światowej”, pisze autorka. Sprawił on zresztą, że w Bułgarii po 1944 roku inteligencja masowo zaangażowała się w komunizm, a potem nigdy nie wykształciła silnej opozycji.

Ludowość jest więc częścią bułgarskiego dziedzictwa na dobre i na złe. W wersji mistycznej znalazła swoje odzwierciedlenie w działaniach Ludmiły Żiwkowej, w wersji narodowo-komunistycznej – w polityce jej ojca. Karmi się nią też populistyczny Bojko Borysow. Napędza wiarę w popularnych w Bułgarii uzdrowicieli i jasnowidzów, ale także ożywia tradycję wspólnego śpiewu i tańca. W Bułgarii jest łącznikiem pomiędzy nowym i starym, komunizmem i czasami po transformacji. I sprawia, że Bułgaria staje się czymś znacznie ciekawszym niż kraina nadmorskich kurortów, co tak bezpretensjonalnie i bez nachalnej egzaltacji udało się pokazać Siedleckiej.

 

Książka:

Sylwia Siedlecka, „Złote piachy”, wyd. Czarne, Wołowiec 2019.

...czy możemy prosić Cię o chwilę uwagi? Rzetelne dziennikarstwo wykonywane z pasją potrzebuje dziś wsparcia.

Dzięki pomocy Darczyńców możemy:

  • pracować nad tygodnikiem i codziennymi komentarzami, nie rezygnując z ich jakości,
  • wypełniać misję naszej Fundacji i wprowadzać do debaty publicznej nowe sposoby rozumienia świata,
  • planować naszą pracę w perspektywie kilkudziesięciu miesięcy.

Dlatego prosimy Cię serdecznie:

SKOMENTUJ

Nr 591

(20/2020)
5 maja 2020

PRZECZYTAJ INNE Z TEGO NUMERU

PRZECZYTAJ INNE Z DZIAŁU

KOMENTARZE



WAŻNE TEMATY:

TEMATY TYGODNIA

drukuj